Recenzje

BERLINALE 2019: Ghost Town Anthology, reż. Denis Côté

Ambitne kino grozy, w którym najważniejsze są tajemnica i strach, jaki wywołuje to, co niezrozumiałe.

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

BERLINALE 2019: Ghost Town Anthology, reż. Denis Côté

Denis Côté, jeden z czołowych twórców współczesnego kina eksperymentalnego, powraca z nowym filmem. Autor takich dzieł jak Vic i Flo zobaczyły niedźwiedzia czy Curling przez lata wypracował nieprzewidywalny styl, którego wyróżnikami są przesycający jego filmy podskórny niepokój, dyskretna dziwaczność i nieprzewidywalność świata przedstawionego. Jego najnowsza produkcja nosi tytuł Ghost Town Anthology. Dwuznaczny tytuł, sugerujący co najmniej kilka możliwych kierunków, w których film może się rozwijać, jest być może mało efektowny (by nie rzec banalny), ale skutecznie wprowadza perspektywę odbioru dzieła, Côté chce bowiem byśmy nie byli pewni tego, co się dzieje, dlaczego i w jakim kierunku rozwinie się historia. O czym opowiada w swoim nowym filmie, czy jest to osadzona w społecznych realiach historia o ludziach, czy też może wprowadzający wątki nadprzyrodzone horror? Odpowiedź na te pytania jest złożona.

Ghost Town Anthology zaczyna się mocnym uderzeniem. Dosłownie – w otwierającej film scenie pędzące przez zaśnieżoną prowincję auto zjeżdża z drogi i uderza z hukiem w betonowe bloki. Côté otwiera swój film jednak nie tyle trzęsieniem ziemi, ile znakiem zapytania – na miejscu wypadku pojawia się czwórka dziwnie przebranych dzieci, a sama sytuacja wydaje się wręcz surrealistyczna, rodząca pytanie o to, co faktycznie zaszło. Kanadyjski reżyser nie spieszy się z wyjaśnieniem, zamiast tego dokłada do pierwszego pytania szereg kolejnych. Po prologu właściwa akcja rozpoczyna się zbiorową stypą po chłopaku, który zginął w oglądanym wcześniej samochodzie. Na uroczystości są właściwie wszyscy mieszkańcy tytułowego miasteczka, Irénée-les-Neiges, liczącego niewiele powyżej dwustu mieszkańców. Początek filmu to praktycznie jedyny moment, w którym widzimy tę mikrospołeczność zgromadzoną razem – przez zdecydowaną większość czasu oglądamy bohaterów oddzielnie, a ich miejscowość faktycznie wygląda jak miasto duchów – opustoszałe ulice wypełniają śnieg oraz wiatr, a porzucone domy wydają się martwe.

Zgodnie z pojawiającą się w tytule konwencją antologii Côté opowiada kilka nakładających się historii – zmagającej się z tragedią rodziny zmarłego w wypadku chłopaka, wyobcowanej neurotyczki, zgryźliwego starszego małżeństwa, właścicieli baru i pragmatycznej pani burmistrz. Każde z nich na swój sposób doświadcza zachwiania się fundamentów otaczającego ich świata, który zaczyna się powoli stawać coraz bardziej obcy i niepokojący. Narastaniu napięcia sprzyja sceneria: w Irénée-les-Neiges wszyscy znają się przynajmniej z widzenia, wszyscy mają swoje miejsce, a pojawienie się kogoś z zewnątrz automatycznie przykuwa uwagę. W tym marazmie śmierć młodego Simona urasta do rangi kataklizmu, który wstrząsa małą społecznością. Jednak po uroczystości pogrzebowej, wbrew regułom, nie następuje stopniowy powrót do normalności. Irénée-les-Neiges zaczyna nawiedzać niepokojąca obecność czegoś Obcego – raz po raz pojawiają się milczący nieznajomi, w opuszczonych domach słychać kroki. Pierwsi wyczuwają to ci, którzy wydają się najsłabsi, a więc bliscy zmarłego i nadwyrężeni psychicznie, jednak to, co zaczyna się dziać w Irénée-les-Neiges, wydaje się nie być jedynie ich paranoją – wkrótce wszyscy będą musieli przyznać, że w ospałe miasteczko wkrada się coś nadzwyczajnego.

Chętnie dziś mówi się i pisze o posthorrorze, czyli dekonstruowaniu kina grozy i przewracaniu sposobu jego odbioru. W gronie tego typu filmów dzieło Denisa Côté może uchodzić za dalece radykalne i esencjonalne dla tej praktyki. Kanadyjczyk tworzy historię wokół klasycznego motywu małomiasteczkowego spokoju zakłócanego przez domniemane zjawiska paranormalne, odziera jednak Ghost Town Anthology z większości specyficznych dla horroru środków stylistycznych, pozostawiając surową, nieoprawioną praktycznie w żadne ozdobniki grozę. W jego filmie strach wywołuje samo „coś”, co dzieje się w tytułowym miasteczku, przełamujące sugerowaną przez zawiązanie akcji zwyczajną opowieść o zmaganiu się ze śmiercią i wyobcowaniem. Efekt jest naprawdę znakomity – dzięki jedynie zaznaczeniu obecności czegoś nieznanego lub pojawienia się tajemniczej, nieruchomej postaci Côté trzyma widza w napięciu i straszy nawet nie groźbą ewentualnego działania zjaw, a samym istnieniem Nieznanego. Sięgając po znane motywy, takie jak wpływ traumy na percepcję czy makabryczną historię z przeszłości, twórca wtapia je w senną atmosferę miejsca akcji, które samo zaczyna zdawać się nie z tego świata. Côté przywołuje więc esencję kina grozy – tajemnicę i narastającą paranoidalność, obudowując je skrajnie nieefektowną formą minimalistycznego dramatu. Autor sugeruje w ten sposób, że w tajemnicy zawsze jest strach, a w strachu zawsze chodzi o spotkanie z nieznanym, wymykającym się racjonalnej logice.

Tak samo jak w tytułowym mieście, coś nieuchwytnego na pierwszy rzut oka czai się także w Ghost Town Anthology. Groza nienazwanej obecności zdaje się oddawać paranoiczną perspektywę wyizolowanej ze społeczeństwa grupki, hermetycznie zamkniętej w swoim małym świecie. Równocześnie napierająca na bohaterów mistyczna siła wydaje się tak normalna, podobna do realności, jak to tylko możliwe. Côté zdaje się stawiać znak równości między mieszkańcami Irénée-les-Neiges  a domniemanymi duchami, a oglądając film, zaczynamy się zastanawiać, czy czasem to nie nasi bohaterowie są w istocie jedynie cieniami żywych istot, zamieszkującymi niewyszukany rodzaj zaświatów. Tajemnicza obecność może być jedynie wytworem zbiorowego śnienia pogrążonych w marazmie mieszkańców, którzy pozostając w opustoszałym, pozbawionym perspektyw rozwoju mieście, coraz mniej mają wspólnego ze światem żywych, a coraz więcej z umierającą przeszłością. W ten nietypowy sposób Ghost Town Anthology staje się opowieścią o umierającej prowincji, coraz bardziej odległej od reszty świata, która skazuje ją na zapomnienie i powolny rozpad.

Côté umiejętnie łączy w ten sposób grozę, psychologizm i neorealistyczną fakturę.

Film Denisa Côté nakręcony został na taśmie 16 mm, co daje dość niesamowity efekt. Historia z pogranicza neurotycznych majaczeń, świata żywych i zaświatów przedstawiona w sposób przywodzący na myśl wyciągnięte z archiwum materiały. Ziarnistość obrazu i praca kamery unikająca widoku pojawiających się w mieście nieznajomych oddają wrażenie stopniowego przenikania rzeczywistości przez coś niesamowitego. Kojarząca się z zapisami dokumentalnymi czy amatorskimi forma wzmacnia też wątek łączący opowieść o konfrontacji realności i zjaw z kontekstem społecznym wymierających prowincjonalnych miasteczek, pozbawionych przyszłości przez makroekonomiczne procesy. Pytanie, kto jest duchem i co nawiedza miasto, okazuje się więc pytaniem o drugim, a nawet trzecim dnie. Niepokój napędzający grozę w Ghost Town Anthology wyrasta zarówno na gruncie nerwowego napięcia, jak i pragmatycznej walki o przetrwanie, budując zniuansowaną tkankę egzystencjalnego drżenia. Côté umiejętnie łączy w ten sposób grozę, psychologizm i neorealistyczną fakturę, tworząc oryginalne, wyjątkowe dzieło.

Ghost Town Anthology to kino zagadkowe, wymykające się prostej interpretacji i wymagające poddania się zwodniczej, dyskretnie przerażającej i angażującej intelektualnie formule. Centrum filmu jest i nie przestaje być nawet w kulminacji tajemnicą, której reżyser nie ma zamiaru rozwiązywać, zamiast tego pozostawia widzom układankę do samodzielnego zbudowania sensu. Paradoksalnie jest to więc film hermetyczny pod względem stylu, który okazuje się niesamowicie otwarty, jeśli chodzi o jego odbiór. Tym samym Denis Côté osiągnął artystyczny sukces, tworząc film niebanalny, przewrotny i wysublimowany. Ghost Town Anthology zarówno straszy, jak i wymaga myślenia, niezauważalnie splatając różnorodne konteksty i wątki – robi więc to, co jest wyznacznikiem nie tylko dobrego kina grozy, ale i dobrego kina w ogóle.

Ostatnio dodane