Recenzje

OLIVER TWIST (2005)

Kino z charakterem, acz dalekie od arcydzieła.

Autor: Jacek Kozłowski
opublikowano

Polański próbuje familijnie

Według jednego z zachodnich krytyków Polański urodził się, aby nakręcić Olivera Twista. Gdyby w istocie tak było, to nie zostałby chyba Roman słynnym reżyserem, a co najwyżej niezłą filmową złotą rączką. Łączyć klasykę literatury ze stylistycznym wyrafinowaniem potrafi bowiem doskonale. Brakuje jednak Oliverowi Twistowi iskry bożej. Nikt obrazu Polańskiego nie pokocha, nie stanie się on też w żadnym razie filmem czyjegoś dzieciństwa. Może trochę to wina Dickensa, który zdaje się być tu i ówdzie po prostu zbyt archaiczny. Bo i powieść punktująca wypaczenia dziewiętnastowiecznego systemu pomocy społecznej nie zamieni się raptem w odkrytego po latach Harry’ego Pottera. Polański – całkiem słusznie – pozytywistyczne treści stara się więc zastąpić opowieścią o zmaganiu się jednostki z przeciwnościami podłego świata. Egzystencjalna kaszka, jaka z tego wychodzi, ma jednak przy wielu zaletach jedną zasadniczą wadę – nie nadaje się dla dzieci.

Po pewnym czasie zaczyna nieprzyzwoicie czarować.

A miał być to film familijny! Roman Polański zamarzył sobie nakręcić kino rodzinne. Padło na Dickensa i był to jak się zdaje wybór chybiony. Kontrast dobro – zło, tak dla autora Opowieści wigilijnej charakterystyczny, przybiera w Oliverze Twiście zbyt jaskrawe barwy. A że z Polańskiego marny optymista, adaptacja dziewiętnastowiecznej powieści – naśladując jej ducha – staje się niesłychanie mroczna. Niesprawiedliwość i zdeprawowanie hasają po ekranie, a tytułowy bohater sypia w piwnicy z trumnami. Nadaje to filmowi nieco wyrazu, ale dyskredytuje go zupełnie jako kino rodzinne. Czego chyba po Polańskim należało się spodziewać.

Nie znaczy to jednak, że jest to film nieudany. Wręcz przeciwnie. Oliver Twist po pewnym czasie zaczyna nieprzyzwoicie czarować. Z tym że jest to z gruntu czarna magia. Polański sypie nieszczęściami jak z rękawa, osiąga mistrzostwo w szkicowaniu typów spod ciemnej gwiazdy i pewną ręką mnoży trudności na drodze bohatera. Dobro ma niby w filmie swoje miejsce, ale ani nie przyjdzie mu zatriumfować w pełni, ani nigdy nie okaże się być okazałą przeciwwagą dla całego wachlarza przedstawionej tu nieprawości. A ofiary tych łajdactw – Olivera, dziecka z gruntu niewinnego, a ponadto sieroty – żałować będziemy w dwójnasób. Ów prosty „mechanizm kibica” wykorzystuje w swym filmie Polański. I o dziwo ta oczywista zależność z powodzeniem wystarcza, aby przez dwie godziny przytrzymać widza przy ekranie. Wspomniany brak równowagi pomiędzy dobrem a złem staje się więc zarazem wisienką na torcie, jak i gwoździem do trumny Olivera Twista.

A gdy już przy kibicowaniu jesteśmy, to główny bohater przebywa w trakcie filmu istną drogę przez mękę (taką malutką „pasję”). Zaczyna ją w gminnym sierocińcu, kończy zaś w wielkim Londynie. I sprawdzony zespół Polańskiego zadbał o to, żeby epitet „epicki”, który określać powinien powieść łotrzykowską, znalazł swe odzwierciedlenie na ekranie. Zarówno Londyn, jak i prowincja sprzed wieku mają w sobie trochę z baśni, a jeszcze więcej z mroków historii.

Film jednak nie udałby się wcale, gdyby nie fenomenalny Ben Kingsley. Gra on Fagina, miejscowego lichwiarza, zbierającego sieroty z ulicy i dającego im w spadku osobliwy fach – profesję złodzieja. Pod jego opiekuńcze skrzydła wpada również Oliver. I Kingsley otrzymuje w filmie zadanie kluczowe. Jednocześnie prezentując i chciwość i miłość, staje się on płaszczyzną, na której Dickensowskie kontrasty zlewają się w jedno. Finałowy strach Fagina przed śmiercią staje się w efekcie najbardziej poruszającym elementem Olivera Twista, sam Kingsley zaś bryluje na ekranie, pozostawiając w cieniu młodocianą gwiazdę – Barneya Clarka. Za plecami – co warto zaznaczyć – ma plejadę niezwykle charakterystycznych aktorów, których z wyczuciem dobierał sam Polański.

Nie obyło się więc bez wpadek. Oliver Twist arcydziełem nie jest i Oscarów – poza statuetką dla Kingsleya – zgarnąć nie powinien. Niemniej jednak Polański nakręcił kino z charakterem. I mimo że targnął się na film wewnętrznie sprzeczny (gdyż jego nazwisko, powieść Dickensa i kino familijne wykluczają się nawzajem), wyszedł z potyczki obronną ręką. I choć lukru tym razem Roman zlizywać nie będzie, to widmo zgniłych pomidorów też mu raczej nie grozi. Tylko czy jest się tu czym ekscytować?

Tekst z archiwum film.org.pl (29.09.2005).

Ostatnio dodane