Recenzje

THE ROADS NOT TAKEN. Gwiazdy to za mało

Za tego typu role aktorzy dostawali nagrody, ale Bardem raczej obejdzie się smakiem. Tutaj materiału jest po prostu za mało, by ulepić z tego coś wyjątkowego. Nowy film Sally Potter to rozczarowanie.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

The Roads Not Taken w reżyserii Sally Potter był jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów na tegorocznym Berlinale. Niestety, mimo dobrej gry aktorskiej oraz ciekawych zdjęć nominowanego do Oscara za Faworytę Robbiego Ryana, pierwszym odczuciem po wyjściu z kina było rozczarowanie.

Festiwal w Berlinie, w odróżnieniu od tego w Cannes i Wenecji, nigdy nie był typowo gwiazdorską imprezą. Tutaj liczy się kino społeczne, polityczne, nakręcone z dala od Hollywood. Jakieś sławne nazwiska muszą się jednak na czerwonym dywanie pojawić. Tak było za poprzedniego kierownictwa, tak jest i w tym roku. The Roads Not Taken z pewnością jest najbardziej wypełnionym gwiazdami filmem konkursu – na ekranie widzimy w końcu laureata Nagrody Akademii Javiera Bardema, nominowane do statuetki Salmę Hayek oraz Laurę Linney, i wreszcie coraz lepiej radzącą sobie w branży Elle Fanning. Niestety samymi znanymi aktorami Złotego Niedźwiedzia się nie zdobywa.

Reżyserka Sally Potter kilka lat temu przyjechała do Berlina ze swoim The Party i wszystkich zachwyciła. Ten skromny, rozgrywający się w jeden wieczór, czarno-biały film był powiewem świeżości. Znakomicie rozpisane postaci, dialogi oraz historia pełna zwrotów akcji nie pozwalały się nudzić. W The Roads Not Taken wszystko rozgrywa w niewiele dłuższym czasie, bo w ciągu 24 godzin, ale wraz z myślami chorującego na demencję Leo podróżujemy po różnych okresach jego życia i różnych zakątkach świata – od Nowego Jorku, przez Meksyk, po Grecję. Te, jak się długo wydaje, wspomnienia, nieszczególnie łączą się z „tu i teraz”, czuć, że coś się w nich nie zgadza, ale gdy wreszcie okazuje się o co chodzi, jedyna reakcja to wzruszenie ramionami i „Aha”. Nic więcej. Owszem, Leo jest pisarzem i mimo demencji wciąż opowiada widzom różne historie, ale ostatecznie niewiele one wnoszą. Budowanie przez publiczność obrazu bohatera z puzzli, które nie do końca do siebie pasują, nie przynosi zbyt wielkiej satysfakcji.

Dużo lepiej film sprawdza się jako studium okropnej choroby, na którą nie ma lekarstwa i która w jeszcze większym stopniu niż samego chorego dotyka jego bliskich. Grana przez Fanning Molly próbuje zachowywać się tak, jakby jej ojcu nic poważnego nie było – zabiera go na kontrolne badania zębów i wzroku, przekonuje, że posikanie się w spodnie na fotelu dentystycznym to nic takiego, a sfrustrowanego okulistę, który nie jest w stanie zbadać żyjącego w swoim świecie Leo, nazywa ignorantem. Dopiero, gdy wskutek perturbacji związanych z ojcem nie pojawia się w pracy i traci upragnione zlecenie, dociera do niej, że tak się nie da funkcjonować. Pomoc, choć wydaje się naturalna, w pewnym momencie przestaje mieć sens. Ale czy na pewno? Tam wewnątrz przecież wciąż jest jej kochany tato, to wciąż on, nikt inny.

Fanning i Bardemowi nie można nic zarzucić. Dobrze wcielają się w swoje role, są przekonujący i tak naprawdę ratują ten film. Takie kreacje jak Leo często przynoszą aktorom nagrody, ale tutaj raczej tak nie będzie – materiału jest po prostu za mało, by ulepić z niego coś wyjątkowego. Fanning natomiast po raz kolejny potwierdza, że ma szansę na bardzo, bardzo udaną karierę, może na miarę Emmy Stone, jednak The Roads Not Taken żadnym kamieniem milowym w jej filmografii nie będzie. Ten scenariusz jest zbyt nijaki i wtórny. Artystyczne, offowe kino, które chce przekazać głębszą treść i zaskoczyć formą miesza się tu z dość konwencjonalnym melodramatem, jakich było już setki.

Po Potter spodziewałem się znacznie więcej. Owszem, jest to film ładnie nakręcony i więcej niż poprawnie zagrany. Do pewnego momentu angażuje, chwilami wzrusza… Jako całość się jednak nie sprawdza. Niecałe 90 minut seansu zaczyna się nawet dłużyć – widzów wychodzących z sali kinowej było całkiem sporo.

Obserwowanie stopniowego umierania naszych bliskich, nawet nie w sensie fizycznym, ale tak jak w przypadku demencji, wewnętrznym, to coś strasznego. Taka tematyka nigdy nie pozostawia obojętnym, zwłaszcza, że coraz więcej osób ma w swojej rodzinie podobne przypadki. Z taką historią łatwo się identyfikować. Ale film to film i oprócz samego mocnego motywu fabularnego musi mieć też całą resztę składającą się na udaną produkcję. Tutaj tego zabrakło.

Ostatnio dodane