Recenzje
KREW NA SZPONACH SZATANA. Czy ten klasyk FOLK HORRORU przetrwał próbę czasu?
Krew na szponach Szatana Piersa Haggarda cieszy się statusem dzieła ważnego dla rozwoju folk horroru, ale jego początkowy odbiór był bardzo chłodny.
Krew na szponach Szatana Piersa Haggarda cieszy się statusem dzieła ważnego dla rozwoju folk horroru, ale jego początkowy odbiór był bardzo chłodny. Nie bez powodu.
Anglia, wiek XVIII. Podczas pracy w polu chłop odkopuje zdeformowaną czaszkę pokrytą futrem i łypiącą pojedynczym ślepiem. Przekonany, że natrafił na truchło samego diabła, przerażony rolnik powiadamia miejscowego sędziego, który jednak bagatelizuje całą sprawę jako zabobony. Szczątki zagadkowego stworzenia tymczasem znikają, a w okolicy zaczyna dochodzić do dziwnych zjawisk: młoda dziewczyna zapada na niedocieczoną chorobę, jej narzeczony doznaje wizji potwornej bestii ze szponiastymi łapami, a grupka dzieci odprawia rytuały w ruinach kościoła. Kiedy giną kolejni ludzie, sędzia wszczyna śledztwo.

Krew na szponach Szatana uznaje się za jedno z trzech pionierskich dzieł horroru folklorystycznego w obrębie brytyjskiego kina – obok Pogromcy czarownic (1968) Michaela Reevesa i Kultu (1973) Robina Hardy’ego (razem tworzą one tzw. nieświętą trójcę). Historia samego gatunku, który w ostatnich latach przeżywa renesans popularności, jest oczywiście starsza: wcześniejsze przykłady to duńskie Czarownice (1922) Benjamina Christensena, fiński Biały ren (1952) Erika Blomberga i włoski Demon (1962) Brunello Rondiego, ale to właśnie trzy wspomniane filmy walnie przyczyniły się do popularyzacji horroru ludowego.
Robert Wynne-Simmons napisał scenariusz Krwi na szponach Szatana w formie antologii złożonej z trzech luźno powiązanych historii inspirowanych zarówno dawnymi ludowymi wierzeniami, jak i pitawalem współczesnych przestępstw, w tym działalnością bandy Charlesa Mansona i zabójstwami dzieci dokonanymi przez jedenastoletnią Mary Bell. Kiedy wytwórnia Tigon zaangażowała reżysera Piersa Haggarda, koncepcja filmu uległa zmianie – nowele scalono w jedną fabułę i dodano wątki oraz sceny jednoznacznie kojarzące się z Pogromcą czarownic, dzięki któremu studio odniosło trzy lata wcześniej sukces kasowy.

Próba zdyskontowania tego sukcesu spełzła jednak na niczym: Krew na szponach Szatana trafiła na ekrany wybranych brytyjskich kin w styczniu 1971 roku (pierwotnie pod tytułem Satan’s Skin), pół roku później Tigon zorganizował serię projekcji w londyńskim New Victoria Cinema (już jako The Blood on Satan’s Claw), ale w obliczu niskich wpływów z kas biletowych film zszedł z afisza zaledwie po tygodniu. Odbiór obrazu pośród krytyków również był mieszany: doceniono zdjęcia, reżyserię Haggarda, grę aktorską oraz niepokojącą atmosferę, lecz narzekano na brak subtelności, sensacyjny ton i toporny rozwój akcji.
Film zyskał drugie życie wiele lat po premierze – w dużej mierze dzięki regularnym emisjom w brytyjskiej telewizji, ale także z powodu Marka Gatissa, który w swoim serialu dokumentalnym A History of Horror (2010) wskazał Krew na szponach Szatana jako utwór kluczowy dla rozwoju folk horroru. Od tamtej pory film Haggarda doczekał się kolejnych peanów i krytycznych analiz, a jego wpływ zaczęto dostrzegać w takich tytułach jak m.in. A Field in England (2013) Bena Wheatleya, Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii (2015) Roberta Eggersa, Apostoł (2018) Garetha Evansa i Midsommar (2019) Ariego Astera.

W kontekście historycznym Krew na szponach Szatana jest więc pozycją istotną, lecz trudno oprzeć się wrażeniu, że to chyba najmniej udany segment nieświętej trójcy horroru folklorystycznego. Przede wszystkim widać wyraźnie, że film Haggarda dość chaotycznie zszyto z trzech różnych historii: wątki nie zawsze płynnie się zazębiają, co niekorzystnie wpływa na spójność całości, zaś postać pozornie pierwszoplanowa (Peter Edmonton) nagle znika, żeby ustąpić miejsca komuś, kto pełnił rolę epizodyczną i negatywną (sędzia). Ale i ten bohater zawierusza się w połowie akcji i powraca dopiero w finale.
Pospieszne i nazbyt optymistyczne zakończenie filmu nie przynosi satysfakcji. Co przemawia na korzyść Krwi na szponach Szatana poza walorami historycznymi i kulturotwórczymi? Na pewno realizacja – tym bardziej imponująca, że film kosztował niewiele ponad 80 tysięcy funtów – a więc nastrojowe zdjęcia angielskiej prowincji, pieczołowicie oddane realia XVIII stulecia oraz kapitalna muzyka. Na wyróżnienie zasługują też kreacje Patricka Wymarka (sędzia) i Lindy Hayden (Angel). Paradoksalnie jednak mocne strony filmu podkreślają jego słabości, bo ukazują, że przy odrobinie dbałości mógł być to lepszy horror.

