Ku chwale ekranowego hedonizmu | FILM.ORG.PL

Ku chwale ekranowego hedonizmu








Jakub Koisz
14.11.2013


Od jakiegoś czasu muszę oglądać w drodze do pracy wielki plakat reklamujący nowy program MTV, czyli głośny jeszcze przed premierą „Warsaw Shore”. Znalazłem więc pretekst w postaci ciągot medioznawczych, aby ten nowotwór telewizyjny obejrzeć. Przypomnijmy, na czym opiera się koncept tego widowiska – młodzi ludzie pieprzą się i imprezują. Koniec. Kropka.

Kamera towarzyszy im w tych hedonistycznych ucztach, a dzielni operatorzy przedzierają się przez morze prezerwatyw, wymiocin na tapicerce samochodów oraz porozlewanej na posadzce wódki. Bardzo fajnie. HBO stara się od jakiegoś czasu adaptować wzorce oraz poziom amerykańskich seriali, ze średnim skutkiem, MTV tymczasem trzepie na licencjach zagranicznych program za programem. Widać głupota się przyjmuje u nas naturalnie, łatwiej bowiem znaleźć grupkę bezmózgiej młodzieży i zrobić o niej telenowelę dokumentalną niż dobrych scenarzystów w tej telewizyjnej rzeczywistości nudnej jak smak krupniku.

Pamiętam czasy, gdy ekranowy hedonizm trząsł moim purytańskim pochodzeniem niczym słoikiem ze świetlikami. Mniej więcej w trzeciej klasie liceum oglądałem „Salo, czyli 120 dni Sodomy”, film polecony przez pewnego ambitnego, młodego nauczyciela. Oczywiście tytuł ten padł w kontekście przesuwania granic norm społecznych (kina również), ale pamiętam, że seans ten wywołał we mnie skutek wręcz odwrotny – nagle, jak zaczarowany, zapragnąłem znaleźć dla siebie pruderyjną żonę i kroczyć ścieżką cnoty. Ach, gdyby tylko nie było za późno. Taka to właśnie była kultura – gdy czytałem książki o ludziach oddających się różnym praktykom seksualnym, na końcu czekała ich kara, czasami wręcz głupkowato przerysowana, jednak miało to posmak naturalnej blokady: „Stop, dalej iść nie możesz”. Gdy pojawiali się na ekranie libertyńscy balangowicze, kończyli samotni lub przywiązani linką do kaloryfera, niczym masturbujący się David Carradine w Tajlandii. Potem przyszły zmiany. Zmiany, na które niekoniecznie jesteśmy gotowi.

Z okładek „Enterteiment Weekly” dumnie patrzą na nas zdjęcia bohaterów ekranizacji „50 twarzy Greya”. Wiemy, że rodzi się nowa franczyza – trzy filmy, serial i jeszcze jedna kontynuacja powieści, może jakiś spin-off, kto wie, kto wie… Przeskakuję do któregoś wywiadu z uczestnikami „Warsaw Shore”, a tam całkiem ładna – uchodząca chyba za najinteligentniejszą w całej ekipie – dziewczyna chwali się, że czytała wszystkie części o Greyu. Jest intelektualistką. Ma jakieś wartości – nie puszcza się w pierwszym odcinku programu, poczeka z rozłożeniem nóg do trzeciego. Mijamy takie codziennie, świetnie opanowały sztukę samokreacji, na facebooku polubiły kilku modnych pisarzy, a ich głównym atutem jest to, że nie dają na pierwszej randce. Tak bardzo fasadowe jest ich obycie, jak i poczucie własnej wartości, w końcu wszystko pęka jak bańka mydlana.

Bardzo boję się tego, że nie rozumiem już telewizji. Gdy moja młodsza siostra zapowiedziała mi, że właśnie ogląda „Californication”, zadrżałem. Też lubię ten serial, mając nadzieję, że niektóre powiedzonka Hanka Moody’ego (jak na przykład przepiękne słowa o tym, że wszystkie kobiety są piękne i fascynujące) będą w jej oczach ważniejsze niż tani dowcip odnoszący się do tematów intymnych. Miałem nadzieję, że zauważy, iż facet zawsze powinien oddzwaniać, odpowiadać na wiadomości, a nawet dać komuś w mordę, gdy trzeba ratować honor niewiasty.

