search
REKLAMA
Czarno na białym

NAGA PRAWDA

Jacek Lubiński

20 października 2018

REKLAMA

Screwball comedy to powszechnie znany podgatunek komedii romantycznej zza wielkiej wody. Lecz bardzo szybko, bo mniej więcej w tym samym okresie świetności, doczekał się on także własnego odłamu, ochrzczonego wprost comedy of remarriage. Jak sama nazwa wskazuje jest to odmiana filmów o ponownym odnajdywaniu starej miłości, prowadzącym do drugiego ożenku pary znajdującej się wcześniej w stanie rozpadu. Traf chciał, że z oboma tymi nurtami ruchomego obrazu mocno związany był Cary Grant, dla którego okazały się one również właściwym początkiem sławy i wspaniałej kariery.

Do powodzenia tejże wydatnie przyczynił się jeszcze Leo McCarey – jeden z najbardziej niedocenionych twórców starego Hollywood, reżyser między innymi klasycznej Kaczej zupy braci Marx – który wbrew wszelkim przeciwnościom losu oraz chęciom samego aktora perfekcyjnie obsadził go w swym artystyczno-kasowym przeboju z 1937 roku, Nagiej prawdzie. W niej to Grant jest Jerrym Warrinerem – zawadiacko-sympatycznym mężem Lucy (Irene Dunne), którą kocha oczywiście bez pamięci (a ona, w teorii, jego). A mimo to ucieka od niej /się do fałszu. I vice versa. Gdy pewnego niefortunnego dnia oboje wzajemnie sprawdzają swój blef, zapada wspólna i szybka decyzja o rozwodzie. Zanim jednak ten dojdzie do legalnego skutku, jeszcze zatęsknią za swoim towarzystwem i we wspaniale kuriozalnej serii omyłek będą chcieli podminować swojego byłego partnera, dosłownie obnażając jego prawdziwe uczucia (stąd polski tytuł filmu, skądinąd lepszy od oryginału)…

Ta niejako tradycyjnie oparta na scenicznym rodowodzie produkcja – po wersjach z 1925 i 1927 roku trzecia z kolei i jednocześnie najpopularniejsza adaptacja sztuki Arthura Richmana (w 1953 r. na jej podstawie nakręcono jeszcze musical pod tytułem Let’s Do It Again) – była prawdziwym hitem box office’u. Z miejsca zdobyła sobie także przychylność krytyki, czego dowodem aż sześć nominacji do Oscara (w tym dla najlepszego filmu oraz jedyna w dorobku Ralpha Bellamy’ego, który jako młodziutki, diablo przystojny i szalenie bogaty potentat naftowy ubarwia tutaj znacząco drugi plan). Ostatecznie jedna ze statuetek powędrowała w ręce samego McCareya, który uważał, że bardziej zasłużył na tę nagrodę za reżyserię pochodzącego z tego samego okresu dramatu Make Way for Tomorrow. Bynajmniej nie odbiera to jednak jakości Nagiej prawdzie, której siła tkwi właśnie w bezbłędnym zaaranżowaniu teatralnej historii na potrzeby kina oraz poprowadzeniu niezwykle lekką, acz pewną i stabilną ręką aktorskiego zespołu.

Mimo iż zachowanie bohaterów jest właściwie czystą definicją sinusoidy, a fabuła bywa często uroczym pretekstem do kolejnych zabawnych starć na linii Grant-Dunne, którzy przerzucają się ciętymi ripostami w sposób godny mistrzów boksu (albo przynajmniej uczestników konkursu literowania na czas), to McCarey przez całe dziewięćdziesiąt minut projekcji zgrabnie panuje nad materiałem, nie dając mu zamienić się w nieznośny chaos, na którym trudno byłoby wysiedzieć. Zresztą celność oraz timing poszczególnych dowcipów mają w sobie iście niemiecką precyzję, bez jednoczesnego popadania w mechaniczną sztuczność, fabryczną niezgrabność czy dodatkowy, poza tym małżeńskim, fałsz.

Jest to tym bardziej godne podziwu, jeśli weźmiemy pod uwagę, że scenariusz Sidneya Buchmana i Viñy Delmar był ponoć bardzo ogólnikowy, miejscami wręcz nieistniejący w pełnym tego słowa znaczeniu i uzupełniany na gorąco w trakcie zdjęć. Na planie panowała swobodna atmosfera pod względem wyuczonych kwestii oraz wyćwiczonych scen i całość bezustannie oparta była na licznych improwizacjach, których większość ostała się w filmie. Niewiedzący, czego się spodziewać, aktorzy musieli zatem cały czas pozostawać w roli i mieć się na baczności – stąd wiele ich reakcji wypada przed kamerą tak naturalnie, a relacje pomiędzy postaciami są de facto szczerze gołe (i wesołe). Zresztą taki właśnie cel przyświecał narodzinom comedy of remarriage, która w targanej restrykcjami cenzury i wielkim kryzysem purytańskiej Ameryce pozwalała filmowcom na nieco więcej swobody względem ukazania romansów i spraw damsko-męskich. Acz i tu, rzecz jasna, większość z nich ukryta jest pod szeroko pojętym bezpiecznym płaszczykiem savoir-vivre’u tamtych czasów.

I dlatego między innymi Naga prawda działa nadal, pomimo bezlitosnego upływu czasu (a minęło już wszak ponad 70 wiosen od premiery!). Za wyjątkiem wszechobecnej czerni i bieli, archaicznego formatu obrazu i jego wyraźnie teatralnego sznytu oraz paru kulturowo-społecznych drobiazgów, które wprawić mogą kolejne pokolenia w zachwyt i/lub przyprawić o ból głowy, jest to film, który zwyczajnie nie m(i)a(ł) szans się zestarzeć. Mało tego! Zważywszy że cała pikanteria zawiera się w dialogach, licznych aluzjach oraz tym, co niedopowiedziane słowem bądź obrazem, jest to dzieło nie tylko ponadczasowe, które w najgorszym razie stanie się kronikalnym zapisem zwyczajów naszej cywilizacji, ale też diablo inteligentne. A co za tym idzie: do wielokrotnego smakowania, wgłębiania się w niuanse, delektowania się mniejszymi i większymi smaczkami.

Tym bardziej dziwić może, że Grant początkowo chciał się wręcz wykupić z udziału w projekcie, gdyż uważał, że historia przedstawiona w Nagiej prawdzie nie działa jak trzeba, a on sam nie czuje się w niej swobodnie. A tymczasem nie dość, że film wypalił z hukiem (i to głównie dlatego, że chemia pomiędzy Grantem a Dunne jest tak namacalna), to jeszcze właśnie tutaj aktor stworzył swój charakterystyczny, na stałe definiujący go ekranowy wizerunek oraz uwielbiany przez widzów sposób bycia, który od tego momentu uskuteczniał będzie w każdej kolejnej swojej produkcji – w tym także w późniejszej o trzy lata i również przynależnej do tej odmiany screwball comedy Filadelfijskiej opowieści. A także w innych dziełach McCareya, z którym to nakręcił jeszcze: Pewnego razu podczas miodowego miesiąca i wspaniały, już bardziej serio Niezapomniany romans, czyli remake Ukochanego tegoż reżysera, gdzie też zagrała Dunne, która z kolei z Grantem wystąpiła także w napisanej i wyprodukowanej przez McCareya Mojej najmilszej żonie oraz w Ich dziecku aka Penny Serenade. W tej wyliczance nie można zapomnieć też o Bellamym, który z Grantem spotkał się znów na planie Dziewczyny Piętaszek w bardzo podobnej roli.

Wisienką na torcie tychże kolaboracji, jak i całej Nagiej prawdy, pozostaje z kolei uroczy, acz lubiący ponoć dosłownie dogryzać obsadzie terrier o jakże nobliwym imieniu Pan Smith, czyli psia gwiazda Asta, który rok później dzielił z Grantem ekran w słynnym Drapieżnym maleństwie. To, co on tu wyprawia, to głowa mała. Niech zatem jego występ będzie ostatecznym argumentem za tym, że warto ten tytuł dodać do ulubionych. Taka kudłata prawda. Hau!

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA