Publicystyka filmowa
Ten niedoceniony horror SCI-FI łączy OBCEGO z kosmicznym obłędem H.P. Lovecrafta
Ten horror zaczyna się od czynności tak zwyczajnej jak mycie zębów, a katastrofa przychodzi niemal natychmiast po niej. Głębia strachu.
Pod wodą nawet zwykły korytarz potrafi przyprawić o zawrót głowy, bo wystarczy świadomość, że za ścianą czeka ciemność, a od bezpiecznego miejsca dzieli człowieka znacznie więcej niż kilka zamkniętych drzwi. Kino chętnie sięga po ten lęk, choć łatwo sprowadzić go do serii awarii i stworzeń kolejno wyskakujących przed kamerę. Głębia strachu zaczyna się od czynności tak zwyczajnej jak mycie zębów, a katastrofa przychodzi niemal natychmiast po niej. Ludzi uwięzionych w przemysłowej instalacji poznajemy więc w biegu, kiedy sami próbują zrozumieć, co się wydarzyło i co czeka poza zasięgiem ich wzroku.
Katastrofa bez uprzedzenia
W Głębi strachu William Eubank skrócił przygotowania do minimum. Norah Price, pracownica podwodnej instalacji grana przez Kristen Stewart, musi reagować na katastrofę, zanim zdążymy ją dobrze poznać, a reżyser przyznał, że gwałtowne rozpoczęcie akcji uderzyło go już przy pierwszej lekturze scenariusza. Film zyskał dzięki temu bezpośredniość, której często brakuje widowiskom cierpliwie ustawiającym bohaterów w kolejce do niebezpieczeństwa. Tutaj poznajemy ich w chwili, gdy każde zawahanie może kosztować życie, dlatego oceniamy ich głównie po decyzjach.

Stewart gra Norah oszczędnie i nie próbuje nas przekonywać, że oto narodziła się bohaterka kina akcji. Jej skupienie dobrze pasuje do filmu, w którym strach trzeba na chwilę odsunąć, żeby wykonać najprostszą czynność. Pokrewieństwo z Ellen Ripley z Obcego – ósmego pasażera Nostromo widać zwłaszcza w praktycznym podejściu do zagrożenia, zresztą sama aktorka przyznała, że film Ridleya Scotta wpłynął na wygląd jej postaci i otoczenia. Norah przekonuje jako człowiek przy pracy, nawet gdy zwykły dzień dawno zmienił się w koszmar, a obowiązki w walkę o przetrwanie.
Przemysłowe wnętrza pomagają uwierzyć, że ci ludzie naprawdę tu mieszkają. Stewart zwróciła uwagę na zdjęcia znajomych i drobiazgi rozwieszone przy stanowiskach, bo załoga składa się z pracowników, a nie z żołnierzy gotowych na każde starcie. W ciasnych przejściach, wśród alarmów i odcinanych kolejno części instalacji łatwo stracić orientację, ale Eubank sięgnął też po lęk bardziej codzienny. Bohaterowie muszą porzucić miejsce, które zdążyli oswoić, a osobiste przedmioty przypominają o zwyczajnym życiu przerwanym w pół czynności, bez czasu na pożegnanie.

Głębia strachu, czyli Cthulhu na dnie
Podobieństwa do Obcego – ósmego pasażera Nostromo mogłyby wystarczyć za cały pomysł na film, Eubank skręcił jednak w stronę Lovecrafta. W finale pokazuje Cthulhu, istotę z mitologii pisarza, i po premierze potwierdził, że chodzi właśnie o niego. Scenariusz Briana Duffielda wcale tego nie przewidywał, a ogromnego potwora nazywano w nim roboczo Behemotem. Reżyser opowiadał, że to on przy projektowaniu namówił artystów na lovecraftowski kierunek. Za katastrofą i atakami stworzeń kryje się więc coś większego niż kolejne zagrożenie do pokonania.
Tutejszy Cthulhu przeraża przede wszystkim rozmiarem. Przy takim przeciwniku człowiek przestaje wyglądać na równorzędnego uczestnika walki, a przemysłowy sprzęt nie daje już poczucia przewagi. Wcześniejsze ciasne kadry przygotowują na ten widok lepiej niż wykład o mitologii Lovecrafta, bo po długim wypatrywaniu zagrożenia we fragmentach otoczenia dostajemy obraz o przytłaczającej skali. Fizyczne osaczenie ustępuje wtedy strachowi przed własną znikomością.

Eubank tłumaczył, że nie chciał zapowiadać obecności Cthulhu, bo odebrałby widzom spotkanie z nieznanym. Słusznie, ponieważ przez większą część seansu oglądamy walkę o przetrwanie i nikt nie obiecuje nam rozpoznawalnej figury literackiej. Kto od początku czeka na konkretnego potwora, łatwo potraktuje wcześniejsze wydarzenia jak obowiązkowy wstęp do jego wejścia. Tymczasem finał zmienia sposób, w jaki rozumiemy całą katastrofę, zamiast jedynie spełnić zapowiedź, a widz nieznający Lovecrafta dostaje pełny horror zamiast zestawu aluzji dla wtajemniczonych.
Długa droga do premiery
Droga filmu do kin trwała znacznie dłużej niż ekranowe przygotowania do katastrofy. Zdjęcia zakończyły się w maju 2017 roku, premiera odbyła się w styczniu 2020, a w tym czasie Eubank spędził około dwóch lat przy postprodukcji. Na dalsze losy filmu wpłynęło przejęcie Foxa przez Disneya, bo jak wspominał reżyser, z wyznaczeniem premiery trzeba było poczekać na zamknięcie transakcji w 2019 roku, a on sam przez pewien czas nie wiedział, co stanie się z jego dziełem. Dla horroru bez rozpoznawalnej serii w tytule taki okres niepewności oznaczał niewdzięczny początek drogi do widowni.

Kinowe wpływy wyniosły około 40,9 mln dolarów przy budżecie szacowanym na 50–65 mln, a film przyjęto niejednoznacznie. Eubank wykorzystał znajome dekoracje, żeby sprawdzić, ile napięcia utrzyma bez przerw na objaśnienia, a wizualny chaos pozwolił odczuć zagubienie załogi. Zapłacił za to skromnymi portretami bohaterów, ale zyskał opowieść bez bezpiecznych przystanków dla bohaterów. Dzięki temu to jeden z najbardziej intensywnych podwodnych horrorów ostatnich lat, w którym pożyczone od wielkich poprzedników pomysły służą konsekwentnej reżyserii.
W obiegu streamingowym film doczekał się kolejnych obrońców, którzy doceniali klaustrofobię, Stewart oraz lovecraftowski finał. W Polsce można go dziś obejrzeć w Disney+. Przy ponownym seansie łatwiej obserwować Norah, zamiast wyczekiwać potwora, i dostrzec, ile kosztuje ją zachowanie przytomności umysłu. Kiedy znamy już skalę zagrożenia, inaczej patrzymy na jej rzeczowość, bo każda wykonana czynność staje się małym sprzeciwem wobec czegoś, co nie musi nawet zauważać człowieka.