Dzwonię więc do niej, mając w pamięci MTV, które ciągle oglądała już jako piętnastolatka. Wtedy jeszcze rodzeństwo bezrefleksyjnie chłonęło całą tę medialną papkę. Jestem po pierwszym odcinku „Warsaw Shore”, w którym banda rozkrzyczanych troglodytów biega za sobą po pokojach, po drodze kopulując z między innymi fotelem czy sofą. Każdy z nich zapewne coś studiował albo chce studiować, każdy z nich wysysa z życia, ile się da, a za słodkimi uśmiechami skrywa się bezdenna pustka. W ich słowach wiecznie jakieś „propsy”, „zapinanie gąsek”, „najpierw lodzik, potem w dupkę”. Dzwonię więc do tej nastolatki noszącej to samo nazwisko co ja, bowiem nazwisko zobowiązuje. Nie mogę powstrzymać drżących rąk. A co, jeśli powie, że „Warsaw Shore” jej się podoba? Będę musiał interweniować, będę musiał zaserwować jej tyradę: ależ moja droga, świat tak nie wygląda, życie to nie „Skins”, życie to nie „Californication” ani „Warsaw Shore”, opamiętaj się, dziecię. Odbiera. Pytam nieśmiało, zagajam o nowy szoł MTV. Co sądzisz, młoda, o tym programie? Odpowiada. Że to nuda, że po zwiastunie już widać nażelowane łyse pały i sztuczność, że woli czekać na nowy sezon „Californication” i kończy „Breaking Bad”. Wzdycham z ulgą.

Jedna dusza uratowana. Jeszcze tylko kilka milionów.

1379700_683468455004474_348992937_n

Ci, którzy nie wierzą, niech zobaczą:

Jakub Koisz

Jakub Koisz

Skończył polonistykę i kulturoznawstwo. Pisze więc, a to o komiksach, a to o filmach i książkach, uczy mówienia, uczy pisania... Mógłby całymi dniami biegać za piłką lub opowiadać przyjaciołom o filmach, które go ostatnio podjarały. Zapewne choć raz w życiu polecił Ci "Big Lebowskiego", komedie Franka Capry lub "Avengers". Jeśli byłaś kobietą i uznał, że sympatyczną, bredził Ci o "Przed wschodem słońca". Jeśli Cię nie polubił, kazał Ci obejrzeć "Salę samobójców" lub "Efekt motyla". Lubi boks i kino bokserskie.
Jakub Koisz






  • Bartosz Stasik

    Bardzo dobry, soczysty felieton.

  • Michał Es

    Drobny błąd wkradł się do Pana felietonu. Nie „Solo, czyli 120 dni Sodomy”, tylko „Salo, czyli 120 dni Sodomy”. Pozdrawiam

  • Misiael

    Jeśli myślisz, że Skins to nie rzeczywistość, to obawiam się, że masz za bardzo idealistyczne wyobrażenie o świecie. Życie współczesnych nasto (nawet polskich) od Skinsów różni się tylko tym, że jest gorzej nakręcone.

  • Żałosne jest to, że tego typu ścierwo rozprzestrzenia się w takim tempie… Najpierw Jersey Shore, potem Geordie Shore, The Valleys i Gandia Shore…a teraz i do nas dotarło…. Czas umierać :(

  • Niby każdy zdaje sobie sprawę z tego, że durniów na świecie nie brakuje, ale wrzucenie ich do jednego pomieszczenia i tak może zaskoczyć, zniesmaczyć. Ale co ja wiem, widziałem tylko fragmenty, czytałem relacje. To naprawdę nowa jakość w polskiej telewizji, co zresztą jest wynikiem naturalnej ewolucji, oczekiwanym trendem. O ile rozumiem niedowierzanie i reakcje w typie tego felietonu, ale gdy gorący towar ‚wystygnie’, to jednak ktoś będzie zjadł tę kaszankę. W tym kontekście martwi mnie bardziej nie sam fakt pokazania idiotów (i zadowolenia idiotów z tego, że są idiotami), ale że to ktoś regularnie ogląda, podnieca się tym czymś – schlebia tym samym twórcom, ściąga dla MTV reklamodawców.

    Pozdrów siostrę, niech się trzyma dzielnie, bo to ona chyba jest targetem, nie takie stare dziady, jak my ;)

    • Bartosz Stasik

      Jestem w dość niekomfortowej sytuacji, bo oglądanie Warsaw Shore daje mi niesamowitą, sadystyczną przyjemność. Fakt, co 5 minut muszę wyłączyć ‚plejer’ (yeap) z zażenowania, odsapnąć, chwycić się za głowę… więc nakręcam koniunkturę swoją postawą, dając namacalny argument stacji, aby kontynuowali taką, a nie inną politykę… świadomy, że WS powstał po to aby, udowodnić idiotom, że nie są idiotami (spójrzcie jakich idiotów tutaj mamy w WS ! ). Ale czy nie na takiej zasadzie powstał „Świat Według Kiepskich”, wszelkiego rodzaju TVNowskie kupska. Czy nie takie intencje przyświecały twórcom wcześniejszych programów ? Czym WS różni się od nich ? Robi to wulgarniej, w sposób obrzydliwy, bezpruderyjny, podając na tacy wszystkie te cechy, którymi w większość społeczeństwa gardzi. Jest to czysta ewolucja, znak czasów, efekt, ostateczny upadek, reductio ad absurdum tego, czego możemy oczekiwać w telewizji.

      I czy to właśnie z tego powodu muszę pluć sobie w brodę, iż z dziką przyjemnością oglądam efekt tego procesu ?

      • Świat według Kiepskich to krzywe zwierciadło społecznych potrzeb, aspiracji, oczekiwań, mód. Tutaj głupkowatość ma swoją wartość, przynajmniej od czasu do czasu. Nie jest to poziom „Świata według Bundych” ale cele podobne. Warsaw Shore nie ma natomiast żadnych ambicji, chyba że chodzi o dowartościowanie się widza, o czym ktoś tu wczesniej już wspomniał :)

        • Bartosz Stasik

          „It is what it is” … WS to festiwal degrengolady i idiotyzmów, a dorabianie temu widowisku gęby, iż powstało w celu ugłaskania ‚ćwierćinteligentów’, czy ‚dowartościowania’ widza jest według mnie dość naciąganą teorią :) .

          • Grzesiek

            A dlaczego naciąganą? Myślę, że choć o debilach, na pewno nie jest przez takich tworzony, muszę się więc zgodzić z Rafałem. Człowiek jest z gruntu emocjonalny- a WS te emocje gwarantuje. Dla mniej inteligentnych- zazdrość, że w tej Warszawce to się żyje, można popić, zabawić się i ostro poruchać. Plus dochodzi wspominanie własnych, „wariackich” akcji. Dla sprytniejszego widza zostaje poczucie wyższości, że my inteligencja nigdy byśmy się tak nie zachowali. Jeśli nie dla emocji, to dlaczego mielibyśmy oglądać WS? Przecież nie dla dialogów i pięknych zdjęć.

          • Bartosz Stasik

            Ja w żadnym wypadku nie twierdziłem, że WS jest robiony/tworzony przez debili, czy pozbawiony emocji. Jedynie broniłem przed upupianiem WS i wylewaniem pomyj na widzów WS.

          • nie traktowałbym tego typu produkcji tak lekceważąco. W końcu w Stanach zdobyły sporą popularność z jakiegoś powodu, a tym powodem jest przede wszystkim widz, który ogląda, który się emocjonuje – i da się to spieniężyć. Twórcy nie są więc debilami, choć durnotę sprzedają.

  • Szczygliś

    Dobry artykuł. Ja osobiście użyłbym mocniejszych słów. Jak zobaczyłem to gówno (a właściwie „trailer” tego) to zbaraniałem. To mi się w pale nie mieści jak można produkować taki syf, jak można to oglądać, jak można w ogóle być tak tępym, co się dzieje z tym światem. Ja pierd…..ę, to nie na mój rozum.

  • Tiefstapler

    Nawet boję się odpalić te materiały z YT, bo pewnie się okaże, że Idiokracja to jednak nie fikcja a rychła przyszłość. Już przy takim Jerry Springer zastanawiam się, kto to dopuścił do emisji…

  • TheBaron

    Felieton pierwsza klasa. Problemem z dzisiejszą młodzieżą jest to ,że aktualnie w modzie jest głupota. Za czasów mojej młodości gdy ktoś palnął gafę lub wykazał się skrajną niewiedzą było to pewnego rodzaju wyczuwalne faux pass. Teraz natomiast gdy ktoś aspiruje do miana wioskowego głupka zasługuje na aplauz i figuruje jako „fajny”. Ci „ludzie” nie wymagają niczego od siebie ani od innych, i efekt tego jest widoczny na kilpach zamieszczonych powyżej. A najgorsze jest to ,że wśród tej bandy pijanych pitekantropów są naprawdę wybitne jednostki które są piętnowane za swoją chęć rozwoju czy posiadania standardów.

