Kinomaniacy i ebertologia idealnego pożycia | FILM.ORG.PL

Kinomaniacy i ebertologia idealnego pożycia








Jakub Koisz
23.05.2013


Roger Ebert powiedział, że kobieta nie kochająca filmów, które kochasz Ty, zapewne w końcu przestanie kochać i Ciebie. Wydało mi się to kuriozalne, takie betonowe gadanie mężczyzny żyjącego od zawsze i do końca filmami. Moje odrzucenie tych rewelacji było jednak spowodowane niezrozumieniem tak do końca jego słów.

Świętej pamięci recenzent bowiem wcale nie uważał, że wiązać musimy się tylko z takimi samymi miłośnikami kina jak my. Doświadczenia i obserwacje nauczyły mnie, że słuchanie podobnej muzyki, uwielbienie dla podobnych reżyserów, cały ten zestaw koherentnych zainteresowań to naprawdę niewiele. Może to wynik obserwowania sunących się jak cienie po konwentach par miłośników „Star Wars”. Może to jakieś bzdurne założenia koleżanek ze studiów wiążących się tylko z takimi, którzy potrafią jednym tchem wymienić wszystkie książki Philipa Rotha albo chronologicznie nazwy odcinków Doktora Who. Nie wiem, czemu odrzucałem. Przecież jakoś im to wychodziło, tyle że ja zawsze wolałem rozmawiać z kobietami o tym, co dookoła – polityce, codzienności, rachunkach, pracy… To przecież takie logiczne – spotykać się z kimś, kto podziela popkulturowe hobby. Ja mimo to zupełnie nie byłem zainteresowany kobietami, które jarają się jak ja komiksami Marvela oraz grami komputerowymi. Nie potrzebowałem tego. Boję się dziewczyn, które lubią gry komputerowe i komiksy Marvela. To nienormalne. Powinno się im tego zabraniać.

Oczywiście ironizuję, bo może czasami zazdroszczę. Czasami. Dopóki nie zdaję sobie sprawy, że od gadek o wyższości Indiany Jonesa nad Godzillą mam całą armię świetnych kumpli. A sport? Sympatycznie jest spotykać się z kimś, kto nałogowo ogląda boks, ale znowu – to nie mój typ kobiety. To ja mam się nieracjonalnie podniecać każdą rundą walki dwóch skaczących sobie do gardeł gladiatorów. Istota, którą wielbię, musi uważać, że to głupie, agresywne, troglodyckie i nie przystoi dżentelmenom. Istota, którą mam wielbić, musi stopować każdą moją obsesję. Również filmową. A kocham filmy.

Wydaje mi się, że to łatwizna pojechać na konwent fantasy, przejść się na jakiś artystyczny event, nałożyć koszulkę z Lordem Vaderem, a potem z radością stwierdzić, że oto los postawił nam przed sobą kogoś podobnego do nas. Lubisz Tarantino? Ja też! Nolana? Czarodziejkę z księżyca, Muminki, Transformers? Grasz w karcianki, łazisz po mieście w gotyckiej sukni i zwracasz uwagę tylko na facetów przebranych za Vlada Palownika? To jest dopiero materiał na związek! Według (w szczególności) nastolatków idealna dziewczyna ma podobne zainteresowania i system wartości, jednak, niestety, zwłaszcza w młodym wieku jest to marzenie mało realne. Oczywiście zdarzają się dziewczyny kochające sport i kibicujące naszej ulubionej drużynie piłki nożnej, fascynujące się tymi samymi reżyserami, jednak rozróżnić pozorantki od tych prawdziwych jest prawdziwą sztuką. Czemu o tym wszystkim piszę? Z powodu miłości do kina właśnie.

Pamiętam najprzyjemniejsze powroty do ulubionych dzieł, ponownie oglądanych z bratem i siostrami. Młodsze rodzeństwo to prawie taki sam skarb, jak dziewczyna, która nieszczególnie interesuje się kinem, głównie tym „Twoim”. Rodzeństwo zwykle ma podobny system wartości do nas, a widok malującej się na ich twarzy przyjemności, gdy pierwszy raz włączasz im „Powrót do przyszłości”, jest jak dziewiczy seans filmu, do którego chcemy wracać niejednokrotnie. Zresztą, to jedyny sposób przeżywania tego jeszcze raz, właśnie owe świeże spojrzenie, uczestniczenie w tym wspólnie.

Podobnie jest z kobietami – nigdy nie zapomnisz seansu „Iron Mana” z wręcz antykomiksową partnerką, która na końcu powie „nawet podobało mi się”, a Ty uśmiechniesz się usatysfakcjonowany. Nigdy nie zapomnisz oglądania „Casino Royale” z kimś, kto traktował takie historyjki co najwyżej z pobłażaniem. Zainteresowania macie różne. System wartości jednak taki sam, inaczej dawno by Cię olała, drogi kolego. Roger Ebert miał rację, ale dodałbym do tego, że jeśli ktoś spróbuje pokochać filmy, które kochasz Ty, już jest dobrze. Staranie się jest dobre. Dajcie szansę tym, które się starają, Klubie Miłośników Filmu.

Jakub Koisz

Jakub Koisz

Skończył polonistykę i kulturoznawstwo. Pisze więc, a to o komiksach, a to o filmach i książkach, uczy mówienia, uczy pisania... Mógłby całymi dniami biegać za piłką lub opowiadać przyjaciołom o filmach, które go ostatnio podjarały. Zapewne choć raz w życiu polecił Ci "Big Lebowskiego", komedie Franka Capry lub "Avengers". Jeśli byłaś kobietą i uznał, że sympatyczną, bredził Ci o "Przed wschodem słońca". Jeśli Cię nie polubił, kazał Ci obejrzeć "Salę samobójców" lub "Efekt motyla". Lubi boks i kino bokserskie.
Jakub Koisz






  • Agnieszka

    E… dopiero zaczęłam czytać tekst a tu już się skończył :) Wspólne uwielbienie dla tych samych kręgów jest dobre na początek. Bo można się ekscytować a to ułatwia żywą konwersację. Z biegiem czasu jednak podzielanie tej samej opinii jest nużące i irytujące :) Najlepiej byłoby spotkać się gdzieś po środku: uwielbiam Batmana – ale burtonowskiego, Ty zaś szalejesz za nolanowskim ;) Świetny tekst, pozdrawiam!

  • Sukkus

    Wspólne, niewspólne nieważne. Ważne że się dogadać można i o nielubieniu porozmawiać uda.
    Fajnie, że się felietony pojawiły!

  • Jokullus

    KMF się rozwija tematycznie :D

  • majka

    Słodkie i na dobry oddech tekst.

  • salad_finger

    wow, czy autor tekstu się zakochał?

  • Dziewczyna

    Bardzo podobają mi się i tekst i temat, to takie prawdziwe, co tu napisano :D

  • Kalafiorowa

    Cudowny tekst






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Wielki Gatsby

Następny tekst

As I Lay Dying (prosto z Cannes)



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE