nowości kinowe

JUMANJI: PRZYGODA W DŻUNGLI. Budując własny charakter

Zaskakująco przyjemne i zabawne widowisko - pozostaje tylko żałować, że polski dystrybutor zapewnił nam wyłącznie wersję z koszmarnym dubbingiem.

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Pierwsze Jumanji dla wielu z nas jest jednym z najciekawszych filmów dzieciństwa. Fascynujący koncept fabularny, trzymająca w napięciu akcja i bezbłędny Robin Williams zachwycają do dziś i nic dziwnego, że pomysł stworzenia sequela wzbudzał wątpliwości. Jedni obawiali się powstania głupkowatej komedii, a inni byli przekonani, że Przygoda w dżungli okaże się kolejną wydmuszką żerującą na nostalgii widzów. Na szczęście ani jedni, ani drudzy nie mieli racji, bo choć może nie dostaliśmy prawdziwie pamiętnego dzieła, to z pewnością jest to seans pełen dobrej zabawy.

Niezwykle interesująco wypada ewolucja pomysłu, na którym bazowała pierwsza część. Okazuje się bowiem, że tytułowa gra potrafi dostosować się do realiów i kiedy zostaje ciśnięta w kąt na rzecz konsoli, dokonuje transformacji. 20 lat później w formie archaicznej gry komputerowej trafia ona w ręce czwórki licealistów, którzy odpracowują po lekcjach swoje szkolne wyczyny. Bohaterowie to dość typowe postaci kina młodzieżowego: nerd, sportowiec, kujonka oraz szkolna gwiazdeczka. Wszyscy znają się w jakimś stopniu – nieśmiały chłopak zabiega o przyjaźń lekceważącego osiłka, a instagramowa diwa jest nieustannie osądzana przez niepewną siebie prymuskę. Konflikty i relacje między postaciami początkowo wydają się dość przewidywalne i szablonowe, ale droga, jaką pokonuje każdy z nich, zostaje ukazana bardzo sprawnie. Scenarzyści wybrali bowiem niezwykle ciekawy sposób na przekazanie lekcji swoim bohaterom i kazali im wcielić się w postaci będące ich zupełnym przeciwieństwem. Trudno także o bardziej dosłowne „wcielić”, gdyż nowe Jumanji nie nawiedza naszego świata, tylko wciąga graczy do swojego.

W świecie gry każdy funkcjonuje jako wybrana wcześniej przez siebie postać, z tym że ów wybór miał miejsce wyłącznie na bazie lakonicznych opisów. W ten sposób wycofany chłopak staje się się potężnym i jedynym w swoim rodzaju Dwaynem Johnsonem, jego dawny kumpel-sportowiec kurczy się do rozmiarów Kevina Harta, mol książkowy zyskuje piękne ciało Karen Gillan, a nastoletnia bogini musi zaakceptować fakt, że wygląda jak… Jack Black. Niedopasowanie aparycji do charakteru to podstawowe źródło mniej lub bardziej udanego humoru w filmie, ale także wspomniany już sposób na danie nauczki każdemu z bohaterów. Zyskanie pewności siebie, przezwyciężenie strachu czy odnalezienie w sobie innych wartości niż atrakcyjność fizyczna – to ważne lekcje, szczególnie w wieku dorastania.

To chyba najlepszy aspekt całej opowieści, która dzięki temu bywa nie tylko zabawna, ale także całkiem pouczająca.

Ogromną rolę odgrywają tu fantastyczne występy aktorów, którzy (oprócz jadącego na autopilocie Kevina Harta) w zaskakujący sposób wychodzą poza swoje dotychczasowe emploi. Potężny The Rock przestraszony przez wiewiórkę to prawdziwie komiczny widok, a zjawiskowa Gillan flirtująca jak dyskotekowy oblech udowadnia, że ma dryg do komedii. Największą gwiazdą jest tu jednak Jack Black, który ewidentnie czerpie mnóstwo frajdy z odgrywania uzależnionej od telefonu gwiazdki. Wielka szkoda, że nie mogę należycie ocenić gry aktorskiej, jako że polski dystrybutor podjął skrajnie idiotyczną decyzję i pozbawił widzów możliwości wyboru wersji językowej filmu – wszyscy jesteśmy skazani na żenujący dubbing, który miejscami poważnie pogrąża film. To drażni szczególnie w przypadku Blacka, którego rola polegała zapewne w dużej mierze na zabawie głosem. Takie traktowanie widza jest po prostu niedopuszczalne, a dystrybutor United International Pictures powinien zebrać baty za takie postępowanie.

Tym bardziej szkoda, bo to naprawdę angażujące i lekkie kino przygodowe. Strzałem w dziesiątkę okazała się lekka kpina z mechanizmów znanych z gier komputerowych – narracja przyjmuje formę przerywnika filmowego, bohaterowie mają swoje cechy i atrybuty (a także po trzy życia do wykorzystania), a postaci niezależne mechanicznie powtarzają swoje kwestie, aż jeden z protagonistów wykona czynność, która rozpocznie albo zakończy interakcję z nimi. Wszystkie nawiązania do świata elektronicznej rozrywki są na bieżąco tłumaczone przez obecnego w grupce protagonistów miłośnika gier, więc zrozumieją je także osoby niezbliżające się na kilometr do konsoli. Nieco słabiej wypada konstrukcja samego świata Jumanji, a szkoda, bo miał on duży potencjał, żeby być czymś więcej niż kawałkiem dżungli i małą osadą. Wyzwania stawiane przed bohaterami bywają interesujące, ale można tu było pokusić się o ciekawsze i bardziej nieprzewidywalne przeszkody. Niestety nie dano także szansy zabłysnąć Bobby’emu Cannavale, który ostatecznie nie wzbudzał większych emocji jako antagonista nawet w zdecydowanie letnim finale. Mimo tych wad dwugodzinny seans upłynął mi błyskawicznie, a jedną z moich pierwszych myśli była chęć ponownego obejrzenia Przygody w dżungli – tym razem w jedyny właściwy sposób. Co ciekawe, było tak nie dzięki scenom akcji (poprawnym, ale nie powalającym jakością użytego CGI), tylko za sprawą dobrze przemyślanych i zagranych ewolucji bohaterów i relacji między nimi. Myślę, że niejedno dziecko wyciągnie z nich pewne wnioski i to właśnie rodzice z dziećmi są jedynymi osobami, którym polecam wizytę w kinie. Wszyscy inni zainteresowani zrobią sobie przysługę, jeśli poczekają, aż możliwe będzie obejrzenie filmu w oryginalnej wersji językowej.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane