Recenzje
KOPALNIE KRÓLA SALOMONA. Film, który sprawia wrażenie parodii (i to niezamierzonej)
Mimo wszystkich ich wad i wyraźnie parodystycznego wydźwięku (szczerze nie wiem, czy świadomego), nie potrafię potępić tego filmu.
Autorem tekstu jest Piotr Żymełka.
Po ogromnym sukcesie „Poszukiwaczy zaginionej Arki” oraz jego prequela zaroiło się od filmów, których twórcy próbowali uszczknąć nieco tego przygodowego tortu dla siebie. W większości przypadków powstałe tytuły pozostawiały sporo do życzenia i już w momencie premiery stanowiły jedynie blade odbicie perypetii Indiany Jonesa. Producent Menahem Golan również postanowił ogrzać się w blasku tryumfu Spielberga i zekranizował klasyczną powieść awanturniczą H. Ridger Haggarda „Kopalnie króla Salomona”, opublikowaną po raz pierwszy w 1885 roku i otwierającą cykl o afrykańskich przygodach awanturnika Allana Quatermaina.
Powstał film wypełniony pościgami, bijatykami, wybuchami i latającymi wszędzie pociskami, spiętymi klamrą poszukiwania legendarnych kopalni króla Salomona. Tytuł ma bardzo dobrze utrzymane tempo, niezłych antagonistów (niemieccy żołnierze z okresu I wojny światowej i handlujący niewolnikami Turek). Jednak wszystko jest tu o klasę gorsze niż w cyklu o Indym. Dodatkowo, całość sprawia wrażenie parodii i to raczej niezamierzonej. Wielu pomysłów scenarzystów po prostu nie da się brać na poważnie – na przykład sceny, w której członkowie afrykańskiego plemienia wtrącają bohaterów do wielkiego gara, by ich następnie ugotować.
Główną rolę zaproponowano Richardowi Chamberlainowi, kojarzonemu zarówno z kina (najlepszej adaptacji Dumasa, czyli „Trzech muszkieterów” i jego dwóch sequeli, „Płonący wieżowiec”), jak i z małego ekranu („Szogun”, „Ptaki ciernistych krzewów”, „Tożsamość Bourne’a”). Ten zgodził się przyjąć ofertę, ale wprowadzono go w błąd – producenci obiecywali, że będą kręcić wysokobudżetową przygodówkę, pełną wystawnych sekwencji akcji i pomysłowych gagów. Niestety aktor nie bardzo nadaje się na charyzmatycznego awanturnika, okładającego przeciwników pięścią i rzucającego przy tym one-linery.
W trakcie realizacji okazało się, że pieniędzy brakowało nawet na zatrudnienie kaskaderów i aktorzy musieli wykonywać część ich pracy. Ponadto J. Lee Thompson, utytułowany reżyser („Działa Navarony”, „Przylądek strachu”), będący już wtedy leciwym siedemdziesięciolatkiem, nie do końca panował nad skomplikowaną, kręconą w sercu Czarnego Lądu produkcją. Mimo wszystko, udało się zgromadzić na planie całkiem niezłą obsadę. Poza wspominanym Chamberlainem, możemy na ekranie zobaczyć Sharon Stone, która na sławę musiała jeszcze kilka lat poczekać, Johna Rhysa-Daviesa (znanego z trylogii „Władcy pierścieni” oraz z roli przyjaciela Indy’ego, Sallaha), czy Herberta Loma, pamiętnego inspektora Dreyfusa z cyklu Różowej Pantery. Nie sposób nie wspomnieć za to o najmocniejszej stronie filmu, czyli fantastycznej ścieżce dźwiękowej Jerry’ego Goldsmitha z kapitalnym motywem przewodnim.
„Kopalnie króla Salomona” z 1985 roku nie są jedyną ekranizacją powieści Haggarda. Pierwsza pojawiła się już w epoce kina niemego, a sama postać Allana Quatermaina na stałe zagościła w popkulturze (chociażby w komiksie Alana Moore’a „Liga niezwykłych dżentelmenów” i jego ekranizacji, gdzie w awanturnika wcielił się Sean Connery). Trudno nawet mówić w tym przypadku o adaptacji tekstu literackiego, ponieważ poza kilkoma pomysłami fabularnymi, film nie ma w zasadzie nic wspólnego z oryginałem. Twórcy znacznie bardziej inspirowali się Indianą Jonesem niż książką, a główny bohater to wręcz alter ego Indy’ego, również noszący kapelusz i posługujący się nietypową bronią (tu specjalną dwururką).
Aby ograniczyć koszty, tytuł realizowano równolegle z sequelem „Allan Quatermain i zaginione miasto złota”. Ale o ile pierwsza część ma pewne walory rozrywkowe, chociażby jako komedia, o tyle kontynuacja jest filmem złym na każdym poziomie i należy jej unikać. Jeśli natomiast chodzi o „Kopalnie króla Salomona”, to mimo wszystkich ich wad i wyraźnie parodystycznego wydźwięku (szczerze nie wiem, czy świadomego), nie potrafię potępić tego filmu. Daje on bowiem całkiem sporo frajdy.
