Connect with us

Publicystyka filmowa

Filmy SCIENCE FICTION, które można oglądać BEZ KOŃCA

Odkryj FILMY SCIENCE FICTION, które zachwycają nieustannie! Zanuż się w wciągające historie, kultowych aktorów i niepowtarzalny klimat.

Published

on

Filmy SCIENCE FICTION, które można oglądać BEZ KOŃCA

Taką cechę mają jedynie produkcje, które są na tyle interesujące, że nigdy się nie znudzą. Tylko w ramach gatunku science fiction widownia zapewne jest radykalnie podzielona, które filmy można oglądać właściwie ciągle. Przy czym ich realizacyjna jakość ma tu drugorzędne znaczenie. Liczą się przede wszystkim wciągająca historia, kultowi aktorzy oraz coś, co jest bardzo subiektywne, ulotne i pod względem twórczym trudne do osiągnięcia w filmie w ogóle – klimat. We wszystkich omówionych niżej produkcjach udało się ich twórcom stworzyć niepowtarzalny świat, który poprzez niezliczone odniesienia do naszej kultury podczas każdego seansu wciąż pobudza wyobraźnię, a także, po nastym obejrzeniu, może służyć za przyjemne tło dla innych, bardziej zobowiązujących w danym momencie czynności.
Advertisement

Uwaga na spoilery!

Łowca androidów (1982), reż. Ridley Scott

„Nie zrobiłem nic, za co bożek biomechaniki nie mógłby cię wpuścić do nieba” – wyszeptał Roy Batty do swojego twórcy, Eldona Tyrella, nim brutalnie go zabił. Egzekucję na swoim „ojcu” również wykonał w symboliczny sposób – miażdżąc mu oczy, znaki wiedzy, świętego postrzegania rzeczywistości i wpływania na nią. Te i dziesiątki innych odniesień zawarł w swoim najlepszym filmie Ridley Scott. Widzowie ciągle odkrywają je na nowo, interpretują, snują karkołomne teorie. Jednym słowem  film żyje w świadomości. Jest częścią kultury masowej, więc nigdy się nie znudzi.

Advertisement

Widzom znającym powieść Philipa K. Dicka Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? nie muszę przypominać, że Łowca androidów ma niewiele z nią wspólnego. Owszem, występuje niejaki łowca Deckard, Roy Batty (w książce Baty), Rachael, lecz ich wzajemne relacje nie są nawet podobne do historii ze scenariusza Hamptona Fanchera i Davida Webba. Byłby to poważny zarzut, gdyby Łowca androidów pretendował do bycia adaptacją. Na szczęście tak nie jest. Dlatego powstało dzieło kompletne i doskonale wyważone, z legendarnymi dla samych aktorów bohaterami, których podczas mozolnej pracy ze Scottem stworzyli na planie.

Player One (2018), reż. Steven Spielberg

Jak pisałem niecały rok temu, trzeba nieco zmrużyć oczy, żeby zaakceptować wizję Stevena Spielberga. Moje osobiste doświadczenie relacji z ludźmi ciągle pokazuje mi, że ludzie wraz z wiekiem tracą to, co najcenniejsze – dziecięce widzenie świata, pełne zdziwienia, naturalnego entuzjazmu i radości.

Advertisement

Nazywają to DOROSŁOŚCIĄ i uważają, że jest lepsza niż dziecięctwo, czyli infantylny stan umysłu człowieka. Nic bardziej mylnego. Moja córka ciągle udowadnia mi, na jak wiele rzeczy nie zwracam uwagi, jak wiele emocji podporządkowuję wyuczonym zasadom postępowania, bo tak życzy sobie otaczająca mnie społeczność. Magia Player One polega na tym, że podczas seansu umiem przypomnieć sobie te wszystkie piękne rzeczy, które robiłem jako dziecko i nastolatek w latach 80. Powrót do tamtych wspomnień zawsze będzie przyjemny i subiektywnie wartościowy. Ci hejterzy, którzy piszą, że skoro daję filmowi Spielberga w swojej recenzji 9/10, to jestem szambem, są właśnie przykładem tych dorosłych starców, zjedzonych za życia przez bezrefleksyjną dojrzałość.

