Publicystyka filmowa
Najlepsza adaptacja SCI-FI Isaaca Asimova powstała na długo przed FUNDACJĄ
Robin Williams ukrywa twarz pod ciężką maską, a jego sztuczny człowiek pragnie czegoś, czego nie przewidują prawa robotyki. Człowiek przyszłości.
Robot, który chce zostać człowiekiem, nie musi wywoływać powstania maszyn. Może rzeźbić, zakochać się i domagać się praw, których jego właściciele nigdy nie musieli sobie wywalczyć. Robin Williams gra właśnie takiego bohatera, a Chris Columbus opowiada o nim z czułością, za którą część krytyków zarzuciła mu przesłodzenie. Wracasz do tego filmu z pytaniem, co bardziej przeszkadza w ekranizowaniu Isaaca Asimova: hollywoodzka skłonność do wzruszeń czy przekonanie, że myślącą maszynę trzeba koniecznie uwikłać w widowiskową walkę. Człowiek przyszłości.
Sentymentalizm przed sądem
Zarzut przesłodzenia nie wziął się znikąd. Roger Ebert chwalił pierwszą godzinę i fizyczną grę Williamsa, ale w dalszej części widział już tylko pocztówkowy sentymentalizm. Nadmiar wzruszeń wytykali filmowi również inni krytycy, za to Kevin Thomas docenił przemianę bohatera i wymowę całości. Nie zgadzam się jednak z tymi, którzy uczuciowość biorą za zagubienie Asimova, bo dramat o prawach jednostki musi też angażować widza emocjonalnie. Columbus pokazuje przecież ludzi, którzy potrafią obdarzać robota sympatią i zarazem traktować go jak swoją własność.

Scenarzysta Nicholas Kazan zachował zasadniczą drogę Andrew: od odkrycia własnej twórczości przez starania o wolność po przemiany ciała i żądanie uznania za człowieka. Sięgnął do opowiadania Dwustuletni człowiek oraz do rozwijającej je powieści Pozytronowy człowiek, którą pisarz napisał wspólnie z Robertem Silverbergiem. Dodał jednak romans z Portią, którego w opowiadaniu nie ma, a przez tę zmianę spór o status robota obejmuje również prawo do uznania jego związku. Andrew chce sam decydować o swoim życiu, także o tej jego części, która jest najbardziej prywatna.
Ja, Robot – Człowiek przyszłości
W Ja, robot trzy prawa robotyki i robopsycholożka Susan Calvin trafiły do nowej kryminalnej intrygi, wywiedzionej z niezależnego scenariusza, a asimovowskie reguły posłużyły tam do budowania zagadki. W serialowej Fundacji twórcy rozgrywają z kolei spór o służbę i autonomię na przykładzie Demerzel, zaprogramowanej do służby. U Columbusa pytanie o samodzielność maszyny dotyczy tymczasem codziennej relacji właściciela i podporządkowanej mu istoty. W tej bliskości tkwi właśnie istotna przewaga filmu: Andrew domaga się zmiany zasad współżycia z ludźmi, którym przez lata służył.

Scena, w której Andrew na rozkaz skacze przez okno, pokazuje posłuszeństwo silniejsze od troski o własne bezpieczeństwo, ale uderza w niej przede wszystkim postawa człowieka, który wydaje polecenie i nie musi liczyć się z odmową. Z tej nierówności wyrasta cała dalsza droga bohatera, a film przejmuje z opowiadania jej podział na dwa etapy. W literackim pierwowzorze o wolności Andrew rozstrzyga sąd, a o uznaniu jego człowieczeństwa muszą zdecydować prawodawcy, bo pozwolić komuś odejść od właściciela to przecież co innego niż przyjąć go jako równego sobie.
Williams pod maską
Zanim Andrew upodobni się do człowieka, Williams musi zagrać go z twarzą schowaną pod maską. Kostium, który opracowali Steve Johnson i XFX, ważył blisko szesnaście kilogramów, a oczami i brwiami robota operatorzy poruszali zdalnie. Aktor wspominał, że ograniczenia stroju pomogły mu określić postać, i porównywał tę pracę do nauki gry w masce. Okazało się, że żebyśmy zaczęli dostrzegać w maszynie osobę, wystarczą głos i sposób poruszania się, a twarz może zostać ukryta. Maskę zastąpiła później starcza charakteryzacja, za którą Greg Cannom dostał nominację do Oscara.

Przemiany ciała nie służą tu jednak zdobywaniu kolejnych przewag. Andrew zmierza ku śmiertelności, choć jako maszyna mógłby pozostać poza ludzkim porządkiem przemijania. W tym miejscu romans przestaje być hollywoodzkim dodatkiem, bo bohater chce dzielić z ukochaną życie razem z jego ograniczeniami. Samo podobieństwo do człowieka nie daje mu bliskości, której szuka, pragnie wspólnego losu z Portią, a starzejąca się twarz aktora pozwala zobaczyć cenę tego wyboru bez kolejnego wykładu o naturze świadomości.
Film jest dostępny w Polsce między innymi w Rakuten TV, ale wracając do niego, nie szukam w Andrew portretu istniejących systemów AI. Interesują mnie ludzie, którzy sami ustalają kryteria przynależności, a potem żądają, żeby ktoś obcy dowiódł przed nimi swojej wartości. Dlatego uważam film Człowieka przyszłości za najlepszą adaptację Asimova. Pozwala nam polubić robota dużo wcześniej, niż jego bohaterowie godzą się uznać go za człowieka, a kiedy wreszcie to robią, od dawna nie potrzebujesz już ich zgody.

