nowości kinowe

LEGO® PRZYGODA 2. Więcej klocków w klockach

Produkt sprzedający produkty, momentami trochę zbyt rozbuchany, ale przez cały seans czuć, że pracowali nad tym goście, którzy nie potrzebują instrukcji, żeby dobrze bawić się w kino

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Nie widziałem żadnego zwiastuna LEGO Przygody 2, omijałem kampanię reklamową, a na przedpremierowy seans załapałem się w sumie zupełnie przypadkowo, bo rodzina wpadła zobaczyć Miszmasz, czyli kogel-mogel 3, a ja z młodszym braciakiem poszedłem oglądać klocki.

Lubię jedynkę, bo to naprawdę bystre kino wypchane wizualną pomysłowością, całkiem zgrabnym przesłaniem i dobrym humorem, opakowane w nostalgiczne pozłotko oraz przewiązane aktualnymi fascynacjami dzieciaków. Potem nadszedł nieco słabszy (ale nadal solidny) LEGO Batman: Film od innej ekipy kreatywnej i do kontynuacji przygody nie musiałem już załapywać się na marketingowy pociąg, bo i tak jakoś miałem to w planach zobaczyć. Ale kiedyś tam, bo byłem przekonany, że nie będą tego już pisać Phil Lord i Christopher Miller – złote dzieci dzisiejszego Hollywood – mający już na swoim koncie zapisane piękne CV (dopiero co grzebali przy znakomitym Spider-Man Uniwersum). Byłem przekonany, że dwójeczkę dostaną już jacyś wyrobnicy, bo i tak się sprzeda – wystarczy pojechać na fali oryginału i po prostu dopchać dwójkę spiętrzoną liczbą elementów, które już wcześniej zatrybiły.

A tu się okazało, że jednak nagryzmolili to ponownie Lord z Millerem i kontynuacja to ich w pełni piękne widowisko, które bawiło mnie chyba nawet mocniej niż jedynka – zawalone jest to kolorami, fantastyczną animacją, chwytliwymi piosenkami, znakomitymi żartami, pięknym przesłaniem, że dorastać trzeba, ale nie wymaga to całkowitego odcięcia się od rzeczy, które nas bawią; ładnym komentarzem do współczesności, że ogólnie naszym największym minusem – jako ludzkości – jest fakt, iż nie umiemy się dogadać, nie potrafimy dyskutować, otworzyć paszczy sensownie, gdy widzimy kogoś, kto się od nas różni.

Widać tu z miejsca ich autorski odcisk i naprawdę błyskotliwe pożenienie klocków, które trafią do najmłodszych (feeria kolorów, multum różnych zabawek – klasyczne LEGO dopakowane jest różnymi współczesnymi wariacjami – akcja mknąca na złapanie karku, rubaszny slapstick: np. wywracający się nieustannie humanoidalny banan), z tymi przeznaczonymi dla tych dojrzalszych odbiorców, żeby nie ziewali, gdy zaciągną ich do kina pociechy. I tutaj Lord/Miller naprawdę rozwijają skrzydła, bo wizualne i słowne puszczanie oka przygotowane zostało bezbłędnie – niech przykładem będzie pierwsze dwadzieścia minut filmu, zaczynające się świetnie rozegraną sekwencją z kina katastroficznego (tylko z wykorzystaniem LEGO Duplo), a zaraz po tym następuje klockowa reinterpretacja… Mad Maxa, z całym jego pylącym inwentarzem. Przez ekran przebiegnie nawet miniaturowa Furioska.

LEGO Przygoda 2 to wzorowo przygotowana kontynuacja, która zachowuje jakość oryginału, ale intensyfikuje akcję i tak miesza elementy tej plastikowej układanki, żeby wydźwięk fabularny stanowił jakieś novum. To nadal urocza opowieść o odkrywaniu własnej tożsamości i o tym, że trzeba się zmieniać, ale nie można zatracić swojego własnego „ja”, tylko tym razem ciężar emocjonalny zostaje przeniesiony z relacji ojciec-syn na brat-siostra, gdzie chłopak musi umknąć przed pułapką popełniania ojcowskich błędów. I mimo tego, że cały czas mamy do czynienia z szaloną komedią będącą reklamą zabawek, to edukacyjna część jest tutaj naprawdę sensownie poprowadzona. Nawet jeśli stanowi tło dla kolejnego etapu historii Emmeta.

A na poziomie typowo rozrywkowym to już jazda bez trzymanki. Produkcja, której momentami może i zdarza się przestrzelić z jakimś żartem, ale nie pozwala się nudzić ani na moment, bo mamy tu m.in. wspomnianego już Mad Maxa jak z filmu Millera, Batmana w wersji Liberace, totalny misz-masz sajfajowych rozwiązań, raptory, Marię Skłodowską-Curie, absolutny zalew kreatywności w wizualnej kreacji świata, świetnych głównych bohaterów i multum występów gościnnych (podkreślonych gwiazdorskimi głosami) i naprawdę kupę błyskotliwego oraz absurdalnego humoru, na którym budowali swój warsztat scenarzyści jeszcze przy kapitalnych Jump Streetach.

To po prostu piękne kino rozrywkowe – cieszące pyski jak trzeba, nieprzekombinowane, całkiem mądre, bez łopatologii, potrafiące zaskoczyć rozwiązaniami i przede wszystkim pełne uroku. Znowu jestem pod wielkim wrażeniem tego, ile Lord i Miller wyciągnęli z reklamy korporacyjnego plastiku. Jasne, to produkt sprzedający produkty, momentami trochę zbyt rozbuchany, ale przez cały seans czuć, że pracowali nad tym goście, którzy nie potrzebują instrukcji, żeby dobrze bawić się w kino.

Ostatnio dodane