Publicystyka filmowa
Śmiertelnie GŁUPIE filmowe ZGONY
Odkryj ŚMIERTELNIE GŁUPIE filmowe ZGONY, które zaskakują nie tylko fabułą, ale i absurdalnością. Gdzie humor spotyka tragizm!
Były już na naszych łamach filmowe morderstwa i samobójstwa oraz zaskakujące, śmieszne i piękne śmierci bohaterów.
Czasem zdarzają się jednak odejścia zwyczajnie głupie, a przyczyn takiego stanu rzeczy można szukać zarówno w realizacji, jak i wydźwięku danej sceny. Część z nich to kwestia interpretacji, z kolei inne zasługują po prostu na filmowe Nagrody Darwina. Zwłoki prezentujemy alfabetycznie. Uwaga na ogromne spoilery!
Frank (28 dni później)
Nasz pierwszy truposz to chłop całkiem potężny, ale sympatyczny.
To człowiek doświadczony przez życie i potrafiący pomóc innym w potrzebie. Frank to (były?) policjant, któremu udało się przetrwać wybuch epidemii i ochronić przed jej skutkami nastoletnią córkę. Frank to bohater, którego lubimy i któremu życzymy jak najlepiej. I jak ginie Frank? Zarażony, a następnie zastrzelony na oczach swej latorośli, bo chwilę wcześniej jego oko zupełnie przypadkowo posłużyło za probówkę. I choć w następstwie dalszych wydarzeń widać wyraźnie, że Frank i tak był postacią do poświęcenia, to jednak jego zgon jest równie denerwujący, jak kruk, który się doń przyczynił. Ta postać zasługiwała na coś lepszego.
White Boy Bob (Co z oczu, to z serca)
No dobra, George… W tej scenie biegniesz, nagle Keith namierza cię na schodach i celuje do ciebie z pistoletu. Kapujesz? No, i teraz zmusza cię, abyś rzucił broń na ziemię – wahasz się, ale w końcu nie masz innego wyjścia. Ogarniasz to? Dobra. Podnosisz ręce do góry, a on podchodzi do ciebie. Ale niespodziewanie potyka się i upada na swoją własną broń, która wypala.
I on ginie na miejscu. Rozumiesz, taki głupi wypadek. No. I ty teraz udajesz maksymalnie zdziwionego. No, nie dziw się tak – w scenariuszu stoi, że taka scena jest. Czekaj… bardzo dobrze, George. Ale poczekaj, aż powiem akcja, George. George? George?!
Charlie Vincent (Czarny deszcz)
No i jest Charlie. Lubimy Charliego, bo to Andy Garcia, a jego każdy lubi. Tenże Garcia aka Charlie wpada jednak w „sprytną” zasadzkę. No dobra, dał się chłopak nabrać, miał powody i ciut alkoholu we krwi (przestroga dla młodzieży). Ale to wcale nie wyjaśnia momentu jego śmierci.
Wszyscy widzą bowiem, co się święci. Nick w tle krzyczy, co by Charlie dał dyla, póki jeszcze może. Charlie dyla nie daje. No dobra, myślimy – twardy jest, najwyżej zginie honorowo. Takiego! Charlie nieudolnie, nieudanie i nad wyraz głupio stoi w kałuży i jak wół tępo patrzy się na swoich oprawców. Ci oczywiście szybko go załatwiają, a jedynym ruchem, jaki Charlie wykonuje, jest machnięcie na jednego z nich odzyskanym właśnie płaszczem – ku jego zdziwieniu nie przynosi to rezultatów i Charlie szybko rozstaje się ze swoją głową. A Ridley Scott z zaufaniem widzów. ..
Xiao Mei (Dom latających sztyletów)
Pomijając oczywiste piękno tego filmu, to finał zdaje się być bardzo wątpliwy, jeśli idzie o umieranie. Główną antybohaterką jest tu Mei, która obrywa tytułowym sztyletem wprost w serce. Rana to z miejsca śmiertelna, ale nie dla Mei, która bardzo długo leży pośród śniegu, żeby po jakimś czasie podnieść się, przejść dobry kawałek i teatralnie zagrozić wyjęciem przedmiotu – co już definitywnie zakończy jej żywot – jeśli jej adoratorzy natychmiast nie zaniechają walki.
Słowa dotrzymuje i ginie tylko dlatego, że jeden z nich perfidnie skłamał. A co do chłopaków, to oni też nieźle dają – krew z nich sika na lewo i prawo, ale żaden nie ma dość i obaj wyglądają, jakby nic się nie stało (Walka? Jaka walka, kochanie?). Koniec końców jeden odchodzi w dal, chwiejąc się przy tym, jakby obalił ze dwie sake. Z kolei drugi zaczyna śpiewać – i jemu akurat trunek by się przydał.