Są dorosłymi trupami niezdolnymi do spojrzenia na rzeczywistość w sposób czysty i otwarty. Spielberg zadaje im kłam. Cofa widza o dziesiątki lat, żeby przypomniał sobie, jaki beztroski może być świat. Takich wrażeń nigdy dość, jeśli jeszcze do końca nie daliśmy się pożreć ustandaryzowanemu życiu oraz, co najważniejsze, mieliśmy styczność z tym rodzajem popkultury za dziecięctwa.

Advertisement
Interstellar (2014), reż. Christopher Nolan

Rzec by można, że Christopher Nolan nakręcił twarde science fiction dla tak zwanego ludu. Nic w tym zdrożnego, wręcz przeciwnie.

Poczuwam się do bycia owym ludem i jako fan ołowianej fantastyki mam świadomość, że przenoszenie jej na ekran większego sensu nie ma. Niekończące się dywagacje o wieloświatach, superstrunach, transhumanizmie, dylatacjach czasu i teorii wszystkiego dobrze wyglądają na papierze. Obraz rządzi się innymi prawami i aby nie poczuć się w kinie jak na przedłużającym się w nieskończoność wykładzie Aleksandra Wolszczana gdzieś nad ranem, trzeba pewne kwestie uprościć. Czasem owo uproszczenie ociera się o banał. O jakości całej produkcji decyduje jednak znacznie więcej elementów współgrających ze sobą i tworzących atmosferę filmu.

Advertisement

O jej brak Interstellar nie można posądzić. To taka Odyseja kosmiczna, tyle że nakręcona sprawniej, jaśniej, z uwzględnieniem gatunkowych zamiłowań współczesnych widzów oraz z niewątpliwym szacunkiem dla Kubricka. Najwięcej banału i amerykańskości musiał jednak wchłonąć główny bohater (Cooper – Matthew McConaughey), chociaż wartości wyznawanych przez niego można bronić.

W końcu co złego w tym, że postać okazuje emocje, a nie jest tylko superherosem, a na dodatek astronomicznym nerdem? Droga Coopera poprzez kosmos wciąga, a przez to, że jest zaprezentowana przystępnie i o wiele mniej enigmatycznie, Interstellar ma szansę stać się filmem kultowym.

Advertisement
Pamięć absolutna (1990), reż. Paul Verhoeven

Fani twórczości Dicka powinni być zadowoleni. Paul Verhoeven nakręcił film ponadczasowy, z aktorami zasługującymi już na miano kultowych (Sharon Stone, Arnold Schwarzenegger). Co jednak najważniejsze, pozwolił wybrzmieć przesłaniu zawartemu w schorowanej głowie pisarza – tożsamość człowieka definiują czyny, a nie przeszłość, wspomnienia i całe skondensowane zło z młodych lat, stąd nie jest ważne, czy główny bohater był Quaidem, czy znów będzie Hauserem. Liczy się tylko, co TERAZ robi ze swoim życiem. Tej ucieczki od zniewolenia przez własne lęki Dick nigdy nie odnalazł.

Choroba była silniejsza. Dla niego wyzwolenie z lęku oznaczało bycie Marsjaninem, bycie tym drugim, lepszym, wyimaginowanym, którego jednak nikt nie mógł uratować przed chorobliwym strachem wobec przeszłości. Verhoeven dał mu chociaż pośmiertnie tę szansę. Słońce w końcu wzeszło nad Marsem oraz całym nowym rodzajem ludzi z innej planety. Z każdym seansem Pamięci absolutnej przekonuję się, że główny bohater nie jest tym, za kogo się ma, i to zarówno przed, jak i po spotkaniu swojej nowej wersji siebie. Wskazówki do określenia, kim naprawdę może być, ukryte są w całym filmie. Można je odkrywać bez końca. Podobnie jest z wizualnym stylem obrazu oraz z muzyką.

Advertisement

Seksmisja (1983), reż. Juliusz Machulski

Nie ma takiej możliwości, żeby ten legendarny tytuł ze stajni Machulskiego kiedykolwiek się znudził. Jeden z nielicznych przedstawicieli naszego rodzimego science fiction ma tyleż wad, co zalet, a tych ostatnich jest naprawdę mnóstwo. Na wszystkie niedociągnięcia da się jednak przymknąć oko, ponieważ scenariusz jest tak doskonale napisany, że nie można nie zacząć mówić językiem zasłyszanym w filmie, co od wielu lat pokazuje nasza polska społeczność miłośników kina i popkultury. To oznacza nic ponad to, że Seksmisja stała się dla nas kultowa oraz jest naszym kinematograficznym skarbem, po latach wciąż procentującym i uczącym młode pokolenie, że nie tylko Patryk Vega się w kinie liczy.

Ciekaw jestem, jak długo jeszcze film będzie oddziaływał na wyobraźnię kinomanów, bo zapewne ten wpływ kiedyś się skończy. Musi upłynąć tylko odpowiednio wiele czasu. Nie chciałbym tego, chociaż wiem, że Seksmisja realizacyjnie nie jest w stanie wytrzymać próby czasu, dlatego, jak już kiedyś wspominałem w którymś ze swoich tekstów, chętnie zaryzykowałbym i spróbował zrobić remake. Może jeszcze nie teraz, ale powiedzmy za 20 lat, gdy w naszych gatunkowym kinie coś pęknie, strzeli i filmowcy nie będą żałowali pieniędzy na tworzenie kosmicznych światów na słowiański sposób. Na razie niech Seksmisja leci w telewizji jak najczęściej, bo daje cudowne, wręcz eskapistyczne odreagowanie po zbyt długim przebywaniu poza domem.

Advertisement
Obcy – ósmy pasażer Nostromo (1979), reż. Ridley Scott

Po tylu latach obecności na szczycie w kinematograficznym portfolio horrorów science fiction, Obcego wciąż można oglądać bez znudzenia, lecz już nie z charakterystycznym dla jego początków przestrachem.

Od 1979 roku sporo się wydarzyło, jeśli chodzi o nowe metody straszenia publiczności w filmach. Dzisiaj Obcy jest bardziej kopalnią przeróżnych odniesień kulturowych, niuansów psychologicznych i archetypów. Już Ridley Scott o to zadbał, tworząc wraz z H.R. Gigerem i Danem O’Bannonem postać idealnego zabójcy oraz po wielu latach zmyślnie pociągając wątki genezy Ksenomorfa jeszcze dalej. Cieszę się więc z pierwszego Obcego, bo to kamień milowy dla gatunku, ale i z Prometeusza oraz z Obcego: Przymierza. Powstała nareszcie trylogia nadająca się do stale obecnych w domowym zaciszu seansów – tych ważnych dla tworzenia samego tła dla innych czynności również.

Advertisement

Nie ma się co obrażać, że jakiś tytuł traktuje się jako taki wypełniacz. Mało tego, to komplement, ponieważ owe kryteria może spełnić jedynie produkcja uwielbiana, niepoddająca się spowszednieniu oraz doskonale znana. W przypadku Obcego – ósmego pasażera Nostromo tak właśnie jest. Za mną kilkadziesiąt seansów od początku lat 90., kiedy widziałem go po raz pierwszy, a to z pewnością nie koniec.

Stalker (1979), reż. Andriej Tarkowski

Niespieszny rytm akcji, powoli zagęszczająca się atmosfera tajemnicy, metaforyczna kulminacja, czarny pies, wszechobecny symbolizm, nadzieja, że w Strefie człowiek znajdzie relację z Bogiem, inną formą życia, może z kosmitami, otwarta furtka dla wszelkich interpretacji – to wszystko decyduje o niekończącym się życiu produkcji Tarkowskiego.

