Recenzje
ARSZENIK I STARE KORONKI. Komedia idealna
Jazda bez trzymanki, w której nigdy nie wiadomo, co się znajduje za kolejnym zakrętem i nawet po kilku seansach odkrywa się jakiś nowy aspekt filmu.
Dawno, dawno temu, w krainie zwanej Fabryką Snów, w epoce bez nazwy, gdzie aktorstwo i kręcenie filmów brane były na poważnie – dekady przed Paris Hilton – żył sobie pewien aktor – Archie Leach. Archie, a właściwie Archibald, stał się przez lata swojej kariery w przemyśle filmowym symbolem, klasą samą w sobie. Archie po dziś dzień określany jest mianem symbolu seksu, wdzięku i szarmanckiego ideału mężczyzny.
To z myślą o nim Ian Fleming kreślił cechy charakterystyczne swojej nowej postaci, wkrótce także niezniszczalnego symbolu – Jamesa Bonda. Sam Archie odrzucił rolę Bonda w filmowej ekranizacji powieści Fleminga, jak i wiele innych propozycji („Lolita”, „Rzymskie wakacje”), które jego zastępcom przyniosły sławę i uznanie. Archie nie musiał przyjmować tych ofert – zagrał w wielu filmach, które stały się klasyką kina („Północ-północny zachód”, „Niezapomniany romans”, „Szarada”). Grywał u największych reżyserów, takich jak Hitchcock, Capra czy Hawks. Gdy niespodziewanie postanowił zakończyć karierę aktorską, sami Stanley Kubrick i Billy Wilder namawiali go do powrotu. Przede wszystkim jednak Archie był królem komedii – „Drapieżne maleństwo”, „Dziewczyna Piętaszek”, „Arszenik i stare koronki”- to tylko niektóre z jego niezapomnianych kreacji.
Archie miał swój styl i image, który przez lata umiejętnie podtrzymywał, stając się żywą legendą Hollywood, legendą, której blask świeci po dziś dzień. Cięty język, uwodzicielski uśmiech, wypowiadanie słów z szybkością karabinu maszynowego – to jego znaki firmowe. Archie jest do dziś naśladowany w wielu filmach (w „Rybce zwanej Wandą” główny bohater grany przez Johna Cleese nazywał się właśnie Archie Leach – hołd dla genialnego aktora) oraz jest swoistym wzorem dla młodych adeptów sztuki aktorskiej. Jego legenda nigdy nie przeminie. Archie Leach to prawdziwe imię i nazwisko Cary’ego Granta.
Mortimer do Jonathana: Skąd wytrzasnąłeś tę twarz? Z Hollywood?
Opisywany w tym tekście film jest jednym z największych dokonań Granta, tak aktorskich, jak i komediowych. „Arszenik i stare koronki” to wspaniały popis umiejętności i charyzmy aktora. Sam film to niezwykłe przemieszanie czarnej komedii, burleski, slapsticku i komedii pomyłek, podszyte klimatem grozy i wszechogarniającego szaleństwa, jak również swego rodzaju hołd dla kina i kraju, w którym był kręcony. Ale o tym za chwilę. W pierwszych dekadach Hollywood nie było mowy o fekalnych i obrzydliwych dowcipach, rzucaniu stu „fucków” na minutę, czy wypływających z każdej filmowej klatki nawiązań do seksu – czyli tego wszystkiego, czym obecnie nieudolni filmowcy żałośnie próbują nadrabiać brak pomysłu.
W latach 30. i 40. pewien gatunek święcił za oceanem ogromne sukcesy; w tamtych czasach to połączenie slapsticku, farsy, komedii romantycznej, ciętych ripost, walki płci itd., nie miało konkretnej nazwy. Dopiero później określenie „screwball comedy” przylgnęło na dobre do takich filmów jak właśnie: „Arszenik i stare koronki”, „Drapieżne maleństwo” czy „Filadelfijska opowieść”. Mistrzem tego gatunku, człowiekiem, który doprowadził go do perfekcji oraz uczynił rozpoznawalnym na całym świecie, był oczywiście Cary Grant.
Szczyt popularności i żywotności „screwball comedy” przypadł, jak już pisałem, na lata 30. i 40., ale później kino wielokrotnie wracało do tego gatunku („Pół żartem, pół serio”). W 2003 roku bracia Coen oddali mu hołd w „Okrucieństwie nie do przyjęcia”. W tych filmach dowcip był bardziej subtelny i wyważony, dialogi cięte, a całość wymagała od widza czegoś więcej niż tylko zmysłu wzroku – użycia szarych komórek i wyobraźni.
Takich filmów niestety już nie kręcą, ich epoka dawno i bezpowrotnie minęła, dlatego też oglądając filmy takie jak „Arszenik i stare koronki”, nachodzi mnie zawsze uczucie bliżej niezidentyfikowanej nostalgii; swego rodzaju smutek za tamtymi wspaniałymi dla kina latami, których nigdy nie dane było mi zaznać…
Mortimer: W schowku pod oknem znajdują się zwłoki!
Ciocia Abby: Tak kochanie, wiemy o tym.
Mortimer: Wiecie?!
Ciocia Abby: Oczywiście! Nie podejrzewałyśmy cię jednak o taką wścibskość.
„Arszenik i stare koronki” został nakręcony przez kolejny symbol Hollywood – genialnego reżysera Franka Caprę („Wspaniałe życie”, „Pan Smith jedzie do Waszyngtonu”, „Ich noce”), którego filmy podnosiły ludzi na duchu w latach 30. i 40. oraz stanowiły delikatną krytykę amerykańskiego społeczeństwa.
Geniusz Capry objawia się przede wszystkim w dwóch aspektach – jego filmy po ponad pół wieku dalej są uniwersalne i wywołują ożywione dyskusje, jak również w tym, że pomimo trudnych tematów, jakie wybierał, jego warsztat zawsze pozwalał pozostawić widza w błogim nastroju; zawsze przemycał optymistyczne przesłanie.
Nie inaczej jest w tym przypadku. „Arszenik i stare koronki” został pierwotnie napisany przez Josepha Kesselringa jako sztuka broadwayowska i we wczesnych latach 40. był wystawiany na deskach teatru prawie półtora tysiąca razy, co było wtedy swoistym rekordem. Ogromny sukces spowodował, że ekranizacja zdawała się być kwestią czasu. I tak właśnie było, co więcej – film Capry powstawał równolegle z przedstawieniami na Broadwayu! Reżyser chciał zatrudnić do swojego filmu większość aktorów z głównej obsady przedstawienia, ale przy onieśmielającym sukcesie sztuki wydawało się to rzeczą niemożliwą. Capra jednak postawił częściowo na swoim – nakłonił (a może zapłacił, kto wie.
..?) twórców przedstawienia, by zawiesili wystawianie „Arszeniku…” na 4 tygodnie i dali obsadzie czas na krótki odpoczynek. Tym samym zdobył Jean Adair i Josephine Hull (siostry Brewster) oraz Johna Alexandra (Teddy Brewster) do swojego filmu. Cztery tygodnie to było aż nadto czasu, jakiego potrzebował Capra do nakręcenia swojego dzieła. Scenariusz do filmowej wersji napisali młodzi, lecz doświadczeni bracia Julius i Phillip Epstein, którzy później popełnili m.in. scenariusz do słynnej „Casablanki”.
Jak to przeważnie bywa w obsadzaniu wielkich ról, Cary Grant nie był pierwszym aktorem, do którego zwrócono się z propozycją odtwarzania głównej postaci. Pod uwagę brany był m.in. późniejszy prezydent USA – Ronald Reagan, ale aktor odrzucił rolę (co okazało się całkiem dobrą decyzją, tak dla filmu, jak i kraju). Po skompletowaniu obsady i reszty ekipy rozpoczęto kręcenie filmu. Był rok 1941. W tym samym roku ukończono produkcję, ale gotowy materiał musiał czekać na premierę aż 3 lata, ze względu na nieustanne sukcesy, jakie święciła oryginalna sztuka na deskach teatrów. Dopiero po zakończeniu tryumfalnego pochodu sztuki po teatrach Broadwayu, Capra z Grantem mogli pokazać światu swoje dzieło. Był rok 1944.
Kapitan Rooney: Kim jesteś? Jak masz na imię?
Mortimer: Zazwyczaj nazywam się Mortimer Brewster, ale dzisiaj nie jestem sobą.
Głównym bohaterem filmu jest krytyk teatralny, Mortimer Brewster. Pomimo tego, że znany jest jako zatwardziały kawaler, poznajemy go w dniu ślubu z Elaine Harper. Ślubu branego potajemnie, ze względu na niezwykłą reputację pana młodego oraz rodzinę panny młodej – jej szanowny papa jest pastorem. Poprzez niezwykłą reputację rozumiem fakt, iż Brewster od zawsze był uznawany za gorącego przeciwnika instytucji małżeństwa, ba – jest autorem swego rodzaju przewodnika dla wszystkich kawalerów (kawalerskiej Biblii, jak to określają dwaj dziennikarze w filmie). No ale cóż, widać na każdego przyjdzie czas.
Jest Halloween (swoją drogą, też sobie wybrali datę na zaślubiny…). Przed wyjazdem w podróż poślubną Mortimer chce jeszcze obwieścić radosną nowinę dwóm ukochanym ciotkom – swojej najbliższej rodzinie. W tym momencie poznajemy dwie kochane staruszki, które są tak miłe i słodkie, że aż zazdrościmy Mortimerowi takiej rodzinki. Ale to tylko chwilowy stan. Okazuje się bowiem, że starsze panie, te uosobienia anielskości na łez padole, skrywają pewien sekret. Chociaż może słowo „skrywać” nie odnosi się zbyt dobrze do stanu umysłów cioteczek – one się w pewnym sensie szczycą tym, co robią i nie widzą w tym nic złego.
A co to właściwie jest? Otóż siostry Brewster są… morderczyniami! Tak, tak, to nie jest pomyłka autora tekstu, tylko właściwa oś akcji filmu, bo kochany siostrzeniec dowiadując się, że jego wyidealizowane ciotki obrały sobie za życiową misję odsyłanie samotnych starszych panów do Królestwa Niebieskiego (w zbożnych celach jak same twierdzą, bo któż chciałby być samotny na tym świecie?), zaczyna myśleć nad jakimś dobrym wyjściem z sytuacji. Przeszkody? Dwanaście, otrutych arszenikiem zwłok, zakopanych przez ich bratanka Teddy’ego w piwnicy (Teddy myśli, że buduje tam Kanał Panamski – jeden z wielu odnośników do historii USA, ale o tym za chwilę), oraz nieodparta chęć szanownych staruszek do dalszego „czynienia dobra”.
W ten jakże prosty sposób reżyser daje początek wydarzeniom, które odmienią życie wszystkich zainteresowanych oraz doprowadzą widza do łez śmiechu. To, co następnie widzimy na ekranie, zahacza miejscami o sen naćpanego wariata – nieustanna, szalona bieganina, ukrywanie prawdy przed narzeczoną, pojawienie się policji, księdza, lekarza, taksówkarza i wiele innych przygód. To oczywiście nie wszystko, ponieważ „Arszenik i stare koronki” ma wiele do zaoferowania widzowi; przede wszystkim niesamowitą gamę komediowych trików i wspaniały wachlarz postaci oraz, co najważniejsze – całkowicie nieprzewidywalny tok wydarzeń, który w trakcie oglądania przypomina scenkę z przedstawienia teatralnego wystawianego w domu dla umysłowo chorych. ..
Jonathan: Teddy, czas iść spać.
Teddy: Wypraszam sobie. Kim pan jest?
Jonathan: Jestem Woodrow Wilson. Spać!
Teddy: Ty nie jesteś Wilson, ale skądś znam tę twarz. Pomyślmy. Nie, nie znamy się jeszcze teraz – może później na moim safari… Tak! Wyglądasz mi na takiego, kogo mogę poznać w dżungli.
Już na napisach początkowych widz czuje, że oto będzie świadkiem czegoś niezwykłego. Napisy napisami, wyglądają ładnie i tyle, ale w tle widzimy obrazki z wiedźmami na miotłach, nietoperzami i co chwilę przewijającym się czarnym kotem. Wszystko to okraszone lekką i przyjemną dla ucha muzyczką (swoją drogą oprawa muzyczna, której autorem jest Max Steiner, jest integralną częścią filmu; kontrastuje i podkreśla zawsze to, co widać na ekranie i uwypukla co ważniejsze sceny swoim orkiestralnym brzmieniem). Już od pierwszego kadru widać, że coś się święci – napis głosi: „To jest halloweenowa opowieść o Brooklynie, gdzie zdarzyć się może wszystko.
.. i przeważnie się zdarza. O 15:00 w tym konkretnym dniu działo się to…”. I widzimy bójkę na boisku baseballowym, w której udział biorą także sędzia i sami widzowie. Jest głośno i hałaśliwie. Tym obrazkiem Capra daje widzowi cynk, że chaos będzie rządził w jego filmie.
Po kilku chwilach przenosimy się do „jednej z najbardziej czarujących dzielnic w Brooklynie”. Kamera skierowana jest na prześliczny domek, relaksująca muzyczka plumka w tle. I nagle zmiana muzyki na grobową i niespodziewanie kolejnym kadrem jest zbliżenie cmentarza z napisem: „Od tej chwili jesteś zdany na samego siebie”. Przewrotność reżysera czy kolejny trop dotyczący jego dzieła? To już zależy od tego, jak sam widz to odbierze. Jednakże jednym z elementów, które czynią „Arszenik i stare koronki” komedią idealną, są niby nic nie znaczące detale. I to właśnie wielokrotnie szczegóły i szczególiki bawią i sprawiają radość – to wiecznie ześlizgująca się wskazówka zegara, to napis na nagrobku, to melodia wygwizdywana przez Elaine, by zwabić Mortimera. Diabeł tkwi w szczegółach i każdy wielki reżyser wykorzystuje je do maksimum w swoich filmach. Capra z pewnością wielkim reżyserem był.
Teddy: Chyba złapałem przeziębienie.
Ciocia Abby: Nie kochanie, to Wielebny Harper kichnął.
Jak wiadomo, występowanie na deskach teatru, przed żywą, czasami bardzo liczną publicznością, różni się zasadniczo od grania w filmie; wygłaszania kwestii do kamery i stojących za nią kilku(nastu) osób. Z pewnością to inny rodzaj stresu, ale mnie przede wszystkim chodzi o wcielanie się aktorów w swoje postaci. Na scenie tenże aktor ma informację zwrotną, czy dobrze mu idzie (szepty uznania, a nawet delikatne brawa), czy nie uczynił jakiegoś głupstwa (śmiech. kiedy go być nie powinno) lub po prostu czy jego gra odpowiednio śmieszy ludzi (w przypadku takiej komedii jak „Arszenik…”, to niewątpliwie bardzo cenna informacja).
Tak, z pewnością ma gra sceniczna wiele minusów (przykładowo większa trema), ale rozchodzi się o to, żeby, cytując klasyka, te minusy nie przesłoniły nam plusów. A takim niezaprzeczalnym plusem jest właśnie ta informacja zwrotna od publiczności, za którą wielu aktorów filmowych wiele by dało. Jest to jeden z głównych powodów, dla którego wielu decyduje się chociaż na próbę gry na deskach teatru, by choć raz zaznać tego uczucia.
Zresztą przypadków jest wiele – niektórzy aktorzy, znudzeni srebrnym ekranem, pod koniec kariery niemal całkowicie przerzucają się na teatr. Wielu jest też takich, którzy trafili do przemysłu filmowego poprzez grę sceniczną właśnie. Aktor filmowy jest także z pewnością bardziej ograniczony co do swojej ekspresji i modulacji głosu. Bo kiedy w teatrze trzeba zrobić wszystko, aby uczynić postać wyrazistą dla wszystkich widzów (przerysowanie i podniesiony głos nie są rzadkością), to przed kamerą wymogiem jest, aby ta gra jak najlepiej odzwierciedlała tzw. „prawdziwie życie”, co, jak już pisałem, ogranicza trochę aktora i jego warsztat.
No i swoją informację zwrotną od publiczności dostaje dopiero po premierze obrazu, kiedy jest już za późno na jakiekolwiek poprawki. Dlatego też trójce ściągniętej przez Caprę z Broadwayu musiało być ciężko przestawić się na inne wymogi gry aktorskiej, co widać w samym filmie (ale ta maniera teatralna raczej potęguje pożądane wrażenie „niezwykłości” domu Brewsterów, niż przedstawia jakąkolwiek sztuczność).
Ten cały paragraf ma na celu uświadomienie czytelnikowi, że te dwa światy – teatru i filmu – bardzo się od siebie różnią i tym samym warto przyjrzeć się, czego, z pomocą aktorów, udało się dokonać scenarzystom ze sztuką Kesselringa (która musiała wyglądać trochę inaczej w oryginale). Jednym z elementów wspólnych jest umowność tak miejsca akcji, jak i czasu (wszystko się dzieje w jednym dniu). W „Arszeniku…” to miejsce ogranicza się do domu Brewsterów, a w zasadzie głównie do jednego pokoju. Przeplatane to jest scenkami w kuchni, piwnicy, przed domem i w jeszcze w kilku miejscach. Niemniej jednak, tak jak w sztuce teatralnej, miejsce akcji jest praktycznie jedno.
Pozostawienie tego aspektu sztuki okazało się strzałem w dziesiątkę, ponieważ o wiele łatwiej uchwycić pożądany klimat w pokoju (np. przy zgaszeniu światła), niż przenosząc się co chwila z miejsca na miejsce. Także sama gra aktorów może się wydawać chwilami porządnie przerysowana, ale to właśnie tak miało wyglądać. Dzięki umowności miejsca i czasu oraz takiej a nie innej interpretacji swoich ról przez aktorów, Capra uchwycił w pewnym stopniu specyficzny i subtelny klimat teatru. Zamierzeniem twórcy było utrzymanie tego klimatu w celu lepszego kontaktu z widzem. Dodajmy, ze zamierzeniem jak najbardziej udanym.
Dodatkowo, pozwalając na miejscami karykaturalne przedstawienie swoich postaci, reżyser chciał stworzyć samej obsadzie „teatralną” atmosferę i warunki i takież okoliczności pracy. Warto się także przyjrzeć głównym aktorom tego wyjątkowego przedstawienia; ich pogłębieniu psychologicznemu oraz cechom charakterystycznym, jakie nam zaserwowali twórcy.
Witherspoon: Ojejku! Miałem nadzieję, że nie będziemy musieli zajmować się Teddym jeszcze przez jakiś czas. Widzi pan, panie Brewster, mamy już kilku Rooseveltów w Happy Dale i kolejny może spowodować wiele problemów. Ale jakby… Panie Brewster, mamy mało Napoleonów… Tak, Bonaparte… I gdyby Teddy zechciał… Aha, rozumiem. Widzę, że już się pan zdecydował.
Na pierwszy ogień weźmy Mortimera Brewstera. Ot, człowiek, któremu się udało. Jest znanym i cenionym krytykiem (co nie oznacza, że nie nienawidzonym, bo ostrości oceny odmówić mu nie można). Dzięki wspomnianym wcześniej książkom, ma nieposzlakowaną reputację wiecznego kawalera – wprawdzie to też powód, dla którego wielu uważa go za człowieka niepoważnego, lekkoducha, ale wyraźnie mu to nie przeszkadza.
Mortimer potrafi sobie radzić w życiu. Jednak to właśnie ostrość krytyki doprowadza go niemal do śmierci, a przez swoje książki także ojca swojej narzeczonej nie może nazywać sprzymierzeńcem. Mortimer Brewster to człowiek pełen kontrastów. Wszystkie jego przekonania i zdolności zostają wystawione na próbę w sytuacji, z którą przyszło mu się zmierzyć; sytuacji, która go przerasta. Porywczy, szarmancki, na nieznane reaguje paniką, na dziwne sarkazmem. Zostaje postawiony pod murem przez „dokonania” swoich kochanych ciotek, ale zachowuje zimną krew i od razu obmyśla plan, który pozwoli je oczyścić z jakichkolwiek zarzutów.
