Publicystyka filmowa
WSTRZĄSY. Pustynne rekiny po latach nie straszą
WSTRZĄSY to film przygodowy, który łączy thrillery, czarną komedię i western. Kevin Bacon i jego partner walczą z zabawnymi graboidami na pustyni.
Ilekroć przypominam sobie, że nakręcono aż 5 filmów o graboidach oraz jeszcze serial telewizyjny, naprawdę mną wstrząsa. Warta jakiejkolwiek uwagi jest jedynie pierwsza część tej z-klasowej pentalogii, jeśli oczywiście podejdziemy do produkcji czysto rozrywkowo. Bać się tu raczej nie ma czego, bo Wstrząsy Rona Underwooda są bardziej filmem przygodowym z elementami thrillera, czarnej komedii i westernu niż horrorem. Może to i lepiej, bo aktorskiego duetu Bacon/Ward nie sposób traktować poważnie, zwłaszcza gdy jeden z nich gra postać, której na imię Valentine.
Mowa tu oczywiście o świetnym Kevinie Baconie. Dla widzów bardziej zaznajomionych z bronią pancerną II wojny światowej wszystko powinno być jasne. Valentine to tania w produkcji broń na podziemne robaki. Jego partner w filmie nosi nie mniej kontrowersyjne imię – Earl, chociaż z angielską szlachtą ma zapewne niewiele wspólnego. A więc Earl i Valentine, jak ostatni kowboje symbolicznie osadzeni w pustynnej scenerii współczesnego Dzikiego Zachodu, to raczej włóczykije, którzy cieszą się, kiedy zgarną jakąś robotę na czarno.
Poza tym czują się niemal globtroterami, tyle że forsy im nieco brak na wycieczki po kraju i poza nim. Na kanwie tej dowcipnej i jednocześnie szorstkiej relacji między dwoma facetami zbudowano cały film. Po ponad dwudziestu latach od pierwszego seansu stwierdzam, że był to doskonały pomysł na ramę produkcji, bo przecież sama walka z pustynnymi czerwiami to raczej sztampa, jaką znamy chociażby z licznych amerykańskich produkcji w stylu Tarantuli lub Zabójczej modliszki.
Standardowa jest również konstrukcja filmu. Przypomina budowę cepa. Na początku dowiadujemy się, że coś tajemniczego zabija co poniektórych mniej ważnych mieszkańców miasteczka Perfection. No, może do czasu, kiedy Chińczyk (Victor Wong) zostaje pożarty. Powiedzmy, że to jakieś pierwsze trzydzieści minut filmu. Następne pół godziny zagospodarowane jest przez objawienie się potwora i gorączkowe poszukiwania sposobu, jak z nim sobie poradzić. Reszta czasu aż do końca tego arcydzieła spod znaku dreszczowców skupia się na otwartej walce z pustynnym rekinem. Tak, to najlepsze porównanie dla określenia graboida (lektor w filmie twierdzi, że to chwytoid).
Przypomina węża, jest ślepy i bardzo wrażliwy na drgania. Jego otwór gębowy wyposażony jest w dodatkowe, mniejsze paszcze niczym u Ksenomorfa z Obcego. Wyglądają nieco ohydnie. Śmierdzą, produkują hektolitry śluzu i lubią pożerać inne żywe istoty.
Można by pochwalić sam projekt i sposób działania graboida, jednak materiały użyte do jego budowy przypominają bardziej zabawkę do gryzienia dla psów. Mechanika działania dodatkowych paszczy także aż za bardzo sugeruje, że stwór jest ślepy. Uzębione macki nazbyt często nie trafiają w cel, a mimo to dzieje się tak jakoś, że jednak są wystarczająco precyzyjne, by zabijać w wysublimowany i efektowny sposób. Może ktoś z widzów wpadnie na pomysł, czemu zostawiły tak ładnie ułożoną twarz Freda na powierzchni piasku, a wszystko inne zjadły, łącznie z jego owcami. Inni przecież nie mieli tyle szczęścia na posiadanie takiej pośmiertnej maski.
Najwidoczniej twórcom niezbyt zależało na realizmie walki z potworem, co można zwalić na niewielki budżet filmu. Jest też druga ewentualność. Skoro Wstrząsy starają się być również czarną komedią, to zupełnie jasne jest, że walki z graboidem będą nieco z przymrużeniem oka.
W filmie nie giną żadne przyjacielskie bohaterom zwierzę (owiec nie biorę pod uwagę) ani dziecko. Jest to więc niezwykle bezpieczna i niekontrowersyjna wizja pierwszego i najlepszego (sam się dziwię) starcia z pustynnym rekinem. Dodatkowo w najbardziej dramatycznych momentach w tle słychać wesoło grające instrumenty dęte i podskakujące smyczki (muzyka autorstwa Ernesta Troosta, specjalisty od niedoinwestowanych „dzieł” telewizyjnych). Ludzie giną na ekranie, a szalona orkiestra pędzi do jakiegoś zapisanego w nutach punktu kulminacyjnego. Z całego tego filmowego ambarasu w country stylu nasuwa się tylko jeden logiczny wniosek.
Wstrząsy nie są dobrym filmem. Nie pomogą mu nawet zaskakująco niezgorsze zdjęcia Alexandra Gruszynskiego. Sam Kevin Bacon i robiący sobie żarty w niektórych, dramatycznych scenach Fred Ward również nie uratują całości obrazu Underwooda, bo pozostali aktorzy grają na jednym, równym, koszmarnym poziomie. Skąd więc ten mój sentyment oraz całkiem wysoka ocena?
Sentyment do filmu to takie uczucie, które przeinacza obiektywną wartość ocenianej rzeczy za sprawą wyłącznie bardzo osobistych emocji. Wiele z nich nie ma nic wspólnego z samą ocenianą produkcją, działa natomiast jak zwierciadło – spoglądam przez nie na wszystko, co z owym filmem było związane wtedy, gdy powstawał oraz był oglądany, lecz nie na niego samego.
W przypadku Wstrząsów są to retrosentymentalny świat kaset VHS oraz naprawdę znikoma liczba podobnych obrazów dostępnych ówcześnie np. dla mnie jako nastolatka w osiedlowej wypożyczalni. Każdy więc taki film okazywał się na wagę złota, przez co żaden krytycyzm nie mógł się wyrobić. Człowiek chłonął wszystko, co pochodziło zza mitycznego oceanu, czyli z krainy bezkresnej i odwiecznej wolności. Za to teraz, kiedy niejednokrotnie ma się większą ochotę krytykować, niż chwalić, te dawne emocje wciąż są żywe. Nie oznacza to jednak, że Wstrząsom nie należy się żadna obiektywna pochwała.
Połączenie wielu gatunków filmowych, uwielbiający zabawę w nożyce i kamień duet Kevin Bacon-Fred Ward, zdjęcia, montaż, światło, motyw śmierci właściciela owiec, pomysł z wciąganiem samochodów pod ziemię, ogólna koncepcja graboida (ciekawe, czy inspirowana Diuną), pustynno-skaliste plenery z Alabama Hills – to tylko kilka wybranych zalet Wstrząsów.
Wstrząsy nie miały wielkiej kampanii promocyjnej, nie okazały się też sukcesem kasowym. Mam wrażenie, że świat telewizyjnych seriali bardziej pasuje reżyserowi niż wielki ekran. Osobiście robię dla niego jeszcze jeden wyjątek: Pluto Nash – to nietuzinkowa komedia science fiction ze świetnie obsadzonym w głównej roli Eddiem Murphym. Spore grono widzów i krytyków nie podziela jednak tej opinii, uważając, że film jest jednym wielkim kiczem. Zgadzam się z nimi jedynie w kwestii tandetności graficznej plakatu.
Poster, który mają zaś Wstrząsy, tak odznaczający się na tle dzisiejszych wykwitów koncepcyjnych w mainstreamowych produkcjach, warto sobie nawet powiesić w pokoju. Sam może nie da rady w starciu z grafikami Pągowskiego albo Starowieyskiego, lecz chociaż widać w nim jakąś historię. Koncept nie ogranicza się do wyszparowania kilku główek, zestawienia ich ze sobą na pstrokatym tle i dodania reklamowych haseł. Czego najbardziej szkoda, to gumowych z wyglądu robaków oraz ich wnętrzności łudząco podobnych do zmielonej dyni. Wstrząsy raczej nie zatrzęsą widzem ze strachu. Mogą najwyżej wstrząsnąć jego niegdysiejszym sentymentalizmem.