Advertisement

Powraca się do niej ciągle, odkrywa jej wielogatunkowość, bada, ile w niej jest faktycznie science fiction. Nonkonformistyczny Tarkowski nie chciał wpisać Stalkera w świat fantastyki naukowej. Wolał bazować na mistycznych wyjaśnieniach zawartości i genezy Strefy, stąd główny bohater, Stalker (Aleksandr Kajdanowski) bardziej przypomina jurodiwego, czyli boskiego szaleńca, a nie przewodnika czy tropiciela zaznajomionego z terenem okupowanym przez obcą cywilizację. Odbiorca jednak zawsze w jakimś sensie jest poza interpretacją reżysera, a sam film Tarkowskiego jest przepełniony sugestiami, że poprzez wybranych ludzi przemawiają nieznane nam siły.

Można je nazywać religijnie, a można także upatrywać źródła poza Ziemią. Zwłaszcza w kontekście naszej lokalnej historii skojarzenie ze Strefą rozbudza wyobraźnię. Obszar wokół elektrowni w Czarnobylu również był przez pewien czas takim enigmatycznym, zakazanym miejscem. Ludzie snuli różne domysły, pełne mutantów i oddziaływania tajemniczych kosmicznych sił, dla których takie właśnie miejsce było wymarzonym początkiem nowej cywilizacji, mającej zastąpić rodzaj ludzki czymś lepszym.

Advertisement

Equilibrium (2002), reż. Kurt Wimmer

W porównaniu do takiego na przykład Interstellar film Wimmera znacznie łatwiej posądzić o infantylizm i patos. Z jakichś względów tak jednak nie jest. Być może dlatego, że Equilibrium zgłasza o wiele mniej pretensji do naukowości niż obraz Nolana. Gdyby jednak zacząć analizować treść, sensowne wydawałoby się pytanie: czy tematyce postapokaliptycznego science fiction wolno więcej, gdy idzie o podniosłość i opowiadanie o ludzkich emocjach? Przecież wszelkie dystopijne klony Roku 1984 z natury zawierają więcej łzawych tonów, stąd racjonalne wydaje się bardziej uważać przy realizacji takich historii, żeby nie przesadzić z patosem.

I tak Equilibrium jest napompowane dramatyzmem jak żaba bagiennym oddechem Shreka. W sposobie realizacji, efektach specjalnych oraz dekoracjach widać ogromne braki w budżecie w porównaniu z możliwościami, jakie oferował rok 2002. Historia miejscami przypomina melodramat i jest dość miałka, zwłaszcza jej realizm – ludzie będący w stanie żyć bez emocji i tworzyć funkcjonujące społeczeństwo. Niemniej do ekranu paradoksalnie przykuwają emocje. Dość szybko domyślamy się, jaki finał będzie miała cała historia, jednak chcemy ciągle na nowo podziwiać konwersję głównego bohatera (Christian Bale jako kleryk John Preston) z tego do cna złego na bezkompromisowego romantycznego mściciela. Scena, w której kleryk Partridge (Sean Bean) zasłania się przez strzałem tomikiem poezji Yeatsa mi osobiście nigdy się nie znudzi, chociaż sama cytowana poezja nie należy do jakichś białych kruków.

Advertisement
Piąty element (1997), reż. Luc Besson

Luc Besson udowodnił samemu sobie w Piątym elemencie, że młodzieńcze pomysły okazują się po latach szansą na tworzenie kultowych dzieł.

Trzeba być jedynie na tyle znanym, by producenci zaryzykowali i zgodzili się dać pieniądze na ich realizację. Studio Gaumont zaryzykowało, pobijając swój rekord wydatków na pojedynczy wyprodukowany przez siebie film. Nigdy by się Bessonowi taka sztuka nie udała, gdyby już wtedy nie był uznanym reżyserem europejskich i zarazem modnych tytułów (m.in. Leon Zawodowiec). Tę nonszalancję i młodzieńczość widać w Piątym elemencie na każdym kroku. Bardzo charakterystyczni bohaterowie zapadają w pamięć dlatego, że każdy z nich został obdarzony unikalnym zestawem cech podanych widzowi w humorystyczny i nieco surrealistyczny sposób.

Advertisement

Nie na tyle jednak abstrakcyjny, żeby nie móc się z postaciami utożsamić. Besson stworzył nie tylko znakomicie obsadzony aktorami i stylistycznie barwny film science fiction, lecz także komedię sensacyjną i pastisz w jednym. Nigdy później nie udało mu się już kręcić tak bezpretensjonalnie, chociaż próbował. Limit młodzieńczych pomysłów jednak jest określony, podobnie jak zdolności twórcze człowieka. Z wiekiem po prostu wyczerpują się jak paliwo w baku. Czy to jednak ważne? Piąty element, który tak rzadko pojawia się w telewizji, wart jest regularnych seansów, a każdy z nich to doskonała zabawa oraz emocjonująca podróż dla wyobraźni.

W nieznane (2016), reż. Mark Elijah Rosenberg

Niewiele jest takich kameralnych produkcji w gatunku, które dają widzowi jednocześnie spokój, suspens i poczucie samotności w kosmosie. A już próżno szukać filmów z Markiem Strongiem w roli głównej. Aktor przyzwyczaił nas do drugich i trzecich planów, co zresztą robi świetnie, niemniej gdy trzeba unieść na swoich plecach całą historię, sprawdza się równie dobrze.

Advertisement

W nieznane jest teatrem jednego aktora mierzącego się z kosmosem i techniką. To właśnie jeden z tych filmów, które mogą służyć za miłe i niezobowiązujące intelektualnie tło, a jednocześnie wciągnąć tak mocno, że nie da się wstać od telewizora aż do finału. Nawet po dziesiątym obejrzeniu Mark Strong ciągle zadziwia kunsztem. Klaustrofobiczne i pełne skondensowanych na małej przestrzeni szczegółów wnętrze statku kosmicznego także. Bez końca można oglądać walkę samotnego człowieka o wodę, działanie reaktora, jedzenie, o jeszcze jeden dzień przybliżający go do Czerwonej Planety. Mówi się, że W nieznane jest gorszą wersją Marsjanina.

Z całą pewnością można stwierdzić, że jest tańszą, natomiast obydwie produkcje są pełne błędów naukowych. Co bardziej zafiksowani na merytoryce widzowie powinni jednak uwiadomić sobie, że oglądają kino, które w nazwie gatunku ma również słowo „fiction”.

Advertisement

Ghost in the Shell (2017), reż. Rupert Sanders

To zaczyna być już nudne, że psychofani oryginału siedzą i płaczą, a ich rozpacz podobna jest do tej, gdy do Maców zaczęto montować procesory Intela. No, może jednak przesadzam. Użytkownicy sprzętu ze znakiem jabłuszka aż tak nie lamentowali, gdy uświadomili sobie nowe możliwości swoich przyszłych krzemowych rakiet. Za to fanboje serii animacji autorstwa Masamune Shirowa zbyt emocjonalnie związali się ze sposobem japońskiej narracji, która, co jest bezsprzecznym faktem, zawierała o wiele więcej informacji, odniesień i refleksji. Manga wszelako rządzi się swoimi prawami, a film fabularny swoimi.

Nie mieszajmy tych światów, za to doceńmy tak rzadko obecny w kinach produkt z gatunku cyberpunk, i to olśniewająco wizualnie zrealizowany. Wybór Scarlett Johansson do roli Major również okazał się trafny, nie tylko ze względu na świetne wcielenie się w postać, ale i naturalne cechy urody Scarlett pasujące do dalekowschodniej wizji bohaterki. Ghost in the Shell nie jest filmem jedynie do podziwiania. Jak na amerykańskie produkcje starające się zebrać jak najwięcej fanów w różnym wieku, a więc siłą rzeczy upraszczające fabuły (Marvel), Ghost in the Shell nie jest banalny.

Advertisement

Można zarzucić mu niekiedy szkicowość, owszem, lecz nie pretensjonalną budowę psychologiczną głównej postaci. Na docenienie zasługuje zwłaszcza relacja Major z doktor Ouelet (Juliette Binoche). Ogólnie, mimo braków, Rupert Sanders zrealizował film mądry i wielowątkowy, jakich jest mało w dzisiejszym kinie i w ramach gatunku.

9 (2009), reż. Shane Acker

Jak biednie pod względem intertekstualnym wypadają bajki spod znaku Disneya w porównaniu z wizją Shane’a Ackera i Pameli Pettler. A i tak mogłoby być znacznie lepiej, gdyby przedłużyć film przynajmniej o 20 minut – „Dwa” nie zostaje porwany tak szybko, cała akcja rozwija się wolniej, widzowi daje się więcej informacji na temat laleczek, historii konfliktu z maszynami oraz procedury transmutacji za pomocą klucza od twórcy śmiercionośnej maszyny.

Advertisement

Bo skoro już twórcy zdecydowali się wykreować aż tak mroczny świat, który zrozumieją raczej dorośli albo nastolatkowie niż uwielbiające Shreka dzieci, przydałoby się również nieco więcej mądrych dialogów. Oprawa wizualna i sam pomysł rekompensują jednak brak skomplikowanych kwestii mówionych. Z drugiej strony w końcu bohaterami są lalki i nie było sensu kazać im ciągle mówić jak filozofowie. Mimo tych wszystkich słabszym momentów dla poczucia samego klimatu ciągle się 9 da oglądać. To pewien rodzaj uzależnienia. Przypomina słabość lalki numer 8, która uwielbiała umieszczać głowę między dwoma biegunami magnesu.

Wpadała wtedy w coś w rodzaju transu albo haju. I chociaż w animacji ze studia Starz wątków aż tylu do odkrycia nie ma, to za każdym razem z utęsknieniem czeka się na końcową scenę pogrzebu, a raczej uwolnienia prawdziwych dusz z lalek, które przecież były jedynie zrobionymi ze złomu rzeczami.

Advertisement
WALL-E (2008), reż. Andrew Stanton

Robi mi się ciepło gdzieś w środku za każdym razem, gdy patrzę na scenę, w której WALL-E i Eva dotykają się, a powietrze przeszywa wyładowanie elektryczne. To symboliczna scena spotkania się dwóch światów – tego starego, zniszczonego oraz tego nowego, pełnego nowoczesności i racjonalnych rozwiązań. To jednak tylko pozory, że ten stary jest taki do końca zły.

Tak naprawdę WALL-E to bardzo pouczająca nas dorosłych bajka o tym, że nie ma sensu dzielić rzeczywistości na starą i nową. Świat jest jeden i może funkcjonować harmonijnie jedynie jako całość, a nie samotna część. Może i niekiedy WALL-E jest zbyt ckliwą bajką, żerującą na naszych najprostszych emocjach. Wyróżnia się za to świetną animacją, poprowadzonym suspensem i humorem sytuacyjnym. Nie jest również pozbawiony mądrej refleksji nad stanem naszej rzeczywistości, a dokładnie biologicznego środowiska, które zwykło umierać powoli, spokojnie i w zupełnej ciszy. Tak powoli, że zdajemy się tego nie zauważać, a gdy to nareszcie spostrzeżemy, będziemy musieli znaleźć sobie inny dom.

Advertisement

To chyba najbardziej prawdopodobna przyszłość, nieważne ile razy obejrzymy produkcję Andrew Stantona – reżysera dla animacji 3D legendarnego.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *