Recenzje
DAMA Z SZANGHAJU
DAMA Z SZANGHAJU to fascynujący film noir Orsona Wellesa, który zaskakuje złożonością fabuły i znakomitym warsztatem reżyserskim.
W wielu przypadkach fantastyczny debiut stawał się dla młodego filmowca nie tylko przepustką do sławy, ale również swego rodzaju przekleństwem. Sukces doskonałego rozpoczęcia stawia bowiem poprzeczkę kolejnym filmom tak wysoko, jak dobre było początkowe dzieło, a nawet wyżej — oczekuje się przecież, że reżyser będzie coraz lepszy. Do pewnego stopnia takim przypadkiem jest reżyserska kariera Orsona Wellesa. Trudno przecież przebić taki debiut jak Obywatel Kane, przez większość krytyków i historyków kina do dziś uznawany za jeden z najwybitniejszych filmów wszech czasów.
Na szczęście Welles nie pozostał twórcą jednego arcydzieła i kilka jego późniejszych utworów również zapisało się w dziejach amerykańskiej kinematografii. Jednym z nich jest nakręcony sześć lat po premierze Kane’a film noir Dama z Szanghaju.
Geneza Damy z Szanghaju wiąże się z ciekawą historią. Welles, który w 1946 roku reżyserował w teatrze W osiemdziesiąt dni dookoła świata, pilnie potrzebował funduszy na dokończenie realizacji sztuki, gdyż po wycofaniu się producenta Mike’a Todda finansował projekt z własnych pieniędzy, a te były już na wykończeniu. Zwrócił się do szefa Columbia Pictures Harry’ego Cohna z prośbą o zastrzyk gotówki, a w zamian zaoferował, że samodzielnie wyprodukuje, wyreżyseruje i napisze scenariusz do następnego filmu wytwórni. Cohn zgodził się, a za materiał źródłowy posłużyła książka Sherwooda Kinga, If I Die Before I Wake.
Dama z Szanghaju opowiada historię irlandzkiego marynarza Michaela O’Hary, który zostaje zatrudniony przez znanego prawnika Arthura Bannistera do pracy na jachcie. Bohater przystaje na propozycję nie tylko ze względu na zarobek, ale przede wszystkim z powodu obecności pięknej i młodej żony kalekiego adwokata, Elsy, którą poznał poprzedniej nocy. Między parą bohaterów wywiązuje się romans mimo faktu, iż Michael ma złe przeczucia co do całej sytuacji. Na jachcie do tej trójki dołącza wspólnik Bannistera, George, który wkrótce składa protagoniście niecodzienną propozycję.
Chce sfingować własne zabójstwo, by otrzymać pieniądze z odszkodowania i zniknąć, a Michael, za stosowne honorarium, miałby przyznać się do zbrodni — dzięki temu udowodniona zostanie śmierć George’a, a skoro jego zwłoki nie zostaną odnalezione, główny bohater uniknie wyroku skazującego. Jak można się szybko domyślić, nic nie pójdzie zgodnie z planem, a przynajmniej nie tym Michaela.
Na poziomie fabularnym film Wellesa jest w znacznym stopniu typowym reprezentantem kina noir lat 40. Mamy tu wielowątkową, dość skomplikowaną opowieść z licznymi zwrotami akcji, która wymaga wyjątkowej scenariuszowej spójności, z czym reżyser radzi sobie doskonale. Intryga kryminalna przenika się z historią miłosną, a wszystkie wątki koniec końców zazębiają się i samodzielne dochodzenie widza do prawdy potrafi sprawić przyjemność, oczywiście pod warunkiem, że nadąży się za kolejnymi fabularnymi woltami (Damie.
..
W finale najpełniej objawia się niekwestionowany talent inscenizatorski Wellesa. Legendarna już sekwencja w parku rozrywki, kończąca się ostateczną rozgrywką w gabinecie luster, imponuje przede wszystkim rozbudowaną scenografią (projekt samego reżysera), zabawą perspektywą, zastosowaniem lustrzanych odbić oraz cieni i niedoświetlenia. Te ostatnie elementy widoczne są już zresztą w wielu wcześniejszych scenach. Welles lubi pozostawiać swoich bohaterów w ciemności, umieszczając ich na rozświetlonym tle i tworząc iście ekspresjonistyczne kontrasty. Ciekawe jest także zastosowanie planów filmowych i kątów ustawienia kamery.
Rozmowy bohaterów często filmowane są nieco z góry lub z dołu, niejednokrotnie unikając zbliżeń i układu ujęcie-przeciwujęcie — we wspomnianej już scenie procesu sądowego, co nietypowe dla takiego elementu fabuły, zastosowano w większości ujęcia w oddaleniu. Kiedy w Damie… pojawiają się już jednak zbliżenia, twarze bohaterów wypełniają całą przestrzeń kadru, co wytrąca widza z jego przyzwyczajeń i przełamuje schemat kina stylu zerowego (co warte odnotowania, w dwóch momentach reżyser narusza nawet czwartą ścianę, filmując przez pęknięty obiektyw). Niemniej jednak trudno stwierdzić, które z bliskich planów były pomysłem samego Wellesa, a które Harry’ego Cohna, żądającego większej koncentracji na twarzy postaci, głównie Elsy.
W roli tytułowej femme fatale wystąpiła Rita Hayworth, ówczesna żona Wellesa, notabene gwiazda Columbia Pictures. Był to jednak jedyny wspólny film małżeństwa, bowiem w trakcie realizacji Damy z Szanghaju byli już w separacji. Michaela zagrał natomiast sam reżyser, kreując postać swoistego everymana, niepozbawionego jednak charyzmy (zasługa świetnego aktorstwa Wellesa), który znalazł się w samym środku kryminalnej intrygi. Bez zarzutu spisali się także Everett Sloane (Bannister) i Glenn Anders (George); podobnie Hayworth, ale jej historia jest nieco inna.
Uważa się bowiem, że Dama… obaliła mit aktorki jako symbolu seksu za sprawą postaci moralnie zepsutej Elsy; na dodatek Welles pozbawił ją charakterystycznego elementu wizerunku — ściął jej długie, rude włosy i przefarbował na blond.
Może i Dama z Szanghaju pozostaje nieco w cieniu Obywatela Kane’a czy Dotyku zła, ale to nadal jedno z najciekawszych dzieł z gatunku noir i w ogóle amerykańskiego kina lat 40. Welles umiejętnie poprowadził wciągającą, zawiłą fabułę i pomimo drobnych potknięć dramaturgicznych czy nieprzychylnych opinii o przesadnym skomplikowaniu jego film ogląda się naprawdę dobrze. Dodając do tego interesujące zabiegi formalne i pierwszorzędne aktorstwo dostajemy przepis na gatunkowy klasyk.
I chociaż dla niektórych Dama… stanowi ciekawostkę w postaci wspólnego projektu rozpadającego się małżeństwa Welles—Hayworth, to jej żywotność na polu czysto filmowym udowadniają nawiązania w późniejszych dziełach. Słynną sceną w gabinecie luster inspirowały się przecież takie filmy jak Wejście smoka czy Tajemnica morderstwa na Manhattanie Woody’ego Allena. Ponoć Orson Welles nakręcił Damę z Szanghaju wyłącznie dla pieniędzy — życzmy sobie, by wszystkie filmy stworzone z tych pobudek prezentowały taki poziom.
korekta: Kornelia Farynowska
