Felietony

DLACZEGO ONI JEDZĄ POWIETRZE? O posiłkach filmowych bohaterów

Autor: Berenika Kochan
opublikowano

Kiedy myślę o tych słowach, jem obiad. Znakomicie się złożyło, schabowego, ziemniaki i surówkę z kapusty. Jem jak statystyczny obywatel Zachodu, przy pomocy noża i widelca. Nożem odkrawam kawałki nieporządnie rozbitego, stąd miejscami zwiotczałego mięsa, widelcem pakuję do ust maślane tłuczone kartofle. Widzicie, jak jem? Na ekranie takiej prawdy nie uświadczysz.

Wiadomo, nie wszystkie filmowe potrawy będą tak cudownie chrupiące i skwierczące, winne i aromatyczne jak z kuchni mistrza Chu w Jedz, pij, mężczyzno, kobieto Anga Lee. Jedzenie stanowiło li tylko dodatek do fabuły, jednak jako elementu gromadzącego rodzinę przy stole – nie sposób było rozmaitości potraw nie zauważyć. Niestety większość twórców traktuje jedzenie w filmie zupełnie po macoszemu.

“Czy polubisz moją breję?”*

Na obiad podają brunatne papki. Jak najbardziej neutralne – po to, by widz skupił uwagę na treści filmu, nie talerza. Chyba że historia (jak Szef z Jonem Favreau, Ugotowany z Bradleyem Cooperem czy Jiro śni o sushi) jest typowo kulinarna – wtedy potrawy ukazywane są w ujęciach “Instagram ready”. Na flat layu (perspektywy na płaską powierzchnię) skwierczy boczek, wprawna ręka kroi zielonego ogórka w idealnie równe, jak z konkurencji Masterchefa, kostki. Jeśli natomiast film nie dotyczy jedzenia, równie dobrze mogłoby go w nim nie być. A musimy jeść wszyscy.

Tłuczone ziemniaki udają lody (prawdziwe zbyt szybko by się stopiły), cola gra rolę mocnego alkoholu. Bohaterowie jedzą jak anorektycy, którzy chcąc odwrócić uwagę od tego, ile zjedli, namiętnie grzebią sztućcem w talerzu, układając glutowe pejzaże. Ba! Niekiedy mam wrażenie, że słyszę głuchy brzęk widelca o dno talerza, jakby substancja znajdująca się w nim była tak mikra, że aż niedająca nabić się na widełki. Następnie – hops! szybko, może oko kamery nie zauważy – powietrze do buzi, można mówić dalej. Rozmowa połączona z gestykulacją sztućcami, założone ręce, rozgrzebane jedzenie, odsunięty talerz… Wywołuje wrażenie “najadłem się ćwiercią porcji dla normalnego człowieka”, autentyczne jak herbata w Klanie.

Wiaderko do spluwania

Przypomniałam sobie o tym, oglądając Boogie Nights. Eddie Adams jadł śniadanie pod czujnym spojrzeniem matki, a ja dziwiłam się, dlaczego na jego nieporadne szuranie widelcem w talerzu i ona nie przewraca oczami. Z drugiej strony, mogę się założyć, Wahlberg na planie z pewnością nie był głodny. Naczytałam się o początkujących aktorach-chojrakach, zacierających ręce na sceny, w których będą mogli coś zjeść. Po kilkunastym ujęciu ich twarze zielenieją, a w ruch idzie wiadro – oby tylko! – do spluwania. Często jedzenie podawane przed kamerą jest prawdziwe, zamówione z cateringu. Co pewien czas podgrzewane, by było znośniejsze w konsumpcji.

Chcąc przed kamerą wypaść wiarygodnie, aktorzy powinni je jeść. W środowisku znana jest anegdota z planu Wilka z Wall Street, o potyczkach Jonah Hilla i Leonarda DiCaprio. Odtwórca roli Donniego Azoffa raz po raz umyślnie psuł scenę, w której Leo zjada ostatnią porcję sushi. Po setnym powtórzeniu biedny (nie)laureat nagrody akademii pochorował się i pewnie przez długi czas nie tknął ryżowych zawijańców. Statystyczna scena, nawet i bez złośliwej ingerencji aktorów, może powtarzać się kilkanaście do kilkudziesięciu razy. Aktorzy z jedzeniem radzą sobie na kilka sposobów. Spluwają po każdym ujęciu do wyżej wspomnianego wiaderka. Stosują metodę na ptaszka, jedząc mikroskopijne kęsy, by nie przejeść się w trakcie kręcenia sceny. Sprytnie omijają konieczność włożenia widelca do ust – cięcie następuje ze sztućcem uniesionym jedynie do połowy. Nie jedzą, bo mogliby naruszyć makijaż, mielą powietrze, zręcznie bawią się przy stole.

Jedzcie, jak je się naprawdę

Efekt finalny takiej ekranowej żonglerki przyprawia mnie o frustrację. Antropolog we mnie lubi ludziom zaglądać do talerzy, a gdy niczego nie dostrzega, przerywa odbiór historii. Bo… Jak to? Co oni właściwie jedzą? W irytacji nie jestem osamotniona – w sieci znalazłam antidotum na udawaną konsumpcję na ekranie. Pewien zdenerwowany internauta polecił mi sitcom Mike i Molly – pod koniec każdego odcinka tytułowa para spożywa razem posiłek. Zauważalne, prawdziwe, kolorowe jedzenie, autentycznie wkładane do ust i przeżuwane. Szkoda tylko, że historia ot, dobra tylko na odstresowanie.

Moim skromnym zdaniem zwolennika filmowego naturalizmu bohaterowie powinni pozwolić sobie na resztki jedzenia między zębami – byle nie ten oklepany szpinak, klasyk pseudohumoru amerykańskich komedii lat 90. – a nawet wymykające się tu i ówdzie ciamknięcia. Sceny, w których frytka wypada z talerza, automatycznie trafiają do kategorii “bloopers”, podczas gdy pewna jestem, że niejeden z nas zbierał kotlet z podłogi.

Jedzcie, jak Adele z życia Adeli spaghetti, jak Liz Gilbert w Jedz, módl się, kochaj pizzę, jak Bridget Jones jedzenie śmieciowe,  jak Ciasteczkowy Potwór ciastka.

Wróć, Ciasteczkowy Potwór to bardzo stresogenna postać. Zajadał ze smakiem, jednak… połowa wypieku zazwyczaj wypadała mu z kudłatej buzi. Dla przedszkolaka takie marnotrawstwo słodyczy to rzecz niewybaczalna.

* Tytuł książki dla dzieci autorstwa Mo Willems.

Ostatnio dodane