Jenny i Jason Lerner (Dzień zagłady)
Jenny to córka. Jason to ojciec. Oboje są bardzo skłóceni. Jest jednak coś, co zjednoczy ich ponownie, i to na zawsze – ku ziemi zmierza bowiem asteroida. Rząd reaguje, astronauci wysłani w kosmos ślepną, a fragment kosmicznej skały i tak spada na Ziemię – konkretnie do oceanu (jedyny moment filmu fajniejszy niż Armageddon). Na potężne tsunami długo czekać nie trzeba – zmierza dokładnie ku wybrzeżom U.S. i A. Nasza dwójka nie ucieka jednak wzorem przyszłego Frodo (tak, w tym filmie gra Elijah Drewno), a wręcz wychodzi naprzeciw przeznaczeniu.
Oboje spotykają się w rodzinnym domku na plaży (sprawa głębsza – ojciec ma jakieś „ale” do śmierci żony, córka ma „ale” do tego, że ojciec ma „ale”, a my mamy „ale”, bo musimy na to patrzeć) i ostatnie chwile spędzają wtuleni, obserwując zbliżającą się, wielką, koszmarnie brzydką CGI falę (liczyli na powtórkę z Otchłani czy co?). Miało być ładnie i wzruszająco (za reżyserię odpowiada kobieta), a wyszło jak zwykle. I kwestia, który film o asteroidzie głupszy, wciąż pozostaje otwarta. ..
Joe „Mental” Mentaliano (Głupi i głupszy)
To przykre, jeśli ktoś ma gazy. Jeszcze gorzej, gdy nazywany jest z tego powodu „gazownikiem”. Ale kiedy zostaje zagazowany swoimi gazami na śmierć przez dwóch półgłówków, którzy dorzucili mu do obiadu o jedno tabasco za dużo, a następnie podali jako lekarstwo przygotowaną dla nich wcześniej truciznę, to przykro na to patrzeć, nawet w głupawej komedii z Jimem Carreyem.
Tak właśnie zginął Joe, z którym łączymy się w bólu – oby nie doczekał się nagrobku z przyczyną swojej śmierci. Tego samego życzymy też ostatniemu samcowi z ginącego gatunku islandzkich sów śnieżnych – śmierć, jak korek od szampana, również nie jest tym, czego można się spodziewać, gdy siedzi się wygodnie w cieplutkiej klatce.
P.S. Śmierć dedykowana – nomen omen – Mentalowi.
Kaskader Mike (Grindhouse: Death Proof)
Nie wiemy, czy Mike naprawdę miał brata, i jak, jeśli w ogóle, Kaskader Bob zginął. Wiemy za to, jak zginął Mike i nie można przejść obok tego obojętnie. Choć Mike ginie zasłużenie i film musi skończyć się jego śmiercią, gdyż to, co robił w czasie wolnym, zasługuje na najwyższą karę, to jego śmierć jest mimo wszystko dobitnym pokazem głupoty.
Mike może nie jest twardzielem czy prawdziwym macho, ale to człek wprawiony i doświadczony oraz, co ważne, opanowany – bo tego wszak wymaga jego igrający ze śmiercią zawód. I tenże człowiek, który przeżył wiele katastrof i zniósł sporo bólu, nagle zaczyna płakać jak małe dziecko z powodu niewielkiej rany, następnie daje się dopaść i mocno poturbować swoim ofiarom (w międzyczasie piskliwym głosem błagając o litość), a na końcu zostaje zabity… strzałem z obcasa. Nazwijcie to solidarnością plemników, wspólnotą nieogolonych czy braterstwem wilków, ale żaden facet nie powinien wydawać ostatniego tchnienia, spoglądając na zbliżający się kobiecy obcas, który za chwilę zmieni jego twarz w depresję, jakiej Holandia by się nie powstydziła.
Śmierć Mike’a jest bezsensowna, ponieważ odbiera mężczyźnie tę jedną jedyną rzecz, której nic na świecie odbierać nie powinno, nie wnikając już w kwestie moralnych zasług. Tarantino dobrze o tym wiedział i dlatego właśnie tak zakończył swój film. No cóż, może i zabawa w kinie przednia, ale rzeczywistość boli – nie tylko wszelkich fanów polowań „na laski”.
Darth Maul (Gwiezdne wojny: Mroczne widmo)
George Lucas lubuje się w wymyślaniu nowych, niesamowitych postaci. Niestety potrafi on także całkowicie schrzanić to, co stworzył, poprzez ukazanie ich śmierci. Z tego powodu zatrzymamy się na chwilę przy ostatnich chwilach Dartha Maula.
Ten Zabrak to jedna z wyżyn wyobraźni Lucasa – śmiertelnie niebezpieczny Sith o iście diabelskim wyglądzie, do tego maestro w posługiwaniu się mieczem świetlnym o podwójnym ostrzu. Oczywiście od samego początku wiemy, że jest to jedynie pionek w znacznie większej grze. Zagadką pozostaje jedynie moment jego zejścia. Rozpoczyna się on wspaniale – Maul pojawia się po raz pierwszy w całej swojej okazałości i prezentuje szeroką gamę umiejętności w niesamowitym pojedynku z Obi-Wanem i Qui-Gon Jinnem (ich dwóch, a on tylko jeden – wstyd, Jedi, wstyd!). I przez cały czas gapimy się na to jak sroka w kość, próbując jednocześnie wymacać szczękę leżącą na podłodze.
Znajdujemy ją dokładnie w momencie, kiedy na Sitha przychodzi czas. Po dynamicznej walce, w której pokonuje mistrza, następuje szybki zestaw jakichś cyrkowych piruetów oraz łut szczęścia – bo przecież nie Moc – niewykwalifikowanego jeszcze Obi-Wana. Wszystko trwa tak szybko, że nawet sam Maul jest zdziwiony rozwojem wydarzeń i już po chwili widzimy, jak przełamany (i załamany) spada bezwładnie w dół. No cóż, nawet Zemsta Sithów nie przyniosła ukojenia jego zdradzonej duszy.
Niemiecki żołnierz (Indiana Jones i Poszukiwacze zaginionej Arki)
Wielu ich w tym filmie, to prawda, a i większość ginie w sposób co najmniej dwuznaczny, sugerujący głupotę danej sytuacji, własnego postępowania lub sposobu odejścia. Ale tylko jeden wart jest nieco większej uwagi z naszej strony. Los chciał, że jest to też ten najbardziej waleczny Niemiec, któremu to niemal udało się pokonać Jonesa juniora. Gdy jego kompani polegli, on dzielnie wlazł na dach ciężarówki (przy prędkości dobrze przekraczającej normy polskich autostrad, a już na pewno zapyziałych egipskich dróg), z której następnie zsunął się do kabiny kierowcy i spuścił Indianie niezłe manto, po czym wywalił go za okno.
Ale Indy zachował się jak bumerang i wrócił – zaskoczony naziol nie dostał żadnych szans, choć zginąć nie musiał, gdyż Jones postąpił z nim dokładnie w ten sam sposób. Tyle że tym razem ciężarówka, zamiast nieść pomoc, okazała się skutecznym narzędziem (samo)zagłady. I tu jest owczarek niemiecki pogrzebany – ów naziol padł bowiem ofiarą nie tyle samego Jonesa, co własnego kraju, ze szczególnym uwzględnieniem przemysłu motoryzacyjnego. To ironiczne, że człowiek, który wcześniej się tyle nasłuchał o wyższości swej rasy i niezniszczalności niemieckiej machiny wojennej, ostatecznego ciosu zaznał od. .. Mercedesa. Scheisse!
Joe Black (Joe Black)
Ten moment pamiętam dobrze, gdyż ujrzałem go, na długo zanim zdołałem obejrzeć właściwy film. Scena wesoło krążyła po sieci (i pewnie krąży nadal) i jedyne, czego jej brakowało, to jakiś trafny napis edukacyjny. Brad Black Pitt – ku rozpaczy wielu nastolatek – ginie w niej w dość drastyczny sposób: potrącony przez dwa auta jadące z dużą szybkością, od których w dodatku odbija się niczym piłeczka pingpongowa.
Powód oficjalny: śmierć potrzebowała ciała, aby zrobić sobie wakacje i zasmakować w maśle orzechowym oraz w ciele panny Forlani (dziwne, że nie wpadł na pomysł, aby to połączyć). Prawdziwa przyczyna zgonu: Pitt zatrzymał się na czerwonym, na samym środku jezdni, aby popatrzeć sobie jeszcze raz na oddalającą się właśnie Claire. Wnioski wyciągnijcie sami, a potem porównajcie to z tym instruktażem, który Joe najwyraźniej przegapił w dzieciństwie:
Budd (Kill Bill vol. 2)
Chrzanić Pannę Młodą, walić Billa i do diabła z Elle! To Budd jest najlepszą postacią drugiego woluminu QT o zemście! To właśnie do niego czujemy nieuzasadnioną sympatię (ujmujący swą prostotą Michael Madsen to tylko połowiczne wyjaśnienie tego fenomenu) i to jemu po cichu kibicujemy, gdy uzyskuje przewagę.
Niestety to także on ginie w sposób głupi i niegodny. Gość, którego wszyscy (łącznie z bratem) uważali za przegranego kmiotka, okazał się tym, który jako jedyny zdołał poradzić sobie z Beatrix. I gdyby umarł z jej ręki, wtedy byłaby to śmierć przynajmniej zasłużona i honorowa („That woman deserves her revenge, and we deserve to die”). Ale Budd dał się podejść Elle jak małe dziecko, w rezultacie zginął w nieludzkich męczarniach, ukąszony przez prawdziwą czarną mambę. Fakt, sposób to sprawdzony i skuteczny („Death Incarnate”), ale i niesprawiedliwy. Na pocieszenie pozostaje nam jedynie to, że w chwilę potem Budd pośmiertnie rehabilituje się w naszych oczach dzięki małemu kłamstwu („To my brother Budd, the only man I ever loved, Bill”), a Elle otrzymuje coś gorszego niż śmierć („Bitch, you don’t have a future”). Ale i tak prawda w oczy kole – przynajmniej tych, którzy wciąż je mają.
Mufasa (Król Lew)
I tak doszliśmy do jedynej animowanej postaci w tym zestawieniu. I już widzę głosy oburzenia, matki zasłaniające oczy dzieciom i zbierający się wokół moherowy krąg prawości. Dlatego wyjaśniam – Mufasa zginął głupio, bo głupie są wszystkie fakty dotyczące okoliczności zdarzenia.
Czemu bowiem Simba zdołał przetrwać sam w wąwozie tyle czasu (pomijając już to, że mógł schować się za występem skalnym, na którym leżał przed sekundą, a który z pewnością by go ochronił)? Czemu stado antylop nagle zamienia się w wodospad Niagara, skoro widać wyraźnie, że na górze pasło się ich najwyżej z dwieście sztuk? Czemu żadna z nich nie przystanęła na widok szalejącego Mufasy – w końcu to ich przywódca. Czemu Mufasa spadł z wysokości metrów co najmniej kilkunastu, choć wcześniej zdołał skoczyć jedynie na kilka? Czemu zginął, spadając na stado, mimo iż przed chwilą sam w nie skoczył z równie dużym impetem, powalając przy okazji kilka sztuk? Czemu nie spadł na cztery łapy, jak na kota przystało? I w końcu czemu stado „skończyło się” tuż po tym, jak spadł? Jak widać pytań całe mnóstwo, a odpowiedzi brak. Ja wiem, że to film animowany, że to, śmo, owo. I możecie mnie nazwać nieczułym kutafonem, ale… tak nie ginie król! Tym bardziej Król Lew.
Jack Harmon (Mission: Impossible)
Połowa widzów długo głowiła się nad logiką tego filmu. A gdy okazało się, że reżyser zadrwił sobie zarówno z nich, jak i z Tomcia C., tworząc iście kolorową zabawę kinem i jego regułami, to uznali, że jest po prostu zły. Naprawdę złe są tu jednak poszczególne kasacje niektórych bohaterów, ze szczególnym wskazaniem na Jacka.
Co zabawa konwencją, to zabawa konwencją, ale w tym przypadku De Palma się zagalopował. Na domiar złego, w przeciwieństwie do pozostałych członków ekipy, pokazał nam ten zgon w całej okazałości. Ten komputerowy geniusz najpierw więc pozwala sobie na zhakowanie własnego systemu (-20%), następnie nie potrafi przeciąć cienkiego kabelka grubym nożem (-30%), a gdy przychodzi co do czego, to zamiast wykonać dowolną kombinację ruchów ratujących własny zadek, on uparcie gapi się na narzędzie (właściwie co to w ogóle jest za wihajster?), które za chwilę odbierze mu życie (-50%). Zero – bo tyle nam zostało – to współczynnik ilorazu inteligencji tej sceny. Impossible nabiera tu całkiem nowego znaczenia.
Adam Miauczyński (Nic śmiesznego)
„Chciałyśmy tylko, żeby było śmiesznie…” – ten cytat podsumowuje scenę śmierci Adasia. Jednak śmiesznie rzecz jasna nie było, bo jego życie to przecież nic śmiesznego. Było za to bardzo głupio umrzeć Adasiowi w taki sposób – zapewne myślał, że kipnie na kiłę od bzykania tych wszystkich panienek. A tymczasem zabił go.
.. kalosz. Ironicznie („no, cholernie”) jest to jednak śmierć głupia tylko, jeśli idzie o sam sposób zejścia, które ogółem do filmu pasuje jak ulał, a przy tym jest bardzo oryginalna (znacie kogoś innego, kto zginął w podobnych okolicznościach?). Ale jakby na to nie patrzeć, jest głupio – tym bardziej, że ma to miejsce „na wygnaniu, w mieście Łodzi, gdzie nawet bieganie psom szkodzi…”.
Evan Lewis (Oszukać przeznaczenie 2)
Seria filmów o oszukiwaniu przeznaczenia to właściwie filmowy odpowiednik tej listy. Tam niemal wszystkie zgony są tak głupie i nieprawdopodobne, że można by o nich książkę napisać. Na miano reprezentanta całego cyklu zasługuje jednak Evan z części drugiej, czyli ten dzieciak, co był z matką u dentysty. Czemu on? Bo gdy pozostałe postaci z reguły nie chcą umierać i pragną śmierci uciec, Evan jest.
.. był żywym dowodem na zupełnie odwrotne działanie. Po długiej i nerwowej scenie u wspomnianego stomatologa, kiedy wszyscy są przekonani, że Evan zobaczy światełko w tunelu, siedząc na fotelu z rozwartą paszczą… nic się nie dzieje. I pewnie nic by się nie stało i potem, gdyby nie próba ratowania Evana. Oto dzielny szeryf i główna bohaterka biegną w jego stronę, ostrzegając przed gołębiami. Evan zauważa ich, zauważa też gołębie i… płoszy ptaki, ginąc tym samym na własne życzenie – spada na niego pokaźnych rozmiarów szyba, upuszczona na zasadzie akcja-reakcja. Podstępna śmierć nie miała tu więc praktycznie nic do roboty. Ba, pewnie nawet sama przyglądała się temu w osłupieniu, pukając się w czoło kosą.
Donald Gennaro (Park Jurajski)
Prawnik i tchórz. I to w zupełności wystarczy, żeby uznać jego śmierć za konieczną i uzasadnioną. Inna sprawa, że nawet tchórzliwi prawnicy potrafią ginąć godnie i z honorem (Google → John Grisham). Donald jest wśród nich wyjątkiem, bo zginął… siedząc na kiblu w publicznej toalecie, gdzie został… pożarty przez dinozaura. Choć to w sumie nie jego wina, że toalety na wyspie leżącej pośrodku oceanu, po którym szaleją huragany, postanowiono zrobić z kawałka trzciny i bambusa… Tak czy siak głupia sprawa, Donaldzie. Gdybyś jeszcze był sympatyczniejszy…
Jeff Kohlver (Pułapka aka Hard Candy)
Jeff to trudny zawodnik do opisania, bo i śmierć miał jak najbardziej zasłużoną, a wszystko, co przed nią, stoi na wysokim poziomie realizacyjnym. W dodatku Jeff nie dał się bez walki i próby inteligentnego wyjścia z sytuacji. Nie udało się, to trudno. Ale główny problem tkwi w jego przeciwniku – oto Jeff dał się pokonać czternastoletniej dziewojce, która zmusiła go nawet do tego, aby sam uczynił ostatni krok w stronę śmierci.
I nawet jeśli dziewuszka była „cfana”, dobrze przygotowana do konfrontacji i miała moralne podstawy po swojej stronie, to, do cholery, miała 14 lat i była drobniutka jak maczek! Nic nie może więc przesłonić faktu, że Jeff po prostu schrzanił sprawę i sam sobie zgotował ten los. Normalnie Die Hard, Candy.
Karl (Szklana pułapka)
A skoro już przy tym jesteśmy, to złammy na moment alfabetyczną kolejność (dzięki, polskie tłumaczenie!) i weźmy na tapet klasykę kina akcji. Śmierć Karla to bowiem równie klasyczna przesada. Zwłaszcza że wszystko w tym filmie ma swoje miejsce i podane jest w odpowiednich dawkach, a ramy konwencji sprawiają, że łykamy bez najmniejszego bólu nawet największe luki scenariusza. Dlaczego? Ponieważ film ma ręce, nogi i zrealizowany jest konsekwentnie od początku do.
.. śmierci Karla. Można bowiem uwierzyć w McClane’a ratującego się za pomocą węża strażackiego czy rozwalającego pół budynku materiałem C-4 i monitorem od komputera. Śmierć Karla jest jednak twórczym zagalopowaniem się i przy całej reszcie wypada bladziutko. Karl przez pół filmu polował na McClane’a i w końcu przegrał z dzielnym policjantem w honorowym mano a mano. I tak też zginąć powinien. Zmartwychwstanie, jakie zaserwowali nam filmowcy – po długim wiszeniu wysoko nad ziemią na łańcuchu i ociekaniu krwią – jest więc niczym innym, jak przejawem złego smaku i czystej krwi głupotą realizacyjną. A może winno się zmienić tytuł na Karl Hard?
Jack „Jackie Boy” Rafferty (Sin City – Miasto grzechu)
„Żelazny Jack”, jak zwały go gazety, to typ zbyt mocno zapatrzony w siebie i swoją władzę, jaką dawała mu odznaka. Zgrywał twardziela do końca, nawet w momentach największego upokorzenia. Tym ostatecznym okazała się dla niego śmierć od.
.. własnej broni. Mimo iż z góry stał na straconej pozycji, bez ręki i jakiegokolwiek honoru, i choć dobiegało doń ostrzeżenie Dwighta, to jednak pociągnął za spust i lufa pistoletu wbiła mu się wprost w czaszkę. To chyba w pełni obrazuje problem. Co ciekawe, nie był to wcale definitywny koniec Jacka – po śmierci zdawał się mieć równie ciekawy i pełny rozrywek… byt. Oczywiście do momentu, w którym jego głowa posłużyła za… granat. Trzeba przyznać, że wybuchowe miał gość życie, a nawet dwa.
Benny (Słoń)
Benny to człowiek zagadka. Czemu? Ano z dwóch powodów. Po pierwsze, w przeciwieństwie do pozostałych dzieciaków, nie posiada on odpowiednika w rzeczywistych wydarzeniach, jakie zaszły w Columbine. Po drugie jego zachowanie nadaje się na wieloletnie badania naukowe, gdyż jest nie tylko niezgodne ze zdrowym rozsądkiem przeciętnego człowieka, ale też i ze wszystkim innym.
Można pomyśleć, że reżyser miał jakiś cel, wprowadzając go do filmu, i przez to chciał nadać mu znaczenie. A gdzie tam! Benny jedynie radośnie, spokojnym krokiem chodzi sobie po szkolnych korytarzach, chilloutując, podczas gdy wszyscy pozostali uciekają, bo wokół trwa prawdziwa rzeź niewiniątek. W końcu dostrzega jednego z napastników i podchodzi do niego (podchodzi, NIE skrada się!). Tamten od razu go zauważa i… zabija na miejscu serią z karabinu. Bo co innego miałby zrobić? Tym samym Benny staje się jednym z moich ulubionych przykładów śmiertelnej głupoty.
Neil Perry (Stowarzyszenie Umarłych Poetów)
To film, który dzieli ludzi na kilka kategorii. Mamy więc osoby absolutnie rozkochane w tej opowieści, takie, które na tej produkcji usnęły bądź nieświadomie zaczęły robić co innego, oraz tych, którzy uważają, że film ten odebrał im dwie godziny życia. A skoro o życiu mowa, to musi też być i śmierć. I oto nadchodzi w osobie Perry’ego, który na naszych zaspanych oczkach popełnia samobójstwo. Jeśli jednak należycie do drugiej lub trzeciej z wymienionych kategorii, to zapewne nie macie pojęcia, o kim mowa. To ten dzieciak o homoseksualnym usposobieniu i naturze maksymalnego romantyka (Robert Sean Leonard – 10 punktów za podanie innego filmu, w którym wystąpił, bez szukania).
Zabija się, gdyż tatuś nie pozwala mu wystąpić w przedstawieniu szkolnym przygotowywanym przez Johna Keatinga (Robin Williams – 20 punktów za podanie powodu, dla którego ten świetny aktor zgodził się zagrać w komedii RV). I? – spytacie. I tyle – to główny i jedyny powód. Przykre, że chłopak nie dożył czasów, w których mogła uratować go reklama „Get an Ipod, get a life”. I co się stało z wpajaną im przez Keatinga zasadą „żyj chwilą”? Perry najwyraźniej źle to odczytał, bo żył chwilę. A mówili, że to telewizja ogłupia. ..
Wyatt i Billy (Swobodny jeździec)
I doszliśmy do przykładu śmierci tak głupiej, że aż wkurzającej. Oto nasi swobodni (i znarkotyzowani) bohaterowie jadą sobie spokojnie pustą szosą, nikomu nie wadząc, po czym zostają dla żartu zastrzeleni przez dwóch przypadkowo napotkanych kmiotków z Południa. Jest to o tyle bolesne, że racjonalne. Taki finał nie został wyssany z palca, a i nadaje filmowi odpowiedniego wydźwięku i bez niego produkcja ta nie byłaby tym, czym jest dziś. Mimo to trudno w finale nie pokręcić głową i nie powiedzieć, że zginęli w bezsensowny, czysto głupi sposób, który to jeszcze bardziej uwypukla ich bezradność w tych ostatnich chwilach wolności.
Żołnierz na plaży Omaha (Szeregowiec Ryan)
Spytacie zapewne który, bo w końcu tylu ich tam zginęło, że trudno to w ogóle zliczyć. Ale tylko jeden ginie w naprawdę niefortunny, by nie rzecz wprost, że durny sposób. Żołnierz, o którym mowa, dostaje rykoszetem prosto w hełm – kula jednak odbija się, pozostawiając po sobie tylko wgniecenie.
Koledzy wokół chwalą jego szczęście, żołnierz zdejmuje hełm, aby spojrzeć na ślad (w końcu zobaczyć znaczy uwierzyć) i… w tym momencie obrywa kolejną kulą w to samo miejsce – tym razem z wiadomym skutkiem. Niby ludzie robią w szoku różne rzeczy, ale ten pan najwyraźniej zapomniał, że wokół nadal trwa wojna. Zapewne niedługo potem żona otrzymała list mówiący, że jej mąż umarł dzielnie, broniąc wolności do ostatniej kropli krwi. Kto? Harry? Niemożliwe! On nawet hełmu nie potrafił dobrze założyć…
Chad Feldheimer (Tajne przez poufne)
Festiwal głupoty wg braci Coen to film idealny do takiego zestawienia. Trup bowiem ściele się gęsto, a sensu w tym za grosz. Jednak to Chad – bohater, który nie raz górował swym debilizmem nad innymi – dał się wykończyć w najmniej logiczny sposób, który zresztą spowodował całą lawinę idiotycznych następstw.
Mamy tu więc włamanie, którego być nie powinno, ucieczkę, której z kolei nie było, pistolet, który nigdy wcześniej nie był używany, oraz ciało, które długo pozostało niezidentyfikowane. No i przede wszystkim mamy ten sympatycznie kretyński wyraz twarzy na sekundę przed wyzionięciem ducha, który przeraża zamiast jasno dawać do zrozumienia, że oto przybywam w pokoju (przebywawszy w szafie). Jesus, what a clusterfuck!
Jazz (Transformers)
W chwili pojawienia się na ekranie Jazz wygląda i pozuje na wyjątkowo twardego robota – chciałby wszystkich wokół rozstawić po kątach za pomocą swoich potężnych gunów i gadki rodem z Brooklynu (mimo iż pochodzi z innej planety).
Przez pozostałą część filmu nie pokazuje jednak absolutnie nic, co przemawiałoby za jego charakterem i aparycją – włączając w to również śmierć. Jazz został jednogłośnie wybrany przez twórców na przedstawiciela Autobotów, który musi umrzeć z poświęceniem za słuszną sprawę (chodziło chyba o ratowanie ludzkości, ale kto ich tam wie…). I nie byłoby w tym nic głupiego, gdyby ta śmierć faktycznie taka była. Ale nie jest. Jazz rzuca po prostu parę krzepkich słówek w stronę Megatrona, który szybko przełamuje go na pół niczym opłatek świąteczny… Shia nie może w to uwierzyć (choć jego wielki robot nie zdołał wykończyć przez cały film), Optimus klnie w autoduchu, a fani mają łzy w oczach, lecz z innych powodów niż chciałby Michael Bay. ..
Zabójca nr 1 i zakapior zabity od tyłu (Tylko strzelaj)
Tak mniej więcej można nazwać tę dwójkę, wybraną spośród wielu ginących na ekranie facetów (zresztą figurują tak na napisach końcowych). Choć cały film nadaje się do wyróżnienia za całokształt śmiertelnej twórczości, to jego specyficzny humor i umowność sprawiają, że da się to jakoś usprawiedliwić, ergo przemilczeć (m.
in. dlatego brakuje tutaj takich prześmiewczych hitów jak Naga broń). Jednak nawet konwencja nie jest w stanie przysłonić okoliczności zejścia tych dwóch bad guyów. Pierwszy dostaje między zęby i wychodzi mu to tyłem, drugi otrzymuje cios prosto w oko. Sprawca: Clive Owen. Motyw: wkurzenie. Narzędzie zbrodni: marchewka (i to świeża, nie mrożona). Werdykt: głupie. Fajne, ale głupie – śmiertelnie rzecz jasna.
Peter (Uprowadzona)
Kolejnym zwłokom prawie udało się wykiwać śmierć. Ale prawie stanowi wielką różnicę. Ponieważ film ten to w miarę nowa historia kina (chodzi rzecz jasna o nawalankę z Liamem Neesonem), to można stwierdzić, że obrazuje on to, o czym teraz myślą młodzi ludzie.
Peter udowadnia, że… nie myślą. Najwyraźniej lata praktyki w zawodzie, nazwijmy to, „naganiacza żywego towaru” mu nie pomogły i w momencie, kiedy ucieka podstępnie z rąk wspomnianego Liama „oddajcie mi córkę!” Neesona, skacząc estakadę niżej swego niedoszłego zabójcy, spotyka go śmierć będąca przyczyną własnej ignorancji. Francuz udał Greka i myśląc, że jest bezpieczny, najzwyczajniej w świecie stanął sobie na środku ruchomej trzypasmówki lotnika. Tam rychło odnalazła go pędząca furgonetka, która zrobiła mu tytułowe taken duszy. Reszta jest milczeniem, które szczelnie przykryły następne zwłoki masowo zostawiane przez Irlandczyka będącego przez moment Amerykaninem.
Bill Murray (Zombieland)
Do samego końca zastanawiałem się, czy dodać ten zgon do listy. W końcu scena nie wpływa za bardzo na odbiór filmu, a cała sytuacja ma bawić – i bawi. Ale, jakby na to nie patrzeć, to ten zacameowany zgon wybornego aktora stanowi jedną z najgłupszych i najmniej potrzebnych scen. Oto nasz ujarany trawką artysta, ucharakteryzowany na zombie wpada na pomysł wystraszenia swoich nieoczekiwanych gości. Sęk w tym, że wokół panuje prawdziwa apokalipsa i każdy, kto żyw, ma przy sobie naładowaną broń. Nie muszę więc dodawać, że Bill szybko kończy z pokaźnych rozmiarów dziurą w piersi (której jakimś cudem nie dorobił się pięć minut wcześniej). I nawet fakt, iż żałuje on Garfielda, nie jest w stanie zakamuflować tej wpadki.
Dizzy Flores (Żołnierze kosmosu)
Dość podobną do poprzednika naiwnością wykazała się Dizzy. Jej śmierć zaserwował nam znowuż (pijany, jak mniemam) scenarzysta, który, chcąc zaskoczyć publikę, reżysera oraz samego siebie, sprawił jej zupełnie nielogiczną przemianę. Przez cały film Dizzy jawi się jako urocza, seksowna bohaterka o niesamowitym charakterze. To twardy żołnierz i świetna kumpela, która dzielnie stawia czoło kolejnym przeciwnościom losu, w tym nieodwzajemnionej miłości do Johnny’ego Rico. Najwyraźniej okazuje się ona zgubna, bo gdy w końcu zbliżają się do siebie, Dizzy traci umiejętność logicznego postępowania.
W trakcie kolejnego ataku robali, zakończonego oczywistą masakrą ludzi, do samego końca była wśród tej grupki, której udaje się przetrwać. I nagle, po trafieniu przeciwnika, Dizzy zaczyna cieszyć się jak mała dziewczynka i odstawiać taniec godny cheerleaderki, zapominając przy tym zupełnie, gdzie jest i co się wokół dzieje. I ginie, bo tysiące robali wciąż czających się wokół nie zapomniało. Ja rozumiem, że laska godzinę wcześniej zaliczyła orgazm w baraku, a jej życie prywatne zaczęło rozwijać się we właściwym kierunku. Ale tak się po prostu nie godzi. Veto!
Dr Kananga aka Mr Big (Żyj i pozwól umrzeć)
Ach, świat 007! Miejsce, w którym zdarzyć się może dosłownie wszystko, nawet tak durna śmierć, jak ta. Wszak uniwersum agenta Jej Królewskiej… itd. pełne jest niesamowitych bzdur, jednakże zgon Kanangi to ścisła czołówka. W jego pojedynku z Bondem wszystko nadaje się na kuriozum miesiąca. Najpierw mamy walkę (z) nożem, w której wyraźnie widać niezdarność obu aktorów w markowaniu ciosów i w której Kananga wykonuje jakieś dziwaczne wygibasy niczym rosyjski baletmistrz.
Potem obaj wpadają do basenu, w którym pływa rekin. Jest on jednak wyjątkowo niezainteresowany swoimi gośćmi, więc Bond ma czas, aby wcisnąć w usta Kanangi pocisk ze sprężonym powietrzem. Oczywiście Kananga ani myśli go wypluć i jedyne, co robi, to głupie miny. A ponieważ rekin dalej ma ich gdzieś, to po chwili Kananga puchnie niczym balon i dosłownie wystrzeliwuje spod wody. Jak rakieta dolatuje do sufitu, gdzie efektownie eksploduje. Z niesmakiem obserwują to sam Bond, widzowie i piękna niewiasta w osobie Solitare, której jednak nie przeszkadza to w zadaniu enigmatycznego pytania: „Gdzie jest Kananga?”. Bond rzecz jasna sili się na ciętą ripostę, ale przechodzi ona bez echa. Ach, nie ma to jak żyć i pozwolić umrzeć innym.

Nie mniej głupia fotka z planu.
Bonus:
Ludzie (Zdarzenie)
Ludzie współcześni (Homo sapiens sapiens).
Ja, ty, on – my. Choć generalnie na rzeczy jest kilkuset osobowa armia statystów i aktorów drugiego planu, których obserwujemy w ich ostatnich chwilach. I każdy, kto film widział, z pewnością sam pomyślał o nim w kontekście tego artykułu. Bo choć jedno po drugim kolejne osoby wykańczają się na przeróżne sposoby (kosiarka rządzi i kosi), to jednak za wszystko odpowiadają wiatry (Ventus) [mordercze pyłki (Cerintus) są drugim dnem]. Żeby chociaż pogryzły ich pszczoły (Apis)… Ale nie, wyginęły!
