search
REKLAMA
Recenzje

HURA. WCIĄŻ ŻYJEMY! Kolaż czasów niepewnych

Hura. Wciąż żyjemy! to fascynujący eksperyment filmowy, w którym na próżno szukać typowej filmowej struktury.

Tekst gościnny

20 października 2021

REKLAMA

Od kilku lat można zaobserwować w młodym polskim kinie nurt niepokoju i buntu, związany z niepewnymi nastrojami społeczno-politycznymi, które swój upust znajdują w filmach. Wspomnieć można takie tytuły jak Wieża. Jasny dzień (2017) Jagody Szelc, Sala Samobójców. Hejter (2020) Jana Komasy czy krótki metraż Aleksandry Terpińskiej Najpiękniejsze fajerwerki ever (2017). Filmy te realizują wizję dystopijnej rzeczywistości na granicy końca świata czy końca pewnej ery. Hejter  i Najpiękniejsze fajerwerki ever odnoszą się do wydarzeń politycznych protestów czy widma wojny. Jagoda Szelc natomiast realizuje scenariusze końca doświadczanego bardziej metafizycznie niż militarnie. Nietrudno się dziwić takim nastrojom młodych ludzi, którym ponownie przyszło żyć w (nie)ciekawych czasach. Nie doświadcza ich jednak przemoc jasno postawionej opozycji, niezgoda i brak spójności istnieje także po drugiej stronie, a wizje końca powracają jak demony przeszłości kraju doświadczonego wojną, reżimem, odebraniem wolności.

W podobnych nastrojach rysuje się debiut pełnometrażowy Agnieszki Polskiej pod tytułem Hura. Wciąż żyjemy! (2020). Barwny, enigmatyczny filmowy kolaż fabularny w reżyserii artystki na pierwszy rzut oka przysparza niemałe problemy interpretacyjne. Narracja jest nielinearna, wiele wątków pozostaje bez odpowiedzi, a finał zostawia po sobie burzę emocji i pytań. Ale należałoby zacząć od początku. Film opowiada o grupie aktorów żyjących w komunie we wspólnym mieszkaniu. Każdy z nich jest wyjątkowym aktorem, walczącym o względy tajemniczego Reżysera – hegemona, którego nie widać, a o którym tylko się mówi. Bohaterowie równocześnie konkurują ze sobą, ale i nie mogą bez siebie funkcjonować. Zamknięci w mieszkaniu, unikający dziejących się na mieście manifestacji i protestów, skazani są na siebie i swoje toksyczne towarzystwo.

To bardzo ogólny opis tego, co ma miejsce w filmie. Akcja jest składana chaotycznie, przypomina kolaż wydarzeń, emocji i performansów. Znakomite zdjęcia Michała Dymka, kolorowe światła i cienie tworzą dynamiczną mozaikę dramatu rozgrywającego się między młodymi intelektualistami pozostawionymi samym sobie bez kontroli Reżysera, biegającymi w chaosie, nie mogąc ustalić między sobą nowej dynamiki władzy. Reżyser jednak jest Godotem dzieła, mimo że sztuka, a raczej scenariusz, którym mają zająć się młodzi aktorzy, jest zupełnie o czym innym.

Najważniejszym kontekstem do rozszyfrowania tej arthousowej kompozycji filmowej jest jednak niemiecki reżyser Rainer Werner Fassbinder i jego ostatnie godziny życia. Fassbinder był wyrazistym, charyzmatycznym, ale i przemocowym objawieniem kina niemieckiego lat 70. i początku 80. Współpracował z konkretną grupą aktorów, z którymi często łączyły go związki prywatne, co miało swoje przełożenie na dynamikę jego twórczości. Agnieszka Polska w swoim projekcie odwzorować chciała styl reżysera, by opowiedzieć o jego ostatnich chwilach nie poprzez postać twórcy, ale jego współpracowników. Stąd niemieckie imiona, nieco teatralna gra aktorska, przerysowane dialogi i określona dynamika zdjęć oraz montażu. Scenariusz, którym mają się zająć, także nie jest przypadkowy – podczas tworzenia notatek do filmu Rosa L., historii Róży Luksemburg, Fassbinder zmarł. Wszystkie te nawiązania mogą być jednak nieczytelne dla widza niezaznajomionego z biografią niemieckiego artysty.

Widz pozostawiony jest więc z bogatym w formie i enigmatycznym w treści dziełem eksperymentalnym, które mimo wszystko wpisuje się w linię filmów odbijających stan naszego kraju. Opowieść o Fassbinderze prowadzona jest na tyle ogólnikowo, że podświadomie dokładamy do filmu inne interpretacje. Najciekawszą z nich jest ta o dynamice władzy. Młodzi intelektualiści ukrywają się przed kowbojską policją, podczas gdy na ulicach szaleją protesty. Reżyser jakby zniknął, a do jego pokoju wstępu nie ma. Można by pomyśleć, że komuna działa jak opozycyjne podziemie, które jednak nie ma wielkiej mocy sprawczej i jedyne, co im pozostaje, to artystyczna prostytucja i przeintelektualizowane monologi. Buduje to niepochlebny obraz młodych Polaków, artystów, którzy bez odpowiedniego kierunkowskazu nie są w stanie się zorganizować. Nie wiem, czy o taki komentarz polityczny chodziło Polskiej, aczkolwiek interpretacja taka jest pokusą, której trudno się oprzeć.

Hura. Wciąż żyjemy! to fascynujący eksperyment filmowy, w którym na próżno szukać typowej filmowej struktury. Przepełniony znaczeniami tribute dla Fassbindera może stać się także mikrodiagnozą polskiej inteligencji, a także wyjątkowym doświadczeniem audiowizualnym, ponieważ nadmienić należy, że wobec sfery dźwiękowej nie można przejść obojętnie, i przyznać trzeba, że remix utworu Chopina w finale robi wrażenie. Film ten z pewnością przeznaczony jest dla określonej grupy odbiorców, bardziej zainteresowanych przeżyciem kinowym niż fabułą, niemniej jednak jest ciekawym tytułem swojego sezonu.

Autorką tekstu jest Karolina Paluch.

REKLAMA