search
REKLAMA
Felietony

Jak zapamiętam VANGELISA, czyli dlaczego MUZYKA w filmie jest tak cholernie WAŻNA

Lubicie muzykę Vangelisa?

Jakub Piwoński

26 maja 2022

REKLAMA

W takich chwilach zawsze cisną mi się na usta słowa księdza Jana Twardowskiego, czyli wyświechtane, acz trafne „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. W przypadku gdy do czynienia mamy jednak z żegnaniem artysty, krzewiciela kultury, filmowego twórcy, ten pośpiech nie jest już tak wskazany. Dlaczego? Bo ludzie odchodzą, ale sztuka pozostaje i jest ona ponadczasowa.

Niedawno pożegnaliśmy Vangelisa, wybitnego kompozytora muzyki filmowej. Jest to rzecz jasna wiadomość dogłębnie smutna, ponieważ dociera do nas, że nie otrzymamy już od niego niczego nowego. Natomiast pocieszę was, bo jak wspomniałem, mamy tu do czynienia z bogatym, żywym, silnie oddziałującym na nas dziedzictwem, z którego możemy korzystać do woli. Od kilku dni zasłuchuję się w jego muzyce, co popchnęło mnie do podzielenia się następującymi przemyśleniami.

Tym mniej zorientowanym przypomnę, dla jasności, kim ów Vangelis był. Właściwie nazywał się Ewangelos Odiseas Papatanasiu. Był Grekiem, urodził się w 1943 roku w Wolos. Tworzył muzykę elektroniczną z naciskiem na wykorzystanie instrumentów. W latach sześćdziesiątych założył i działał w zespole Forminx, a później Aphrodite’s Child. W pewnym momencie swej kariery zbratał się ze sztuką filmową, tworząc niezapomniane ścieżki dźwiękowe do takich filmów jak Łowca androidów, 1492: Wyprawa do raju, Rydwany ognia. Za kompozycję muzyczną do tego ostatniego filmu otrzymał statuetkę Oscara.

Ponoć był genialnym dzieckiem, od najmłodszych lat żywo zainteresowanym muzyką. Od czwartego roku życia ćwiczył granie na instrumentach, a w wieku sześciu lat przeprowadził swój pierwszy publicznych występ. Co ciekawe, do końca pozostał samoukiem. Nigdy nie zdobył oficjalnego wykształcenia w dziedzinie wykorzystania potencjału instrumentów, na których się zagrywał. To zatem kolejny dowód na to, że jeśli czegoś chcemy, coś czujemy i mamy do tego czegoś silne przekonanie, zawsze znajdziemy drogę do podzielenia się tym ze światem.

Muzyka Vangelisa była i jest dla mnie niezwykle ważna. Lubię ambitną elektronikę, a ta od Vangelisa jest osobliwego rodzaju. Gdy jej słucham, niejako odrywam się od ziemi. Urzeka mnie jej głębia. Urzeka mnie zaoferowana możliwość przeniesienia się dzięki melodiom do innego świata. Ta podróż trwa czasem tylko kilka minut, ale jest zawsze bardzo intensywna. Jakby nierealna, jakby wyjęta ze snu, a jednak posiadająca kształt za sprawą umiejętnie dobranych dźwięków. Magia.

Muzyka zmienia wiele

Słuchając Vangelisa, doszedłem do wniosku, jak istotną rolę w odbiorze dzieła filmowego pełni tło muzyczne. Chciałem zatem wykorzystać odejście tego wybitnego artysty do ponownego zwrócenie uwagi na fakt, iż film jest utworem wieloautorskim. Do tego, aby jego przekaz trafił w nasze serce, potrzebne jest współistnienie i współgranie wielu aspektów natury technicznej, literackiej, aktorskiej. Natomiast warte podkreślenia jest, że muzyka filmowa jest w tym układzie czymś, co nierzadko w naszym odbiorze spychane jest na dalszy plan (bo najpierw skupiamy się na tym, co widzimy, a dopiero potem na tym, co słyszymy), przy jednoczesnym pełnieniu kluczowej dla percepcji funkcji.

Posłużmy się wymienionymi wcześniej przykładami trzech filmów. Każdy z nich jest na swój sposób wyjątkowy, opiera się na świetnych, porywających scenariuszach. Posiada wybitne kreacje aktorskie. Perfekcyjnie poprowadzone zostały w nim zdjęcia i inne aspekty realizatorskie. Natomiast chciałbym, żebyście na moment zamknęli oczy i wyobrazili sobie swoje ulubione ujęcia z tych filmów, np. stojącego na statku Krzysztofa Kolumba z Wyprawy do raju, biegnących po bieżni bohaterów Rydwanów ognia czy też otwierającą sekwencję Łowcy androidów, ukazującą dystopijne Los Angeles.

Widzicie już te sceny? To teraz zachęcam was do tego, by WYŁĄCZYĆ w nich muzykę. Wyobraźcie sobie, że słyszcie w nich powiew wiatru, skandujący tłum, lub po prostu neutralne, dźwiękowe tło, kreślące miejski tumult. Jaki wówczas byłby wasz odbiór tych scen? Czy nie jest przypadkiem tak, że to muzyka nadaje tym scenom znaczenia? Ja nie mam w tym wypadku żadnych wątpliwości.

Zmierzam do tego, że historia kina zna takie przypadki, w których muzyka filmowa odgrywa kluczową, jeśli nie nadrzędną rolę w budowaniu unikatowej atmosfery danego widowiska. Nadaje obrazowi smaku, napełnia go głębią. Jestem wielkim fanem filmu Łowca androidów, co pewnie dobrze wiecie, jeśli regularnie czytacie moje teksty na film.org.pl. Właśnie teraz, w momencie odejścia Vangelisa, uświadomiłem sobie coś, co chyba wiedziałem od lat, ale nigdy nie potrafiłem tego nazwać. Że gdyby nie pierwszorzędna robota Vangelisa, to film Ridleya Scotta nie byłby tak cholernie klimatyczny.

Długo myślałem, jakim akcentem muzycznym zakończyć ten felieton. Od moich słów chyba lepiej zadziała przykład autentycznej twórczości Vangelisa. Wybrałem jednak pozycję iście adekwatną, bo pojawiającą się w napisach końcowych Łowcy androidów. To ten moment filmu, w którym już nic nie widzimy. Ale dzięki temu, że wciąż coś słyszymy, nadal jesteśmy w tym świecie. Co więcej, mam wrażenie, że dopiero w tym momencie, słysząc te dźwięki, zaczyna do nas docierać sens utworu, z którym właśnie zakończyliśmy przygodę.

Tylko nieliczni kompozytorzy zdołali taktami swojej muzyki unieść się ponad dzieło, do którego tworzyli muzyczną ilustrację. Należy do nich Vangelis.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA