Connect with us

Publicystyka filmowa

Najbardziej KONTROWERSYJNE filmy i seriale na NETFLIKSIE

W filmie NAJBARDZIEJ KONTROWERSYJNE FILMY I SERIALE NA NETFLIKSIE odkrywamy najdyskusyjne tytuły, które wywołują emocje i sprzeciw.

Published

on

Najbardziej KONTROWERSYJNE filmy i seriale na NETFLIKSIE

Kontrowersyjne po polsku i dla Polaków. Kontrowersyjne, czyli wywołujące dyskusje, a bardzo często sprzeciw. Jakie społeczeństwo, takie kontrowersje, rzec by można, dlatego taki również dobór tytułów prezentujący nasz nadwiślański uprzedzeń portret własny. Chodzi więc głównie o seks, zwłaszcza ten homoseksualny, Żydów, Niemców, Ukraińców i religię katolicką, no bo przemoc jako taka wcale nie wywołuje aż takich sprzeciwów, z wyjątkiem może propagowania gwałtu i seksizmu w 365 dniach.
Advertisement

Ale w sumie tę gloryfikację seksualnej przemocy zauważyły raczej środowiska lewackie i liberalne (i to nawet nie polskie). Na prawicy raczej cisza, być może dlatego, że od wieków przemoc znajdowała tu tradycyjne uzasadnienie, jak nie polityczne i religijne, to kulturowe. Tak naprawdę jednak w tych wszystkich kontrowersjach nie chodzi o religię, seks, przemoc itp. To zaledwie narzędzia kulturowych opresji stosowane po to, żeby podtrzymywać społeczne status quo klasistowskich grup. Natomiast filmy opowiadające o nich mają działać z założenia wychowawczo, żeby widzowie coś sobie uświadomili.

Praktyka ukazuje jednak miałkość owych pedagogicznych starań, gdyż ci, którzy mogliby sięgnąć po tego rodzaju kino, w sumie już wszystko to, co ono ma do powiedzenia, wiedzą, natomiast ci, którym tego rodzaju obrazy pomogłyby rozszerzyć horyzonty, raczej z własnej woli po nie nie sięgną. Koło jest więc zamknięte, a sztuka istnieje dla samej sztuki. To jednak nie oznacza, że kinematografia ma zrezygnować z kształtującej humanistyczny światopogląd roli, bo może z opóźnieniem, ale kolejne pokolenie spłodzone przez tych zamkniętych na wiedzę odbiorców filmów będzie nieco bardziej otwarte w myśl zasady, że nasze dzieci są zawsze trochę lepsze genetycznie od nas i kulturowo bardziej otwarte.

Advertisement

Co do zaś Netflixa, trudno posądzić ten portal o jakąś misję, prócz zarabiania pieniędzy. Znaleźć pośród ich autorskich projektów coś naprawdę kontrowersyjnego graniczy z cudem. Marketingowcy muszą bardzo długo myśleć, żeby wypuszczać na światło dzienne wyłącznie te projekty, które mieszczą się w idealnie zaprojektowanych bezpiecznych ramach. Czasem jednak zdarzy się rodzynek, a i na szczęście platforma dodaje do swoich zasobów coraz więcej odważnego kina z innych producenckich stajni, tego dokumentalnego również.

365 dni (2020), reż. Barbara Białowąs, Tomasz Mandes

Jestem ciekawy, czy gdy krytycy mówią o filmie 365 dni, że „jest bez smaku i antyfeministyczny”, to sądzą, że ów brak smaku jest związany w sposób konieczny z antyfeminizmem. Mam takie nieodparte wrażenie, że właśnie tak jest. Wątpię jednak, czy Blanka Lipińska, zważywszy na jej sposób myślenia, zachowania i wyrażania myśli za pomocą języka pisanego, w ogóle dokonywała jakiejś analizy stopnia feministyczności swojego dzieła. Ono tak po prostu jej wyszło, zatem przypisywanie ideologicznych cech powieści 365 dni jest nadużyciem intelektualnym, bo to zwykłe czytadło napisane bez cienia refleksji nad rzeczywistością. Kto by pomyślał, że film stanie się tak popularny i kontrowersyjny. Chodzi mianowicie o zdziwienie tzw. intelektualnych klas wyższych, że taki gniot jest tak znany i popularny, no i o gwałt. Co się tyczy kwestii popularności, to – jak pamiętamy – 50 twarzy Greya również odniosło sukces w tym sensie, że o filmie dużo się mówiło, aczkolwiek oceny niekoniecznie były wysokie, całkiem słusznie zresztą.

Advertisement

Jeśli zaś chodzi o stopnień podniecania widza, to duet Dakota Johnson i Jamie Dornan przypominał dwa zmarznięte pingwiny w letargu, które zmusza się do chodzenia. Natomiast para z 365 dni, Sieklucka i Morrone, ma w sobie ogień.

Gdyby go jeszcze trochę podkręcić, pokazać więcej, mielibyśmy kontrowersje skupione wokół oskarżeń o porno dostępne w komercyjnych kinach, a tak tylko widzowie się denerwują, może nawet podświadomie, że dialogi to kicha, narracja też pozostawia wiele do życzenia i nie można dać filmowi więcej niż 3, lecz główni bohaterowie mają potencjał na prawdziwą kontrowersyjność. I tu na scenę wkracza gwałt.

Advertisement

To oczywiste, że film jest seksistowski. Wytykanie mu jednak propagowania gwałtu traktuję raczej jako niekontrolowany wylew lewackich animozji niż merytoryczny przytyk. Jeśli Jessica Kiang, redaktorka portalu Variety, faktycznie chce zwiększyć świadomość publiczności w zakresie tego, co jest gwałtem, proponowałbym zająć się edukacją dzieci i wyrabianiem u nich odpowiednich postaw seksualnych bazujących na świadomości własnego ciała. Cenzura sztuki, jakakolwiek by ona nie była, nigdy nie służyła społeczności.

Rocco (2016), reż. Thierry Demaizière i Alban Teurlai

Zaczyna się jak na Netflixa mocno – woda wraz z mydłem spływa po penisie. Wszystko jest nakręcone w slow motion, a mleczny, półprzezroczysty kolor żelu przypomina spermę. To oczywiście penis Rocco, czyli jeden z najsławniejszych członków w pornobiznesie. Ale nie tylko o penisa chodzi w tej opowieści o zmaganiach się aktora ze sobą i z porno.

Advertisement

Chociaż to wiecznie stojące narzędzie pokaźnych rozmiarów zapewniło mu sławę, przyniosło również zmęczenie, zgnuśnienie i chęć zejścia w otchłań bycia. Warto prześledzić tę drogę, którą przeszedł Rocco: od czucia się seksoholiczną gwiazdą i delektowania tymi emocjami, aż do uświadomienia sobie, że jedynym sensem jego dalszego życia będzie odejście z biznesu, póki jeszcze jego sława nie zepchnęła go na dno. Dokument, podobnie jak się zaczyna, kończy się równie mocno, z tym że chodzi o coś znacznie więcej niż penisa – o symbol na dodatek uświęcony. Ciekawe, czy ci z polskich katolików, którzy skrycie oglądają porno, się obrażą?

Pierwsze kuszenie Chrystusa i Ostatni kac (2018–2019), reż. Rodrigo Van Der Put

Netflix pozazdrościł grupie Monty Python i poszedł śladami Żywota Briana. Tak do końca się nie udało, bo jednak w szydzeniu z chrześcijańskich mitów przoduje ekipa Johna Cleese’a. To, co jednak wyszło Netflixowi, to zaznaczenie swojej obecności na rynku filmów kontrowersyjnych i dowcipnych jednocześnie, radykalnie podających w wątpliwość religijne narracje wpływające na świeckie życie i niekiedy je irracjonalnie determinujące od tysięcy lat. Ale przecież czy taki Jezus, jakim go zaprezentowali komicy z Porta dos Fundos, nie jest ludziom bliższy niż ten z Biblii? Zna przynajmniej smak życia, wie, jak to jest być odrzuconym z powodu swojej orientacji seksualnej (powrót z pustyni z Orlando w Pierwszym kuszeniu…), musi zmagać się ze swoim boskim pochodzeniem, a przy tym się nie wywyższać, co jest bardzo trudne. A otacza go banda zdolnych do wszystkiego, nawet ukrzyżowania go dla zabawy, uczniów. Rodzice też nie są lepsi. Józef ma małżeńskie rogi, a poza tym jest frajerem i niedorajdą. W kwestii rogów – co prawda są one przyprawione przez samego Boga, ale jednak to rogi, druzgocące dla męskiego ego. Matka Jezusa zaś, Maria, to kobieta zmysłowa, a Bóg (Vitorio) potrafi ją rozpalić do czerwoności, zwłaszcza szeptaniem, planami wyjazdu na Marsa i stwarzaniem twardych kamieni.

Advertisement

Wszystkie te dwuznaczne sugestie wydają się nie mieć sensu, ale kryją się pod nimi dziesiątki, jak nie setki odwołań do symboliki religijnej, doktryny różnych wyznań chrześcijańskich, jak i judaizmu, dogmatów katolickich, historii kościoła itp. Komicy z Porta dos Fundos dobrze wiedzą, jak je dowcipnie podać w wątpliwość.

RuPaul’s Drag Race (2009–2020), talent show

Z programu dowiemy się m.in., jak odpowiednio kręcić biodrami, ale nie w kobiecy sposób, tylko drag-kobiecy, a to wielka różnica, czy np. jak układać jądra w kroczu, żeby zbytnio nie wystawały z obcisłego ubrania.

Advertisement

No bo przecież drag queen musi wyglądać jak najbardziej kobieco, czasem wręcz nieco surrealistycznie czy androgenicznie. Niewątpliwie te, jak to mówią niektórzy, przebieranki zboczeńców, RuPaul podniósł do rangi sztuki. Czas i dla niego jednak nieubłaganie mija, co widać szczególnie, gdy zakłada garnitur i nie ma makijażu. Jeśli sztuka bycia drag queen ma przetrwać i się rozwijać, należałoby dać szansę na komercyjną karierę innym królowym. Taką szansę stania się kimś sławnym zawsze oferowała telewizja, organizując przeróżne talent show, więc wraz ze zmieniającymi się czasami przyszedł czas na drag queen.

Przez tyle lat kręcenia Drag Race okazało się, że zdolnych, młodych ludzi, którzy z tego „przebierania” uczynili coś więcej, jest bardzo wielu. Oczywiście jak w każdym konkursie, niekiedy transformacja w kobietę wychodzi tanio i kiczowato, ale są przypadki rewelacyjnej przemiany wyglądu w postać, która olśniewa. A poza tym wymyślone w programie konkurencje są naprawdę śmieszne w sam raz na niezobowiązującą, niedzielną rozrywkę.

Advertisement

Circus of Books (2019), reż. Rachel Mason

To bardzo piękne, że zwykli ludzie mają odwagę robić coś niezwykłego, zwłaszcza że poznali się na imprezie dla samotnych Żydów. No właściwie nie tak zwykli, bo Karen Mason była dziennikarką, a jej mąż, Barry, był współtwórcą efektów specjalnych m.in. do Odysei kosmicznej czy Star Treka. Bulwar Santa Monica i okoliczne uliczki zachodniego Hollywood (w tym Aleja Wazeliny) słynęły z gejowskich klubów.

Było więc wielkie zapotrzebowanie na takie miejsce jak „Circus of books”, czyli księgarnię, której prowadzenie dość przypadkowo wpadło w ręce małżeństwa Masonów. A potem zaczęła się przygoda z robieniem filmów hard porno, no bo przecież praca przy Odysei kosmicznej zobowiązuje. O tej osobliwej dla wielu działalności jest ten dokument, czasem wzruszający, czasem śmieszny, a na pewno wartościowy, gdy chodzi o wiedzę o człowieku i społeczeństwie. To jednak tylko jedna strona medalu.

Advertisement

Produkcja Circus of books dotyka również pewnych interpretacji istnienia pornografii w ogóle oraz prawdziwych motywów walki z nią. Jeden z rozmówców stwierdza, że geje interesowali się tematyczną pornografią dlatego, że widzieli w niej świat ludzi wolnych, którzy nie muszą się ukrywać z tym, jacy są. Słowo „gej” nie było złe, a ludzie geje tym bardziej. Gdy wybuchła epidemia AIDS, branża porno, zwłaszcza gejowska, znalazła się na celowniku amerykańskiej prokuratury. Ale tak naprawdę walka z pornografią miała zupełnie inne źródło – moralizatorom chodziło o zwykłą cenzurę, czyli kontrolę tego, co ludzie generalnie czytają i z kim śpią.

Od wieków przecież to jedne z najlepszych sposobów wpływania na masy. Wreszcie Circus of books to film o tym, jak bardzo spaczony jest świat, nie dlatego, że istnieją w nim geje, lecz dlatego, że w nielogiczny sposób nie pozwala się im być pełnoprawnymi obywatelami. Przecież najlepszym sposobem, żeby przestali demonstrować i dawać o sobie znać, że istnieją albo są w ogóle ludźmi, a nie ideologią, jest zaspokoić ich społeczne potrzeby. Wtedy znikną. Zostaną zasymilowani przez społeczność. Wystarczająco kontrowersyjna teza jak na Netflixa?

Advertisement
Wołyń (2016), reż. Wojciech Smarzowski

Świat opanowany przez zaufanie do symboliki i uzasadniającej niegodziwe czyny przynależności narodowej zawsze ulegnie degradacji, bowiem symbole to rzeczywistości wymyślone, podatne na chwilową interpretację, odległą od praktyki.

Nieważne, jakie religie i wzniosłe ideały będzie ów świat miał po swojej stronie. W ostateczności realne życie zawsze ulegnie wyobrażeniom, które je symulują. Historia pod tym względem naucza nas bardzo gorzkiej prawdy. Powyżej i poniżej zestawione tytuły opowiadają o niej w przeróżny sposób. Próbują nawet dawać rozwiązania, jak zacząć budować inną rzeczywistość. Ten zaś film, Wołyń, nie podpowiada, jak to zrobić. Jest dowodem na wciąż istniejący rozłam w interpretacji faktów z historii, ale za nimi przecież stoją ludzie, a część z nich kiedyś leżała z rozprutymi brzuchami, bo urodziła się jako ten, a nie inny naród.

Advertisement

Nie ma nic bardziej idiotycznego, żeby uzasadnić czyjeś morderstwo, jak nacja czy też nacjonalizm. Z tym że zwykle na początku nie dostrzega się różnicy między nim a tzw. patriotyzmem. Niestety, kiedy ma się na to szansę, często jest już za późno, gdyż w kłamliwą nacjonalistyczną grę wciągnięci są już zwykli ludzie, tak jak stało się to w przypadku Ukraińców niezrzeszonych w żadnej organizacji typu UPA, OUN czy NKWD, co do którego zresztą udział w rzezi wołyńskiej ciągle jest dyskutowany wśród historyków.

Wydaje się, że Smarzowski w swoim filmie bardziej oskarżył jednak ideologię niż samych ludzi, co nie oznacza przeniesienia winy na Polaków, bo jeśli nawet już musimy odwołać się do danych liczbowych, nawet jeśli liczyć ofiary polskiego odwetu, to różnica między 2000 a – jak podają niektórzy analitycy – nawet 70 000 ofiar jest kolosalna. Szczerze, to mam wątpliwości, czy takie bezpieczne ujęcie tematu mnie zadowala, ponieważ istnieje różnica między niepoczytalnością w trakcie dokonywania czynu zabronionego a determinacją ideologiczną, która niczego nie usprawiedliwia, wręcz przeciwnie.

Advertisement

Podobnie zresztą jak w Klerze, Smarzowski wprost nie postawił w Wołyniu kropki nad i. Może to sposób na wywołanie dyskusji? Może reżyser chciał, żeby to widzowie ją postawili? A może nie chciał zaogniać i tak napiętych od lat stosunków polsko-ukraińskich. Dla nas, Polaków, jest oczywiste, kto ponosi odpowiedzialność za ludobójstwo na Wołyniu. Na Ukrainie jednak wciąż niektórzy są zaślepieni patriotyzmem i interpretują owo niechlubne zdarzenie z II wojny światowej jako tzw.

wojenny konflikt między Polakami a Ukraińcami, innymi słowy, wojnę polsko-ukraińską. Pojawiają się również oskarżenia, że Polacy współpracowali z nazistami, a Ukraińcy bronili jedynie terenów, które uważali za swoje. Tego typu patriotycznego siebie wybielania Smarzowski celowo nie dotyka. On snuje historię ludzi, tego, jak mogli uratować się od podjęcia niemożliwych moralnie wyborów. Dla naszej świadomości historycznej Wołyń jest jednym z najważniejszych filmów dostępnych na platformie Netflix, a przy tym zadaje kontrowersyjne pytania. Pamiętajmy, że na naszym terenie również mamy agresywny nacjonalizm, a przy odpowiedniej motywacji politycznej mógłby on posłużyć za narzędzie do realizacji podobnie ludobójczych etnicznie celów, tyle że w stosunku np. do Niemców i Żydów.

Advertisement
Cała moja rodzina (2019), reż. Hao Wu

Hao Wu, główny bohater tej ciepłej i chwilami dramatycznej historii, wyjechał z Chin do USA dwadzieścia lat temu. Zostawił w ojczyźnie liczną rodzinę złożoną z rodziców, wujków, kuzynek, cioć itd. Są jednak takie zdarzenia jak np. okrągłe urodziny bliskich, kiedy trzeba wrócić. Czas również nieubłaganie mijał, a rodzice, zwłaszcza ojciec, bardzo chcieli zobaczyć kolejnego wnuka, jak zaznaczyli, takiego prawdziwego, nie adoptowanego.

Co więc miał zrobić Hao, gdy życie przyparło go do muru? Musiał w końcu powiedzieć prawdę – że jest gejem. Nie było to łatwe, bo od dzieciństwa był przekonany, że cierpi na jakąś tajemniczą chorobę psychiczną – tak wyczytał w chińskiej książce do psychologii. A co z dzieckiem, a raczej dziećmi, bo jego partner również chciał mieć własne? Znalazł sposób, mimo że posiadał partnera tej samej płci. Dzisiejsza medycyna oferuje liczne możliwości. Mało tego, zaspokoił pragnienie swojego ojca o genetycznym pokrewieństwie dziecka.

Advertisement

Cała moja rodzina jest Netflixową produkcją w niezobowiązujący, dowcipny formalnie sposób opowiadającą o problemach z posiadaniem dzieci przez pary homoseksualne. W Chinach pod względem tolerancji takich sytuacji jest z tym duży problem, podobnie jak w Polsce. Tyle że odnoszę wrażenie, że polska propaganda środowisk prawicowych bazuje na budowaniu wrażenia, że pary homoseksualne chcą adoptować dzieci po to, żeby je wykorzystywać seksualnie, bo przecież większość pedofili jest homoseksualistami. Ktoś chyba zapomniał, że osoby homoseksualne z chwilą rozpoczęcia współżycia z osobami tej samej płci nie przestają być płodne.

Co więc z ich naturalnym, przyrodzonym prawem posiadania własnych genetycznie dzieci? Cała moja rodzina zaś spogląda na problem z innej strony, mniej ideologiczny, a bardziej po chińsku tradycjonalistyczny, bowiem para homoseksualistów jest prawdziwymi ojcami swoich dzieci, chociaż nie wspólnie. Próbują też przekonać kolejne pokolenia swoich rodzin do tego, że świat się zmienia, Chiny również. I jak się okazuje, jest to całkiem proste, bo Chińczycy potrafią myśleć racjonalnie. A Polacy? Jedno jest pewne – kochają gotowe narracje i mitologiczne opowieści.

Advertisement

Pokot (2017), reż. Agnieszka Holland, Kasia Adamik

Co jest takiego kontrowersyjnego w Pokocie? Jeszcze 20 lat temu powiedziałbym, że nic, a dzisiaj, gdy pod względem traktowania zwierząt z wolna cofamy się w rozwoju, muszę z bólem stwierdzić, że ów szacunek do przyrody stał się kontrowersyjny. Zastąpiła go ideologia maksymalnej eksploatacji otoczenia w myśl religijnych uzasadnień, że ludzie dusze mają, a zwierzęta nie, więc można je rżnąć do woli, bo i tak nie zostaną zbawione (słynna wypowiedź w filmie księdza Szelesta).

Podobnymi motywami kierowali się naziści, gdy uznawali Żydów za podludzi, więc tym samym zwalniali się z jakiejkolwiek odpowiedzialności moralnej. Pokot inteligentnie punktuje to zakłamanie, mimo że mam pretensje do filmu, że robi to w nieco zbyt monotonny realizacyjnie sposób. Zabijanie nigdy nie powinno być rozrywką – to jest najbardziej kontrowersyjny przekaz filmu, a nie powinien być taki, bo to przecież chyba normalne, że zabijać mamy prawo wyłącznie, żeby przeżyć lub ochronić nasz gatunek. Jeśli zabijanie bawi, to zwyrodniali są wyłącznie ci, co zabijają, a nie ich krytycy.

Advertisement

Jeśli uczymy dzieci radości z zabijania (ich obecność na polowaniach), wychowujemy kolejne pokolenie nieświadomych świata, ułomnych poznawczo ludzi. Dobrze więc, że Netflix posiada w swojej bibliotece tak pouczające filmy jak Pokot. Szkoda tylko, że są uznane za kontrowersyjne. Może przyjdzie czas, gdy przyroda potraktuje nas podobnie np. do takiego Wnętrzaka (Borys Szyc) czy Komendanta (Andrzej Konopka), chociaż paradoksalnie uśmierciły ich ręce człowieka.

Unorthodox (2020), reż. Maria Schrader

Rok małżeństwa i nawet nie zaszła w ciążę – tyle miała do powiedzenia teściowa Esther Shapiro (Shira Haas). Nic więcej nie musiała już mówić. Potraktowała żonę swojego syna, jak i siebie jako męskie służące, rozrywkowe androidy i inkubatory w jednym.

Advertisement

Dla wielu Polaków, a może również Niemców czy też chociażby Amerykanów, bo wstręt wobec Żydów tak naprawdę nie ma państwowych granic, film może robić wrażenie obrazu antysemickiego. Nic bardziej mylnego. Ortodoksyjna społeczność żydowska jest jedynie emblematycznym przykładem, jak kobieta była w ludzkiej kulturze (nie tylko tej religijnej) poniżana i z jakim trudem we współczesności musi walczyć o równość, co przecież powinno być oczywiste dla każdego człowieka, który szanuje swój gatunek. Żydzi, katolicy, Arabowie, komuniści, naziści, czy liberalne, średniozamożne i bogate rodziny egzystujące w demokracjach z tradycjami – zadziwiające, że pod względem traktowania kobiety wszystkie te grupy są tak równe, chociaż niektóre z nich głośniej niż inne przyznają im liberalne prawa, przynajmniej na papierze.

Kler (2018), reż. Wojciech Smarzowski

Smarzowskiego można z powodzeniem uznać za twórcę realizującego zaangażowane filmy o najważniejszych problemach naszej polskiej rzeczywistości.

Advertisement

Co ciekawe Patryk Vega zdaje się iść w podobną stronę. Zobaczymy, kiedy ich cele się zrównają. Co do zaś Kleru, którym kończę zestawienie kontrowersyjnych na polską modłę filmów dostępnych na platformie Netflix, to w założeniu reżysera miała to być opowieść działająca wychowawczo. Sądzę, że akurat na tym polu Smarzowski poniósł klęskę, bo ci, których należałoby wychować, albo filmu w ogóle nie obejrzeli, albo nic z niego nie zrozumieli. Natomiast dla tych, którzy od początku nie ukrywali chęci zapoznania się z nim, Kler okazał się produkcją nic nowego niewnoszącą do ich wiedzy na temat tego, jakiej natury instytucją jest Kościół.

Podobnie jak w Wołyniu Smarzowski zdecydował się spojrzeć na ideologię od strony ludzi, tyle że przesunął akcenty. Już nie idea była winna poczynań jednostek, a zachowanie instytucji zostało nieco usprawiedliwione osobistymi błędami jej członków. Czyli właściwie odwrotność tego, co w Wołyniu. Niemniej w Klerze istnieje pewna sfera narracji dana widzowi implicite, gdyż analiza doktryny przeróżnych Kościołów nie pozwala oderwać czynów duchownych od przebóstwionej niemal panteistycznie instytucji. Smarzowski więc gdzieś tam szepcze obok konfesjonału, że przecież gdyby nie stworzyć księżom odpowiednich warunków, nie byłoby nadużyć, przestępstw i mafijnych układów.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *