Publicystyka filmowa
ZABIĆ NIEŚMIERTELNEGO, czyli 20 ŻENUJĄCYCH SCEN
ZABIĆ NIEŚMIERTELNEGO to zabawna podróż przez 20 żenujących scen, które sprawiają, że ulubione postacie tracą swój blask.
Znacie to uczucie, kiedy wasza ulubiona postać filmowa, ku waszej konsternacji, zachowuje się nagle jak ten Bobik z dowcipu, co to sam nie wiedział co odp…dala? I nie chodzi mi o to, że Ace Ventura nagle zaczął gadać tyłkiem, bo o ile było to faktycznie niesmaczne i po prostu głupie, to w jakiś sposób można się było tego po tej postaci spodziewać. Chodzi mi o takiego rodzaju niespodziewaną żenadę, jakby np. Arnold Schwarzenegger zaszedł w ciążę albo Dwayne Johnson wbił się w obcisłe kalesony i latał niczym wróżka zębuszka… oh, wait… No, więc w moim zestawieniu 20 ŻENUJĄCYCH SCEN chciałbym skupić się na aktorach/postaciach filmowych, które sprofanowały swój wizerunek, podeptały charakter stworzonej przez siebie postaci, zadrwiły z samych siebie i oczekiwań widzów, pozwalając reżyserowi nakręcić. .. ŻENUJĄCĄ SCENĘ ze swoim udziałem.
SNAKE PLISSKEN SPORTSMENEM I… MASOWYM ZABÓJCĄ? (Ucieczka z Los Angeles, 1996)
Mniej więcej do połowy seansu Ucieczka z Los Angeles jest całkiem spoko. Fabuła bezpiecznie podąża ścieżkami przetartymi w absolutnie kultowej i bezsprzecznie klasycznej Ucieczce z Nowego Jorku. Snake Plissken spaceruje po zniszczonym L.A. w naprawdę kozackim stroju, a w tle przygrywa niezła ścieżka dźwiękowa (choć nie umywa się do genialnego soundtracku z poprzednika). OK, efekty specjalne są tragiczne, wyglądają tanio, sztucznie i tandetnie (choćby podróż łodzią podwodną czy skok Snake’a motorem na samochód), ale na to można przymknąć oko, wszak w Ucieczce z Nowego Jorku kilka scen też miało umowne efekty specjalne.
Film Carpentera z 1996 roku zaczyna się psuć (a wręcz gnić) w momencie, gdy Snake zostaje schwytany i postawiony na… bieżni. OK, pomyślałem, to taka wymyślna tortura, będą podkręcać tempo, a Snake będzie musiał biec, aż padnie (no bo pewnie na tej bieżni nie ma tych bocznych paneli, na których można stanąć, jak biec się nie chce, hue hue…). Ale nie, Snake sobie idzie po tej bieżni, służąc za drugi plan podczas telewizyjnej przemowy głównego antagonisty filmu (może chodząc po tej bieżni, produkował prąd do zasilania kamery, nie wiem, w filmie nic o tym nie mówią). I tyle, koniec motywu bieżni, bez puenty. Pomyślałem sobie, że gorzej już być nie może. Jakże się myliłem!
Po chwili bowiem Snake prowadzony jest na boisko, gdzie okazuje się, że daje radę kilka razy z rzędu trafić do kosza, niczym Michael Jordan czy inna gwiazda NBA w szczycie formy. Zrozumiałbym, gdyby Snake okazał się lepszy w jakiejś walce wręcz, jak w pierwszej części, czy mistrzem w strzelaniu do celu z karabinu, ale że w kosza? Czemu, skąd, jak, dlaczego? Pomyślałem, że teraz już na pewno nie może być gorzej.
Och, jak ja się myliłem! Po chwili bowiem dostajemy kolejną konkurencję sportową – surfing! Tu także Snake okazuje się reprezentować mistrzowski poziom, podrywa go bowiem z ubitej ziemi wielka fala, a on bez problemu utrzymuje równowagę i w ogóle, jakby urodził się na desce. Pomyślałem sobie, że teraz to już na 100% nie może być gorzej, no bo przecież nie może być już bardziej żenująco niż Snake na bieżni, Snake w kosza i Snake na desce! I… tym razem się NIE pomyliłem, bo to durne latanie na paralotniach przez pół godziny dwa metry nad ziemią można litościwie wybaczyć i uwierzyć, ze Snake jako były komandos latać czymś takim się naumiał.
Ale to wciąż nie koniec żenujących scen z udziałem kultowej postaci Plisskena. Otóż film kończy się wyłączeniem przez niego prądu na całej planecie i cofnięciem ludzkości do czasów Średniowiecza. Snake Plissken, cyniczny antybohater, którego kinomani pokochali za jego pyszałkowaty stosunek do władzy i który genialną Ucieczkę z Nowego Jorku zakończył niezapomnianą sceną, w której niszczył kasetę z przemówieniem prezydenta, w finale sequela staje się… masowym mordercą!
W filmie słyszymy tylko hasło „Wyłączył cały świat!”, i owszem, brzmi to cool, ale pomyślmy tylko; wyłączenie (na stałe!) elektryczności na całym świecie to m.in. wyłączenie prądu w szpitalach (aparatura podtrzymująca życie, inkubatory), na lotniskach, wyłączenie sygnalizacji świetlnej, przestają działać lodówki, sklepowe kasy, przestaje istnieć cala elektronika, samoloty rozbijają się podczas prób lądowania na zaciemnionych lotniskach, ludzie masowo umierają w szpitalach itd., itp. W dłuższej perspektywie Snake po prostu zniszczył ludzkość, a czegoś takiego nawet najfajniejszemu antybohaterowi wybaczyć nie można. Żenada.
OKULARY W KSZTAŁCIE GWIAZDEK (Terminator 3, 2003)
Gdy podczas pierwszego seansu zobaczyłem Arnolda wychodzącego z baru dla gejów z okularami w kształcie gwiazdek na nosie… w jakiś sposób ustawiło mnie to negatywnie do całego filmu, bo choć Arnold zorientowawszy się, że okulary są coś nie teges, szybko je zdjął, to dziwny niesmak u mnie jako widza pozostał. W zamyśle śmiesznym i niewinnym żarcikiem zmasakrowano w moich oczach kultową postać ponurego cyborga z przyszłości i na starcie rozmontowano, dekadencki w zamierzeniu, nastrój filmu. Wiadomo, już Cameron w T2 (w wersji reżyserskiej) puścił oko do widza, każąc się Arnoldowi uśmiechać w drewniany sposób, ale tam zachowano umiar i trafiono z humorem w punkt, niczego powadze sprawy i Terminatora nie ujmując.
Aha, wypada jeszcze wspomnieć o Terminatorze: Genisys, gdzie Arnold szczerzy się w kilku scenach. Ale może film, w którym Terminator nazywany jest Dziadkiem, starzeje się oraz siwieje, pomińmy milczeniem, bo to już nie jest żenada, lecz filmowy pogrzeb T-800.
NIKT MNIE NIE SŁUCHA! (Terminator 3, 2003)
W Terminatorze 3 bohaterem żenującej sceny jest też John Connor (fatalna rola Nicka Stahla). Zawsze mam nieziemski ubaw (ale i jest mi też jednocześnie jakoś przykro), gdy John przystawia sobie pistolet do głowy, grożąc, że się zastrzeli, i krzyczy, że gówno wyjdzie z jego walki o ludzkość… ale nikt go nie słucha i każdy olewa fakt, że chłopaczyna stoi z gnatem przystawionym do skroni. No i jeszcze na początku filmu John się wywala na motorze na widok sarny… ehh, starczy tych żenujących scen z Terminatora 3, idziemy dalej.
POPLUŁEM SIĘ (Hulk, 2003)
Kurde, lubię film Anga Lee. Za fajne kombinacje montażowe z latającymi po ekranie komiksowymi kadrami, za świetną ścieżkę dźwiękową Danny’ego Elfmana, za Hulk vs czołgi i Hulk vs śmigłowce i Hulk vs F-22, a scenę, w której wkurzony kolos wybiega na pustynię przez tunel z laboratorium, wywalając z hukiem drzwi, wręcz ubóstwiam! Jednocześnie nie mogę znieść nadmiernej powagi i nadęcia, jakie Ang Lee i aktorzy wnieśli do tego, komiksowego przecież, filmu. Hello! To kino rozrywkowe, Hulk to wielki koleś w gaciach, które z jakiegoś powodu jako jedyna część garderoby nie ulegają popruciu.
To nie traktat filozoficzny ani dramat egzystencjalny, tymczasem Eric Bana w scenie, w której opisuje swoje wrażenia związane z przemianą w swoje wkurwione alter-ego, gra chyba pod Oscara, sapiąc i śliniąc się, niczym spastykujący bohaterowie Idiotów Larsa von Triera. Żenada.
WIELKI PTAK (Wydział pościgowy, 1998)
Sequel Ściganego nie miał najmniejszych szans dorównać oryginałowi, ale mógł być całkiem zgrabną kontynuacją losów ekipy pościgowej z filmu Andrew Davisa, wylewając nawet fundament pod trylogię albo i dłuższy cykl. Na czele ekipy wciąż stał nagrodzony (za występ w Ściganym) Oscarem Tommy Lee Jones. Niestety, ktoś postanowił zamordować sequel już w pierwszych minutach, ubierając Samuela Gerarda w strój wielkiego, żółtego ptaka. Nawet jakbym przebolał fakt, że Tommy Lee Jones wygląda w tym wdzianku po prostu żenująco, to jest ono przede wszystkim odrobinę niepraktyczne, ogranicza i spowalnia ruchy, no i mocno poci ukrytego w kostiumie aktora.
Przez to Tommy Lee Jones zdecydowanie nie jest tu jak „Tommy Lee Jones w Ściganym„. Pozostali członkowie tytułowego U.S. Marshals poprzebierali się symbolicznie, byleby tylko nie wyglądać jak gliniarze (można? można!), dlatego zachodzę w głowę, kto wpadł na pomysł sabotowania postaci Samuela Gerarda i zrobienia z niego kuzyna postaci z Ulicy Sezamkowej. Być może miał to być ukłon w stronę Francuskiego łącznika, gdzie w prologu Gene Hackman przebrany za świętego Mikołaja ścigał pieszochodem uciekającego bandytę, ale w Wydziale pościgowym to po prostu nie pykło. Właśnie wyobraziłem sobie, jak Samuel Gerard rusza w stroju żółtego ptaka w pieszą pogoń za bandytą. .. Nie, dość, niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu.
Scrollujcie dalej!
LODÓWKA vs. BOMBA NUKLEARNA (Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki, 2008)
O tej żenującej scenie, która już na starcie spaliła czwartą odsłonę Indiany Jonesa skuteczniej niż bomba atomowa lodówkę, napisano już chyba wszystko. Ale nie wspomnieć o niej w artykule o żenujących scenach, to jak być Zuzanną, pojechać jesienią na plac Pigalle i nie znaleźć kasztana.
JAZDA NA PIECHOTĘ (Mission: Impossible 2, 2000)
Znakomita seria filmów szpiegowskich to jeden wielki ciąg niesamowitych popisów kaskaderskich, w większości wykonywanych osobiście przez Toma Cruise’a, który wciela się w postać Ethana Hunta już 22 lata. W tym całym katalogu spektakularnych, zapierających dech atrakcji jest też jednak jedno zgniłe jajo. A mowa tu o drugiej części serii (moim zdaniem najsłabszej w całym cyklu) i scenie, w której Tom Cruise „surfuje” po asfalcie w butach, trzymając się jadącego obok motocykla (niezły paradoks, niby stoi, a jedzie, tudzież niby jedzie, a stoi).
Zabrakło tylko ognistych śladów po butach pozostawianych na jezdni, na podobieństwo płomieni z Powrotu do przyszłości.
CZŁOWIEK-EMO (Spider-Man 3, 2007)
Jedna żenująca scena może nawet przekreślić filmową karierę, a inne przyhamować. Po tym, jak Tobey Maguire przeszedł się przez miasto jako… Emo-Man (?), parodiując (?) Johna Travoltę z czołówki Gorączki sobotniej nocy, z fryzurą à la „polizany przez krowę”, by ostatecznie wykonać kompletnie żenujący występ taneczny, jego kariera wyhamowała skuteczniej od Indiany Jonesa przypalającego buty w finale pościgu wagonikami w Świątyni przeznaczenia.
W takich przypadkach jak Emo-Maguire zawsze zastanawia mnie, dlaczego tak żenująca scena, a w zasadzie długa sekwencja, przedostała się do gotowego filmu. Czy aktor nie widział, w czym bierze udział i co z siebie (i postaci) robi? Czy nikt z dziesiątek/setek ludzi obecnych na planie i różnych etapach pre- i postprodukcji, pokazach testowych, kolaudacji itd. nie zwrócił uwagi na to, że coś tu cholernie zgrzyta? Z drugiej strony, skoro coś takiego jak Fiat Multipla dało radę prześlizgnąć się z deski kreślarskiej do fabryki, a potem do salonów sprzedaży, i nikt po drodze nie zorientował się, jaki pokemon powstaje, to chyba wszystko jest możliwe.
Żenujący występ Maguire’a był jednak zaledwie jedną z wielu przyczyn, które złożyły się na… dość chłodne przyjęcie trzeciej części przygód człowieka pająka. Natłok postaci i wątków, za mało scen akcji, zmasakrowana postać Venoma, mdły wątek miłosny (nijaka Kirsten Dunst i tonący we łzach Tobey), wszystko to doprowadziło do zakończenia trylogii na trylogii, a Sama Raimiego strąciło z reżyserskiego piedestału. Tobey Maguire po Spider-Manie 3 zagrał zaledwie w kilku filmach kinowych, z czego tylko dwa zdobyły większy rozgłos (Bracia oraz Wielki Gatsby).
GDY KOMIK PRZESADZI (Zwariowani detektywi, 1990)
Jasne, komik może więcej. Może robić z siebie głupka na 1000 sposobów, bo ma komiczny „immunitet” i żaden widz nie wlepi mu mandatu za przesadę. Ale, jak się okazuje, nawet komik może przekroczyć granicę żenady, co udowodnił Dan Aykroyd w nadzwyczaj słabiutkiej komedii sensacyjnej. Bohater grany przez Aykroyda cierpi na pewną przypadłość, polegającą na tym, że podczas niekontrolowanych ataków przemienia się w różne fikcyjne postaci. Gdy w sekwencji w pociągu Aykroyd i Hackman (Gene) zostają zaatakowani przez uzbrojonych złych ludzi, Aykroyd staje się nagle… Strusiem Pędziwiatrem, wykonuje słynne „Mip, mip.
..” (czy też „Bip, bip…” whatever), podskakuje raźnie i rusza biegiem na bandziora, przewracając go. Sam koncept, na etapie scenariusza, nie brzmiał może idiotycznie, ale patrząc na Aykroyda, który podczas tej przemiany w kretyński sposób porusza oczami, ustami i językiem… no przyznam się wam szczerze, że cofałem tę scenę kilka razy, żeby się upewnić, że naprawdę widziałem to, co widziałem. Uwierzcie mi, po obejrzeniu Aykroyda „Pędziwiatra” nabierzecie tolerancji dla Jima Carreya, którego powodowanie wymiotów za pomocą przepychacza sanitarnego (Ace Ventura) czy wyjście z dupska nosorożca (Ace Ventura: Zew natury) będą wam się jawić jako metoda Stanisławskiego i dojrzałe aktorstwo.
GDZIE MNIE Z TYMI BUCIORAMI?! (Batman v Superman: Świt sprawiedliwości, 2016)
Nie, nie „Martha!”. Bo w sumie nie wiem, czemu cały Internet polewał z tego, że jedna Marta i druga Marta, i że Superman powiedział o swojej matce Marta, i że akurat Batmana matka też Marta i dlaczego do cholery on wypowiedział imię mojej Marty, to znaczy mojej matki, skoro matka siedzi z tyłu… a nie, sorry, to nie ten film. No dobra, w sumie jest z czego polewać! Ale ja nie o tym. Dla mnie naprawdę żenującą sceną jest wanienna scena miłosna (?) między Clarkiem Kentem a Lois Lane. Włażenie do nagiej kobiety w kąpieli w buciorach prosto z dworu, i udawanie, że to jest romantyczne, jest według mnie gorsze od zepchnięcia kogoś ze schodów i spytanie, dokąd się tak spieszy.
Ta żenująca scena, skąpana w dodatku w szaroburej, dołującej tonacji kolorystycznej, przedstawia pożądanie dwóch osób w sposób równie romantyczny, co seks z użyciem masła w Ostatnim tangu w Paryżu.
Scrollujcie dalej!
HOP HOP CIĘŻARÓWKO… BONDA (007 Licencja na zabijanie, 1989)
Wiadomo, „Bondy” i gadżety agenta 007 mają niewiele wspólnego z realizmem czy zdrowym rozsądkiem, i niemal w każdej odsłonie przygód Agenta Jej Królewskiej Mości (chyba w odsłonach z Craigiem najmniej tego typu głupot) można znaleźć scenę ocierającą się o żenadę. Ale ja wybrałem Licencję na zabijanie i (nie, nie zjazd na wiolonczeli, choć było blisko) motyw, który irytował mnie jeszcze w czasach epoki VHS, gdy miałem naście lat i łykałem wszystkie niedorzeczności jak młody pelikan – ale tego nie łyknąłem nawet jako nieopierzony jeszcze kinoman. O co chodzi? O finałową akcję z udziałem ciągników siodłowych z podpiętymi cysternami.
Ostatkiem sił kupiłem motyw postawienia takiego zestawu na jednym rzędzie kół (taka jazda samochodem przechylonym o 45 stopni – w Arabii się tak teraz bawią na autostradach). Ale gdy Bond, aby pokonać płomienie, wcisnął pedał gazu w podłogę tak mocno, a opony zapiszczały tak głośno, że aż ciężarówka stanęła dęba, łamiąc się w pół w miejscu, gdzie normalnie żadna ciężarówka się nie łamie, moja tolerancja spadła do zera, a niewiara zawieszona na kołku upadła z hukiem na podłogę. Zdecydowanie bardziej podchodzi mi łamanie praw fizyki (np. Brosnan doganiający spadający samolot) niż łamanie ciężarówek.
TRZYMAJCIE SIĘ! (Iron man 3, 2013)
Mam jakąś dziwną awersję do statystów ratowanych hurtem przez superbohaterów. Uwierało mnie to już w finale pierwszych Avengers, a w części drugiej uderzyło mnie w twarz z pełną mocą. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale po prostu coś mi zgrzyta, gdy np. Kapitan Ameryka czy Thor (postaci fantastyczne) pomagają jednej czy drugiej rodzinie statystów wydostać się z zawieszonego nad przepaścią auta i odprowadzić ich w bezpieczne miejsce.
Superbohater ma ratować swoją ukochaną tudzież całe miasto przed wybuchem wielkiej bomby, a nie pomagać statystom przejść na drugą stronę ulicy. Idąc tropem tego mojego dziwacznego uprzedzenia, kompletnie rozmontowała mnie absurdalna, podniebna sekwencja ratunkowa w trzecim Iron Manie, gdy – jak się okazuje – (UWAGA SPOJLER) pusta zbroja Iron Mana (KONIEC SPOJLERA) zbiera w locie 13 osób, które nawzajem łapią się za ręce niczym w przećwiczonym setki razie pokazie akrobacyjnym – i bezpiecznie lądują w wodzie. Pomijam już fakt, że osoby trzymające pozostałe kilka osób jedną ręką musiały udźwignąć swoimi mięśniami i stawami (bo uścisk dłoni mogący utrzymać delikwentów wytłumaczono tym, że Iron Man poraził ich dłonie prądem – sic!) bagatela około 200-300 kg! No ale udaje się, pędzący na pełnej ku.
.. tzn. pełną prędkością Iron Man wrzuca całe towarzystwo do wody niczym wór z kartoflami, nikt nie odnosi żadnych złamań, wszyscy radośnie machają z podziękowaniem swoimi kończynami, którymi przed chwilą zrobili „spacer farmera” w chmurach, a w tle radośnie szczeka piesek i powiewa amerykańska flaga (dwa ostatnie zmyśliłem). Ta żenująca sekwencja to pokaźna rysa na niezłej skądinąd „trójce”.
JAK ZABIĆ NIEŚMIERTELNEGO? (Nieśmiertelny 2: Nowe życie, 1991)
Nie wiem, co kierowało Russellem Mulcahym, reżyserem klasycznego i kultowego Nieśmiertelnego, że częścią drugą postanowił ośmieszyć stworzonych przez siebie bohaterów, podeptać stworzoną przez siebie mitologię Nieśmiertelnych, a w ostatecznym rozrachunku zakpić z wielbicieli oryginału. Słabe, beznadziejne wręcz, w „dwójce” jest wszystko, ale w kategorii największej żenady prym wiedzie dla mnie pojedynek MacLeoda z tymi dwoma latającymi pajacami. Moment, w którym MacLeod zaczyna latać za jednym z nich na. .. deskolotce (?), zabija jego postać skuteczniej niż jakiekolwiek ścięcie głowy.
NIE ZDĄŻYŁEM, WIĘC COFNIJMY FILM (Superman, 1978)
Rozumiem i szanuję, że tu, na Ziemi, przybysz z Kryptona nabiera nadludzkich możliwości, np. może wzrokiem wykonać RTG bez czekania w kolejce na NFZ, i w zasadzie jest niepokonany, chyba że ktoś wrzuci mu za kołnierz kawałek jego ojczystej planety. Wszystkie te niesamowitości kupuję, bo Superman to postać komiksowa, a takim wszystko wolno. O ile fizyka i zdrowy rozsądek są naginane w ramach samej postaci, nie mam nic przeciwko temu, ale… I tu następuje żenująca scena, w której Superman, nie zdążywszy uratować Lois Lane (bo wolał w tym czasie udawać szynę kolejową), w ataku furii i bezradności postanawia.
.. cofnąć czas. A jak się cofa czas w filmie Richarda Donnera? Trzeba szybko latać wokół Ziemi w kierunku odwrotnym do kierunku jej obrotu, aż ta wyhamuje i zacznie się kręcić w drugą mańkę. Ten manewr, przecież to takie oczywiste, cofnie wszystkie wydarzenia z ostatnich pięciu minut filmu i (TADAM!) Lois Lane ożyje. Twórcy milczeniem pomijają drobny fakt, że nagłe wyhamowanie naszej planety, która porusza się ruchem obrotowym z prędkością 1600 km/h (mierzone na równiku, to znaczy sam nie mierzyłem, ale ufam Wikipedii), spowodowałoby w najlepszym razie, że ludziom by czapki z głów pospadały (no, chyba że staliby akurat na biegunie, gdzie siły odśrodkowej nie ma – też Wikipedia), a tak na poważnie: dostalibyśmy w twarz pożarami i tsunami na kompletnie abstrakcyjną skalę, słowem – życie na Ziemi przestałoby istnieć – i to wszystko w ramach ratowania jednej (słownie: jednej) Lois Lane.
W Internecie można znaleźć wyliczenia (na podstawie ujęcia z filmu, na którym widzimy Supermana latającego wokół Ziemi), na jakiej wysokości (ponoć 100 km) i z jaką prędkością Człowiek ze stali musiał się poruszać! Wyszło, że 299 581 416 km/s – czyli bardzo blisko prędkości światła (299 792,458 km/s), a jego masa podczas całego manewru wzrosłaby o drobne 13,7 miliona razy, co w sumie powinno nieco utrudnić mu osiągnięcie przytoczonej prędkości. Pomijając już absurdalność całej sytuacji z punktu naukowego oraz tego, że hipotetyczne odwrócenie kierunku ruchu naszej planety sprawić by miało, że czas również będzie leciał w drugą stronę, zajmijmy się merytorycznymi konsekwencjami takiego rozwoju wypadków.
Otóż Richard Donner tą jakże żenująco głupią sceną stworzył precedens w uniwersum Supermana. Skoro bowiem ten ma możliwość cofania czasu, to w zasadzie każdą tragiczną sytuację /śmierć/katastrofę/ eksplozję bomby itd. itp., którym nie zdąży zapobiec, może sobie zawsze przewinąć do tyłu i spróbować jeszcze raz.
LEGOLAS ZAMIAST KARKU ŁAMIE PRAWA FIZYKI (Hobbit: Bitwa pięciu armii, 2014)
Legolas już w Drużynie Pierścienia jako jedyny z ekipy nie zapadał się w śniegu. Nie oszukujmy się – jakkolwiek lekko i zwiewnie blond elf nie stawiałby swoich kroków, w śniegu zapaść się powinien, bo choćby jego ciuchy, strzały i łuk ważyły tyle, żeby pociągnąć go w dół. No dobra, w Drużynie Pierścienia jakoś to przeszło, bo wyglądało nawet całkiem intrygująco i pokazane zostało mimochodem, na krótkim ujęciu górskiej przeprawy naszych bohaterów. Peter Jackson w kolejnych częściach trylogii Władcy Pierścieni kazał jeszcze Legolasowi surfować na tarczy po schodach i zjeżdżać ślizgiem po dupsku Olifanta (nie mylić z aktorem Timothym Olyphantem), za każdym razem ocierając się o żenadę.
Jakoś to wszystko widzowie przełknęli, pomyślał więc Peter Jackson, że tym razem, przy okazji występu Legolasa w trzecim Hobbicie (w którym w ogóle – biorąc pod uwagę jego brak w powieści – nie powinien brać udziału), poziom żenady musi zostać osiągnięty, bo to już ostatnia szansa. No i udało się. Oto Legolas biegnie po spadających (w dół, żeby nie było!) kamiennych blokach, i nie jest to już krótka migawka, jak przytoczona wyżej z chodzeniem po śniegu, tylko duża, wyraźna scena, jak Legolas BIEGNIE PO SPADAJĄCYCH KAMIENNYCH BLOKACH. Nie wiem, może macie jakieś własne teorie, jak to było możliwe, ale dla mnie, jedynym wytłumaczeniem jest, że Legolas był albo pusty w środku, albo wypełniony helem.
A wy, drodzy czytelnicy, macie jakieś „ulubione” żenujące sceny?