  • Koji

    Wydaję mi się, że podstawowym targetem tych programów nie są skrajni debile, gotowi upatrywać w gwiazdach „Warsaw Shore” swoich idoli, a bardziej pokaźna grupa ćwierćinteligentów, którzy oglądając tę błazenadę dowartościowują się na zasadzie „Olaboga, kretyni, idioci, pustaki – jak to dobrze, że jestem ostatnią ostoją mądrości na tej planecie.” Ludzie lubią sobie schlebiać, toteż cyferki oglądalności się zgadzają.

  • osama@pw.pl

    Czemu polski program ma angielski tytuł?
    I tak, wiem, że to licencja. Ale oryginały mają tłumaczenie.

    A to co? Ma być bardziej światowo?

  • Felieton rzeczywiście dobrze napisany, ale przyłącza się do chóru potępiających „Warsaw Shore” w czambuł. A przecież rzecz jest frapująca antropologicznie: jak często możemy obserwować osobników, którzy zazwyczaj migają nam tylko w klubach? Brakuje tylko komentarza Czubówny… Po drugie, program zasługuje na uznanie od strony marketingowej, o czym więcej napisano tutaj: http://nowymarketing.pl/a/2548,warsaw-shore-lekcja-pokory . Po trzecie, po co udawać, że telewizja jest wciąż całkiem spoko i tylko straszna „Ekipa z Warszawy” obniża jej poziom? Show serwuje po prostu widzowi bezpruderyjny destylat seksu i głupoty, czyli dwóch zjawisk, które napędzają większość współczesnych programów telewizyjnych. Mnie „Warsaw Shore” pod kilkoma względami zafascynowało, o czym napisałem u siebie na blogu: http://blogrys.wordpress.com/2013/11/12/tancz-swinio-tancz/ (rozbudowana wersja tego komentarza).

  • steppenwolf1982

    Chciałbym Wam przyznać rację o edukacyjnym (antropologicznym, jak to ładnie ujął Borys) aspekcie tego programu, ale nie jestem aż takim optymistą. Akurat czytelnicy tego portalu mają trochę samoświadomości i refleksji nad rzeczywistością, więc obejrzenie WarsawShore nikomu na mózg nie zaszkodzi, jednak prawda jest taka, że przeciętny widz Ekipy nie dystansuje się do tego co zostaje mu pokazane, myśląc „ale idioci”, ale mocno wczuwa się w losy bohaterów, fascynuje ich światem, identyfikuje z nimi a nawet zazdrości szansy takiego a nie innego stylu życia. Trudno mi się doszukiwać u twórców programu jakiejkolwiek krytyki, czy choćby ironii wobec takiego modelu życia – wg. mnie jest to zwykłe propagowanie hedonizmu, chamstwa i ogólnie pojętego bezmózgowia, czyli coś co bezkrytycznie zostaje wchłonięte przez umysł przeciętnego nastolatka. Oni wmawiają młodym ludziom, że rzeczywistość wygląda właśnie tak, a nie inaczej. I właśnie takiego rodzaju widzowie jak laska z powyższego filmiku, dla której idolką jest Snooki, jest typowym targetem tego pojebanego kanału jakim stało się MTV.

    • Ale z drugiej strony, dlaczego nie pokusić się o odrobinę optymizmu? Może pewna część widzów, którzy prowadzą podobny styl życia, spojrzawszy z zewnątrz na uczestników „Warsaw Shore”, choć trochę się ogarnie. Oczywiście, nie twierdzę, że zamiast na siłownię zaczną chodzić do biblioteki, a zamiast do nocnych klubów – do kościoła, lecz być może niektórzy dostrzegą, że chlanie i dupczenie jest, cóż, prymitywne. W takim ujęciu WS okazałby się programem z misją. :)

      Sam w to za bardzo nie wierzę, ale skoro gdybamy, gdybajmy w obie strony.

  • Przemek

    Trochę zapachniało hipokryzją. Wszyscy którzy wieszają psy na tym para-serialu równolegle oglądają go z wypiekami na twarzy. Oczywiście, że to jest skrajnie debilne ale przecież każdy z was komentujących, ten odcinek widział. Co więcej, prawdopodobnie również obejrzycie następny. I od tego się raczej nie zgłupieje. Co najwyżej straci czas na kolejną bzdurę. Tak samo jak traci się czas na demotywatory, kwejki, itp. Niektórych to strasznie oburza. Może dlatego, że Warsaw Shore to niestety jednak kijek wsadzony w polskie mrowisko – dość celne, krzywe zwierciadło na całkiem pokaźną grupę młodych ludzi w tym kraju?






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Maleficent - pierwszy zwiastun

Następny tekst

GLADIATOR. Autorski blockbuster.



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE