nowości kinowe

Bejbi Blues

Film młodej reżyserki jest o czymś, zdecydowanie stara nam się opowiedzieć pewną historię i pomachać paluszkiem bez uciekania się w postmodernistyczny bełkot, bo wykorzystuje klasyczne triki - przerysowanie, stylizację i tempo.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Jest moda na ray-bany, rurkowe portki z H&M, filmy Almodovara, deskorolkę i uroczego dzieciaka. Tak, dzieciak może być modny, szczególnie wśród wychowanych na „Sims 3” panieneczek, które ledwo co się dowiedziały, co to jest fellatio, a już połykają wszystko. Łącznie z bezrefleksyjnymi modami.

Kiedy duża matka nastoletniej matki, która jest matką, bo matką jest być modnie i miło, wyjeżdża i zostawia dom pod opiekę córy, widz nie wie, której matce odbiło bardziej – matce-prawdziwej-matce czy matce-mini. Obie wszak nie wiedzą, co czynią. Nie można zostawiać dziecka pod opieką innego dziecka, a życiowy partner siedemnastoletniej Natalci to bynajmniej nie ojcowski role model. Patafian przypomina raczej skrzyżowanie Justina Biebera ze skatem, od którego kupisz kilka gietek jaranka, ale niekoniecznie pozwolisz przebywać z niemowlakiem. Nic dziwnego, że ten świat niczym z bajki się kruszy, kurczy i dusić zaczyna naszych nieszczęśników. Może być za późno, gdy do nastolatków dotrze prawda – to małe coś w zasranych pieluchach, śpiące w pokoju obok, gdy oni jarają zielsko i grają na eksboksie, to istota żywa, a nie elektroniczne tamagochi.

Temacik dobry, taki na fali, bo wiecie – mama Madzi, cool hipsterstwo, „Galerianki” tej samej reżyserki, Katarzyny Rosłaniec, które nie zdążyły ostygnąć… Niby dobra formuła, pomieszać to nieco z pstrokatymi kolorami, dołożyć jakiegoś Gusa Van Santa, skoczną muzę i mamy smaczną kanapkę z subwaya. Bo film Rosłaniec taki jest – wchodzi dobrze, bez popity, przez większość seansu nie nuży, a jak zaczyna, to z powodu teledyskowych scen. Czasami tak pociachanych, że można się pomylić, myśląc, że to jakiś „Zakochany Paryż” czy inne nowelstwo, a zaraz wskoczy segment z odrębną historyjką, innymi bohaterami. Tak się jednak nie dzieje. Przez cały seans obserwujemy Natalcię, Kubę skejtera oraz kolorową paczkę, w której mamy takie indywidua, jak na przykład nastolatek myślący, że „jest bogiem”. Barbara Białowąs i cytat w cytacie w słowie o słowie, normalnie.

No dobra, znęcam się trochę, a film młodej reżyserki jest o czymś, zdecydowanie stara nam się opowiedzieć pewną historię i pomachać paluszkiem bez uciekania się w postmodernistyczny bełkot, bo wykorzystuje klasyczne triki – przerysowanie, stylizację i tempo. I tutaj mi coś nie grało, nie mogłem wczuć się w położenie młodych bohaterów, bo język filmu dla mnie za szybki, sepleniący. Znamy takich gówniarzy. Opowieść jest nam znajoma z ulicy, z bloku, zapewne wyzuta z tego całego trendy stylu, czyli bohaterek obracających się w świecie modnych butików oraz nastolatków, którym nigdy nie brakuje kasy. Ja znam inne historie: on ją zapłodnił, ona rzuciła liceum, mieszkali ze starymi, a potem jedno z nich poleciało do Anglii na zmywak. Ale rozumiem, że są i tacy, którzy dostali mieszkanie i kieszonkowe. Tyyyyyle wygrać! Mimo to trudno się wczuć w to co na ekranie. Za mało tutaj podskórnego cierpienia, a za dużo współczesnego MTV, które nie mówi ani nie śpiewa, ale wykrzykuje. Może tak trzeba. Bo dzisiaj inaczej już nie można czy coś.

Aktorsko jest nieźle, młodzież szarżuje, choć najlepiej radzi sobie Magda Berus w roli Natalii. Dziewczyna zdaje się dobrze czuć przed kamerą, widać, że przejrzała polskie kino ostatnich lat i załapała, z jaką dawką energii powinno grać się tego typu postacie. Nikodem Rozbicki w roli Kuby jest zwyczajny, wisi nam w sumie, czy się chłopak ogarnie czy nie, a tak być nie powinno.

Jadę po tym filmie, jadę, dwoję się i troję, aby przygwoździć, pojęczeć, że polskie filmy są w kit, ale mimo wszystko rozumiem potrzebę kręcenia takiego kina. Może jakiś dzieciak ogarnie się, zanim postanowi jechać na panience bez gumki. Przemyśli sprawę, wróci do domu, do mamusi, zagra w jakąś grę i odczeka przynajmniej 5 lat, zanim postanowi podać dalej swoje wadliwe geny lenia. Może, bo mimo wszystko „Baby Blues” nie angażuje. A powinien.

Ostatnio dodane