Publicystyka filmowa
Miał być nowymi PIRATAMI Z KARAIBÓW, a został największą bo Johnie Carterze KLAPĄ finansową Disneya
Disney chciał zrobić nową wielką franczyzę. Miał wszystko, co wcześniej zadziałało przy Piratach z Karaibów: Gore’a Verbinskiego i Johnny’ego Deppa.
Disney chciał zrobić nową wielką franczyzę zaczynającą się od filmu Jeździec znikąd. Miał wszystko, co wcześniej zadziałało przy Piratach z Karaibów: reżysera Gore’a Verbinskiego, producenta Jerry’ego Bruckheimera i Johnny’ego Deppa w jednej z głównych ról. Był jednak jeden problem. Western, który miał kosztować fortunę, okazał się gatunkiem znacznie trudniejszym do sprzedania globalnej publiczności niż piracka przygoda.
Jeździec znikąd trafił do kin 3 lipca 2013 roku. Verbinski, autor m.in. trzech pierwszych części Piratów z Karaibów, obsadził w roli zamaskowanego stróża prawa Armiego Hammera (który – jak pamiętamy – wkrótce wypadł z łask Hollywood z powodu swoich kontrowersyjnych zachowań w stosunku do płci przeciwnej), a Johnny Depp wcielił się w jego indiańskiego partnera Tonto. W obsadzie znaleźli się także William Fichtner, Tom Wilkinson, Ruth Wilson i Helena Bonham Carter.

Produkcja od początku miała pod górkę. Budżet rósł do gigantycznych rozmiarów, a Disney w pewnym momencie zagroził nawet całkowitym wstrzymaniem filmu. Ostatecznie koszt filmu Jeździec znikąd oszacowano na około 215–225 mln dolarów, a do tego doszła potężna globalna kampania marketingowa. Problem polegał na tym, że studio próbowało sprzedać widzom bardzo drogi western w czasach, gdy gatunek ten od dawna nie należał już do hollywoodzkich pewniaków.
Efekt był bolesny. Jeździec znikąd zarobił na świecie około 260,5 mln dolarów, z czego tylko 89,3 mln przypadło na rynek amerykański. To oznacza, że przychody z kin zaledwie przekroczyły sam budżet produkcyjny. Ponieważ studia dzielą się wpływami z kinami, a film kosztował jeszcze dziesiątki milionów dolarów na promocję, Disney poniósł ogromną stratę. W pierwszych tygodniach analitycy przewidywali, że może ona przekroczyć 150 mln dolarów.

Co poszło nie tak? Przede wszystkim skala filmu Jeździec znikąd. Verbinski zrobił western wyglądający jak blockbuster fantasy: długi na prawie dwie i pół godziny, pełen efektów specjalnych, wielkich scen akcji i spektakularnych pościgów. Problem w tym, że publiczność niekoniecznie chciała oglądać Piratów z Karaibów na Dzikim Zachodzie. Recenzenci dodatkowo krytykowali nierówny ton filmu, mieszający komedię, brutalność i poważną opowieść o przemocy wobec rdzennych mieszkańców.
Kontrowersje wywołał przede wszystkim Johnny Depp jako Tonto. Aktor deklarował, że ma indiańskie korzenie, ale jego obsadzenie w roli Komancza spotkało się z krytyką części rdzennych Amerykanów. Problemem był nie tylko casting, lecz również ekscentryczny wygląd i sposób przedstawienia postaci. Film próbował przejąć narrację z rąk białego bohatera i opowiedzieć historię z perspektywy Tonto, ale nie wszystkich przekonało, że faktycznie przełamuje stereotypy. Co ciekawe, Jeździec znikąd nie był jednak całkowitą artystyczną porażką, choć Rotten Tomatoes wskazuje marne 31% pozytywów. Chwalono zdjęcia, scenografię, muzykę Hansa Zimmera i rozmach scen akcji. Nawet część krytyków broniła filmu jako niedoskonałego, ale widowiskowego westernu.

Największy paradoks pojawia się jednak jak spojrzymy na historyczne zarobki westernów. Film, który uchodzi za jedną z największych finansowych klap Disneya, jest jednocześnie jednym z najlepiej zarabiających westernów w historii. Jego około 260 mln dolarów światowych wpływów daje mu miejsce w ścisłej czołówce gatunku – choć trzeba przyznać, że daleko mu do Django czy Tańczącego z wilkami. Jeździec znikąd nie przegrał dlatego, że nikt go nie chciał oglądać, przegrał, ponieważ Disney wydał na western zdecydowanie za dużo pieniędzy.

