Recenzje

SPARTAN. Pięć prawd o służbach specjalnych według Davida Mameta

Czyżby Mamet, mający przecież i talent, i niezależność, wszedł szybkim krokiem w środowisko amerykańskiego pustosłowia?

Autor: Jacek Kozłowski
opublikowano

Szlachetnie i nudno

Ile właściwie autor tego tekstu wiedział o pracy służb specjalnych przed obejrzeniem Spartana? Niewiele. A jaką miał opinię o twórczości Davida Mameta? Bardzo pozytywną. Jednak po seansie nowego filmu słynnego reżysera nic nie było już takie samo. Słońce mocniej zaświeciło, wiatr na warszawskim Ursynowie przestał wiać, a „gusta” zamieniły się w „guściki” – od tej pory życie agenta służb specjalnych nie miało przed autorem tajemnic, za to David Mamet przestał być chwilowo dobrym reżyserem.

Narzekanie jest tutaj mimo wszystko zupełnie nie na miejscu. Spartan to bowiem film niezwykle dydaktyczny – rzec można „rozszerzający horyzonty”. David Mamet odważnie szkicuje obraz idealnego agenta specjalnego – jednostki nieprzeciętnej, silnej, odważnej, nieustępliwej, która oczywiście „żadnej pracy się nie boi”. Co prawda nie widzimy naszego superagenta w domowym zaciszu, jednak z pewnością, gdy nikt z szefów nie patrzy, idealny funkcjonariusz ochoczo pomaga żonie w praniu. Niestety, tego jaką dokładnie garderobę pierze się w mieszkaniu agenta specjalnego też nam Mamet nie raczył pokazać, ale są to z całą pewnością czerwone kostiumy z napisem Iniemamocni.
Jaka nauka płynie więc ze Spartana? Jakie Wielkie Prawdy o życiu agenta wiążą się nierozerwalnie z filmem Mameta? Popatrzmy:

1. Funkcjonariusz służb specjalnych przy byle jakich sprawach nie pracuje.

Agent z krwi i kości zajmuje się tylko sprawami wagi narodowej, tak jak na przykład zniknięciem córki prezydenta Stanów Zjednoczonych – Laury (bohaterki o tym imieniu mają swoistą tendencję do tajemniczego znikania). Córka owa, mimo że istota to z gruntu niespokojna, jest ulubienicą mediów. Rodzice słodko uśmiechają się do swego dziecięcia w świetle reflektorów, naród ją kocha, flagi w jej otoczeniu mocniej trzepoczą na wietrze, a brukowce rozpisują się o kolorze bielizny naszej bohaterki. W tej sytuacji – dodajmy w okresie, kiedy tatuś zaginionej ponownie ubiega się o prezydenturę – nagła nieobecność pierworodnej jest raczej niepożądana. Trzeba ją więc odnaleźć i to na tyle szybko, żeby media nie zwęszyły sensacji. Sprawą zajmie się oczywiście jeden z najlepszych agentów tajnych służb USA – Robert Scott (Val Kilmer!).

2. Funkcjonariusz służb specjalnych nie śpi, nie jada, nie pije, tylko niezwłocznie wykonuje swoje zadania.

„Kiedy ostatnio spałeś, agencie?” – na początku filmu pada z ust przełożonego pytanie. „To nie ma tu żadnego znaczenia” – odpowiada nonszalancko agent Scott. I słusznie – sen byłby moralnie naganny w momencie, gdy córka prezydenta USA znajduje się w tarapatach. Któż z nas mógłby wszak spokojnie spać, gdyby zniknęła nagle dajmy na to Pierwsza Dama? Stąd agent Scott nie odsypia, a czym prędzej zabiera się do roboty. Najlepiej zacząć poszukiwania od małego transferu danych z Pierwszym Chłopakiem Pierwszej Córki Stanów Zjednoczonych. I tym miłym akcentem akcja Spartana zaczyna się zawiązywać…

3. Funkcjonariusz służb specjalnych nie zawaha się dać oponentowi w mordę.

Agent specjalny w filmie Mameta jest bowiem bohaterem prostolinijnym. Pączków faktycznie jeszcze nie spożywa, za to „efekt silnych mięśni” jest tu podstawowym sposobem rozwiązywania konfliktów wszelakich. A gdzież asertywność agencie Scott?

Najpoważniejszym zarzutem w stosunku do autora scenariusza - Davida Mameta - jest więc właśnie kompletny brak wiarygodności ekranowych postaci.


Najpoważniejszym zarzutem w stosunku do autora scenariusza – Davida Mameta – jest więc właśnie kompletny brak wiarygodności ekranowych postaci. Granice absurdu zostają ostatecznie przekroczone w osobie funkcjonariusza Scotta, który swoją prawością, poświęceniem oraz nadmiernym stosowaniem argumentu siły przypomina bardziej Rambo w Wietnamie, niż któregokolwiek z wcześniejszych bohaterów filmów Mameta. I faktycznie, gdyby Spartana wyreżyserował któryś z hollywoodzkich rzemieślników nieskomplikowanego kina akcji, nie byłoby problemu. Film ten jest jednak od początku do końca autorskim dziełem twórcy tak znakomitych obrazów jak chociażby Wydział zabójstw czy Dom gry. Wtedy – trzeba przyznać w czasach dość zamierzchłych – nie było w kinie Mameta miejsca na tak przerysowane postaci, jak agent Robert Scott, który jak na złość jest ponadto bardzo kiepsko zagrany przez nad wyraz teatralnego Vala Kilmera.

4. Funkcjonariusz służb specjalnych jest elokwentny, szybki i zręczny.

Szczególnie ta ostatnia cecha agenta – zręczność – może być tu istotna. Zarówno zręczność intelektualna (nasz bohater w finale rozpracowuje wielki narodowy przekręt), jak i ta czysto fizyczna. Agent Scott będzie biegać, kopać, jeździć i strzelać, a zawędruje przy tym nawet do egzotycznych, jak na Amerykanina, obszarów kulturowych. Scott będzie robił pięć rzeczy na raz i zbliży się do rekordu pamiętnej Alexis (bohaterka Dynastii), która w pojedynczej scenie potrafiła pobierać kąpiel leczniczą w wannie pełnej piany, rozmawiać przez telefon (a jako że nie był to jeszcze aparat bezprzewodowy, Alexis ryzykowała życiem), pić najdroższego szampana, przyjmować gości oraz planować srogą zemstę na Blake`u. Tyle, że Joan Collins wykonywała wszystkie te czynności z niesłychanym wdziękiem, którego Valowi Kilmerowi niestety wyraźnie brakuje.

Opisywanej powyżej zręczności brakuje także – a może przede wszystkim – reżyserowi i scenarzyście. I nawet zakończenie intrygi – słynny Mametowski ekranowy suspens – nie jest tutaj najwyższych lotów. Finał jednak w tym przypadku nie jawi się jako czynnik najważniejszy. Filmy Mameta były bowiem zawsze w pierwszej kolejności polem do popisu dla interpretatorów. Reżyser ten poruszał się zawsze z wielką gracją po motywach rozlicznych teorii spiskowych, z pasją analizował mechanizmy rozgrywek międzyludzkich, słowem: Mamet pokazywał szarą, acz bezwzględną Amerykę, ale czynił to z reguły w sposób nieprzeciętny, bo w szlachetnym towarzystwie filozofii. W efekcie jego obrazy często cechowała filmowa niejednoznaczność. Ale była to niejednoznaczność najlepszego gatunku – zawsze inteligentna i cynicznie prowokująca. W Spartanie David Mamet jakby niechcący wspomina gdzieniegdzie o obłudzie współczesnej Ameryki, mimo to całość refleksji znika gdzieś w głębinach kiepskiego scenariusza, drewnianego aktorstwa i zwyczajnej filmowej nudy. Czyżby Mamet, mający przecież i talent, i niezależność, wszedł szybkim krokiem w środowisko amerykańskiego pustosłowia?

5. Funkcjonariusz służb specjalnych nigdy się nie poddaje.

Na koniec wypada jednak gorąco kibicować twórcy Spartana. Bo jeśli ta, lecąca aktualnie na łeb na szyję, forma reżyserska dalej będzie spadać, to Mamet opuści wkrótce panteon wybitnych reżyserów o imieniu „David” i zejdzie do filmowej drugiej ligi. No chyba że sam zmieni się w tytułowego Spartana i w pojedynkę zawalczy z hollywoodzką manierą, w której aktualnie zdaje się siedzieć po uszy. Walka taka byłaby w każdym razie czystą przyjemnością jeśli nawet nie dla samego Mameta, to na pewno dla jego widzów…

Tekst z archiwum film.org.pl

Ostatnio dodane