Recenzje

WILCZE ECHA. Odgłosy sonaru i napięcie aż do samego końca

Lanzac stworzył thriller, którego nie powstydziliby się scenarzyści pokroju Aarona Sorkina, a przy tym przedstawił duszność europejskiej sytuacji politycznej

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Rozwiązał się chyba worek z serią straszaków o łodziach podwodnych, choć swojego czasu była to sceneria dramatów politycznych i kina sensacyjnego, szczególnie w latach 90. W takim miejscu rozgrywała się duża część niedawno wyświetlanego na ekranach Oceanu ognia, a duński Kursk przypominał prawdziwą historię rosyjskiej łodzi oraz jej załogi. Ciasnota, klaustrofobia, zaduch i naprzemiennie migające niebieskie oraz czerwone światła – jeśli zamknąć człowieka w takiej metalowej puszce i związać go z losami świata, zawsze wychodzi przynajmniej niezłe kino. Tym razem otrzymujemy jednak opowieść spod ręki reżysera, który był doradcą ds. gospodarki w Ministerstwie Zagranicznym. Człowiek, który obok niewątpliwego talentu literackiego potrafi z niesamowicie brzmiącego scenariusza stworzyć trzymające w napięciu political fiction. A może ta historia wcale nie jest tak niesamowita, jak się wydaje?

Tytan to mała francuska łódź podwodna, która zostaje wysłana, aby odebrać kilku żołnierzy z Syrii. Z pozoru zwyczajna misja komplikuje się, gdy okręt natyka się na inną łódź podwodną – taką, której nie powinno tam być. Dowiadujemy się, że należy do Rosjan, którzy tym samym naruszyli postanowienia terytorialne i bezpodstawnie znajdują się na wodach Finlandii. Pierwotne zadanie staje się nieważne, kiedy okazuje się, że w grę wchodzić może również konflikt nuklearny. Załoga Tytana musi improwizować oraz domyślać się, o co tak naprawdę chodzi przeciwnikowi. Rozpoczyna się szachowa rozgrywka, której najważniejszym narzędziem bywa słuch osoby obsługującej sonar. To właśnie kogoś takiego nazywa się „złotym uchem”, człowieka o słuchu wręcz absolutnym.

Francuska superprodukcja kosztowała 23 miliony dolarów i widać, że duża część budżetu została przeznaczona na znanych aktorów oraz efekty specjalne. W filmie pojawiają się czarnoskóra gwiazda kina Omar Sy, a także Mathieu Kassovitz i Reda Kateb, czyli twarze znane tamtejszemu (i nie tylko) kinu. Sprawdzają się zarówno w scenach pojedynczych, jak i w kolektywie, choć daleko im do ekipy, która zapisze się złotymi zgłoskami wśród najlepszych kinowych drużyn. Standardem jest uczynienie z załogi łodzi ludzi charakternych, a w tej kwestii pałeczkę pierwszeństwa należy oddać D’Orsiemu, w którego wciela się Sy. Fabuła bardzo szybko wrzuca ich na głębokie wody, więc niewiele się o tych postaciach dowiadujemy.

Inscenizacyjnie też jest się czym pochwalić – twórcom zależało, aby oddać uczucie klaustrofobii oraz futuryzmu, Wilcze echa rozgrywają się bowiem w niedalekiej przyszłości (nie na tyle odległej, żeby nazwać to science fiction, a scenariusz przedstawiony na ekranie jest zgoła prawdopodobny). Druga strona konfliktu, reprezentowana przez dbających o dobry PR i własne korzyści polityków, jest siłą napędową dla fabuły, która tylko pozornie rozgrywa się kilkaset metrów pod wodą. Mechanizmy, które mogą doprowadzić do światowego konfliktu, nie opierają się na ciągu niesamowitych zdarzeń, ale bardzo logicznie przedstawionych procesach. Bez tego całkiem spore napięcie oraz elementy kina akcji nie robiłyby wrażenia i wydawałyby się manipulatorskie, ale waga przedstawionych wydarzeń wydaje się pod koniec wręcz nieznośnie wyczuwalna. Nawet jeśli wszystkie składowe wydadzą się znajome, choćby z Polowania na Czerwony Październik, to wynagrodzeniem dla widza będzie przewrotne zakończenie. Czymże byłoby widowisko, w którym sonar jest podstawowym źródłem komunikacji oraz rozwijania napięcia, gdyby nie świetne udźwiękowienie? Reżyser, Abel Lanzac, zadbał o to, żeby niuanse związane z pracą tego urządzenia były dla widzów przejrzyste i tym samym wyraźnie zwiastowały nieszczęścia.

Wilcze echa dzięki swojemu tempu oraz sprawnej realizacji są sporym kwietniowym zaskoczeniem. Lanzac stworzył thriller, którego nie powstydziliby się scenarzyści pokroju Aarona Sorkina, a przy tym przedstawił duszność europejskiej sytuacji politycznej, choć na początku może się wydawać, że nieco wydumanej. I choć punkt wyjścia opiera się na całkowicie wymyślonym koncepcie (oraz błędzie ludzkim), proces budowania konfliktu ukazany w filmie jest przerażająco wiarygodny.

Ostatnio dodane