Recenzje
VIDOCQ: Kryminał fantasy w sosie sci-fi… w Paryżu, AD 1830
W warstwie plastycznej Vidocq jest jednym z najciekawiej zrealizowanych filmów jakie zdarzyło mi się do tej pory widzieć. Jego reżyser – Pitof – specjalista od efektów specjalnych, postanowił jednak posłużyć się ekstrawagancką techniką wizualizacji nie do stworzenia świata wyimaginowanego, ale jak najbardziej realnego XIX wiecznego Paryża. Wynik okazał się doskonały.
Paryż rok 1830. W walce z tajemniczym złoczyńcą ginie jeden z najsłynniejszych paryskich ex-policjantów – Vidocq. W biurze agencji detektywistycznej prowadzonej przez Vidocqa i jego współpracownika zjawia się dziennikarz, który zamierza spisać historię jego niezwykle barwnego życia. Finałem biografii ma być ujawnienie tożsamości mordercy ex-policjanta. W biurze spotyka partnera Vidocqa – Nimiera.

Ten opowiada mu początek historii, która doprowadziła do tragicznego finału w hucie szkła. Wszystko zaczęło się od nagłej śmierci dwóch niezwykle prominentnych producentów broni, którzy spłonęli żywcem …. rażeni piorunem.
Vidocq jest swego rodzaju filmem – eksperymentem, łączącym w sobie zarówno najnowocześniejsze cyfrowe techniki realizacji efektów specjalnych, jak i bardzo ciekawy sposób kompozycji scen, barw, sposobów kadrowania i wyraźnych inspiracji… malarskich. Ktoś mógłby stwierdzić, że jest to przerost formy nad treścią, ale tak nie jest. Obraz ten jest wybitnym przykładem zapoczątkowanego Parkiem Jurajskim Stevena Spielberga trendu, w którym technologia odgrywa ogromną rolę.

O ile jednak w wielu filmach made in USA często zdarza się, że prymat technologii nad treścią przekazu przytłacza cały film, o tyle francuski Vidocq pokazuje, że można stworzyć coś pozornie sztucznego (bo w większości wykreowanego w komputerze), nie zakłócając jednocześnie harmonii odbioru. Co więcej, technologiczna ekwilibrystyka w obrazie Pitofa została niemal podniesiona do rangi sztuki, stanowiąc nieodłączny element większej całości.
Oczywiście sprawność techniczna filmu nie stanowi jeszcze o jego jakości ale oglądając wycyzelowane, wypełnione mnóstwem szczegółów i feerią barw kadry Jean-Pierre Sauvaire’a odnosi się wrażenie, że stanowią one jedną, skończoną całość, która nawet pozbawiona wypełniacza w postaci słów i osób doskonale by się obroniła. Dlaczego? Oglądając ten film miałem nieodparte wrażenie, że w świetnie zrealizowanych zdjęciach zauważam inspiracje sięgające daleko głębiej niż samoistnie narzucające się skojarzenia z poetyką videoklipu czy reklamy (choć również te od pewnego czasu stają się „małymi” dziełami sztuki).

To, co widać w zdjęciach Jean-Pierre Sauvaire’a, to Sąd Ostateczny Hansa Memlinga, to również, a może nawet przede wszystkim Hieronim Bosch i jego apokaliptyczne wizje świata po drugiej stronie życia. Jako przykład przytoczę tu perfekcyjnie zrealizowaną scenę pojawienia się Vidocqa w „jaskini lwa” – kryjówce czarnego bohatera filmu. Zaprezentowane w tej scenie ujęcia mogłyby służyć za model do dzieła Boscha. Są równie jak jego obrazy przerażające i pociągające zarazem. Wspomniana scena przenosi nas do wnętrza obrazu powodując, że niemal na własnej skórze czujemy ściekające krople krwi a w powietrzu wyczuwamy zapach strachu kobiet skazanych na okrutną śmierć.
W trakcie całego filmu, w którym operator bardzo śmiało poczyna sobie ze światłem i cieniem towarzyszy widzowi atmosfera mroku czającego się w każdym miejscu, do którego nie sięga już światło lampy. Efekt ten potęgowany jest dodatkowo przez filmowanie twarzy bohaterów w dużych zbliżeniach doprowadzając momentami do ich przerysowania, co sprawia wrażenie jak ze złego snu. Nie należy zapominać też o wspomnianych już panoramach XIX wiecznego Paryża, który sprawia absolutnie realistyczne wrażenie.

Scenografia w całości jest bardzo mocną stroną filmu, podobnie jak wizerunki bohaterów, a w szczególności Alchemika – bohatera negatywnego. Graficzne wizerunki postaci zostały stworzone przez dobrze znanego byłego współpracownika Jean Pierre’a Jeuneta – Marca Caro, którego dokonania możemy podziwiać w Delicatessen czy Mieście Zaginionych Dzieci.
Wizualna strona filmu jest dla odbioru niezwykle istotna, w końcu nie bez powodu powtarza się młodym filmowcom, żeby pokazywać to co da się pokazać, a dopiero resztę pozostawić słowom. Wydaje się, że Pitof zastosował się do tej reguły bardzo sumiennie nie pozostawiając wiele do wyjaśnienia. Niestety ucierpiała na tym intryga.

Po seansie widz odnosi wrażenie, że scenarzyście zabrakło odrobiny koncepcji aby opowiedziana historia stała się trochę bardziej wyrafinowana, co pozostawia nieprzyjemne wrażenie jakby ten, było nie było w największym stopniu decydujący o napięciu element, pozostawał lekko w tyle za plastyczną stroną filmu. Nie pomagają również scenariuszowe mielizny, których na szczęście jest w filmie stosunkowo niewiele. Vidocq ma świetne zawiązanie akcji. Pojawiająca się tajemnica obiecuje bardzo dużo, niestety w końcu pozostawia widza z pewnym niedosytem.
Chciałoby się powiedzieć, że połączenie scenopisarskiego talentu Davida Mameta lub M. Night Shyamalana z realizacją Pitofa i Sauvaire’a mogłoby dać mieszankę prawdziwie wybuchową i stworzyć dzieło epokowe.

Nie można również nie wspomnieć o aktorach odtwarzających główne role. Gerard Depardieu ma do zagrania niewiele, ponieważ mimo pierwszego miejsca w czołówce widzimy go na ekranie stosunkowo krótko. Obecny na ekranie najdłużej Guillaume Canet odgrywa swoją rolę dziennikarza na tyle poprawnie, że nie ma negatywnego wpływu na odbiór filmu, ale nie zachwyca. Wydaje się, że najlepsze w Vidocqu są role drugoplanowe czy wręcz epizodyczne, nadające całości lekko surrealistycznego posmaku. Mam tu na myśli przede wszystkim zjawiskowo piękną Ines Sastre (Preah) i Moussa Maaskri (Nimier).
Pitof stworzył film, który nie jest może dziełem wybitnym, ale pod względem wizualnym i plastycznym na pewno przełomowym.

Po raz kolejny Francuzi pokazali, że potrafią tworzyć kino, które nawet pod względem technicznym nie odstaje od najlepszych dokonań filmu amerykańskiego, a może nawet je przewyższa.
Tekst został pierwotnie opublikowany na film.org.pl w roku 2001