Bo Mortimer Brewster krytyk, to nie prawdziwy Mortimer Brewster – kochający, szczery, oddany, skrywający się za fasadą sarkazmu. Kocha swoje ciotki i dlatego chce im pomóc, żadne zhańbienie nazwiska Brewster nie jest nigdy motywem jego działania. Jest także całkowicie oddany świeżo poślubionej Elaine, której postać zresztą służy jedynie jako tło dla rozgrywających się wydarzeń i szalejącego Granta. To przez zaistniałą sytuację obchodzi się z żoną i innymi tak, a nie inaczej. Jest to zdecydowanie moja ulubiona postać, nie tylko z powodu jej pierwszoplanowości czy aktora, który ją odtwarza. Po prostu Mortimer jest najbardziej realny ze wszystkich bohaterów zaprezentowanych na ekranie.
Jego błędy wynikają z tego, że jest człowiekiem, a mylić się to przecież rzecz ludzka. To ta właśnie postać naprzemiennie wzbudza sympatię, irytuje lekceważeniem niebezpieczeństwa oraz wzbudza najwięcej uśmiechu na twarzy. Tak, Mortimer Brewster to wyjątek w odrealnionym świecie swojej rodziny, a dlaczego tak jest, to już wyjaśnia sam film. Wprawdzie patrząc na to, co wyprawia, nietrudno go podejrzewać o sfiksowanie, ale kto w zaistniałych sytuacjach nie sprawiałby takiego wrażenia…?
Wielebny Harper: Próbowałyście kiedyś wmówić mu, że nie jest Rooseveltem?
Ciocia Abby: Oh, nie!
Ciocia Martha: Jest taki szczęśliwy będąc Rooseveltem.
Ciocia Abby: A przypominasz sobie Martho, jak dawno temu zasugerowałyśmy mu, żeby był przez chwilę dla odmiany Georgem Washingtonem?
Ciocia Martha: I wie Wielebny co się stało? Całymi dniami siedział schowany pod łóżkiem i nie był nikim!
Ciekawie prezentują się także siostry Brewster. Jean Adair i Josephine Hull stworzyły wspaniałe postaci. Jeśli Mortimer to osoba pełna kontrastów, to jego ciotki są jedną wielką sprzecznością. Z jednej strony to chodzące ideały, kobiety, które zawsze pomogą bliźniemu w potrzebie. Nie można o nich powiedzieć złego słowa. Wszyscy je uważają za istne anielice w ludzkim ciele. Sam sposób wypowiadania słów, a przede wszystkim poruszania się (Abby tak cudnie podskakuje!), świadczy o ich niezmiernej dobroci. Generalnie polecam zwrócić szczególną uwagę na sposób mówienia i chodzenia każdej z głównych postaci – każda robi to inaczej, zgodnie ze swoim charakterem. Obserwacja tych szczegółów naprawdę ułatwia utożsamienie się czy sympatyzowanie z daną postacią.
Wracając do ciotek, do tego cudnego zestawu cech dołożony zostaje fakt dwunastu morderstw – wręcz książkowy przykład wewnętrznego kontrastu. Ale staruszki nie czują się winne żadnemu złemu uczynkowi; traktują swoją „działalność” jako specyficzny akt litości. Robią to także z dużym sentymentem (po każdym zmarłym zostawiają sobie pamiątkę w postaci jego kapelusza). Co ważniejsze, mają swoje zasady, których nie można łamać pod żadnym pozorem. Kiedy Jonathan chce się pozbyć „swojego” trupa, lokując go w piwnicy ciotek razem z innymi „lokatorami”, są święcie oburzone na tak haniebny czyn i odmawiają przyjęcia „obcego”.
Kiedy dowiadują się, że mają taki sam bilans trupów na koncie, na ich twarzach pojawia się cudownie konspiracyjny uśmiech. No, ale to w sumie trzeba zobaczyć samemu, żeby zrozumieć, jak niesamowite wrażenie pozostawiają po sobie te dwie aktorki; pamiętne jak cały film. Nie da się ich nie lubić, pomimo okropnego czynu, jakiego się dopuściły. Im kibicujemy. Jonathanowi z całą pewnością nie.
Teddy: Widzi pan to zdjęcie, generale? To ja, a to pan.
Dr Einstein: Ależ się zmieniłem!
Teddy: Widzi pan, bo to zdjęcie jeszcze nie zostało zrobione.
Przedstawiliśmy sobie Mortimera Brewstera i jego ciotki, przejdźmy więc teraz do reszty ważnych dla tego wyjątkowego przedstawienia postaci. Mamy więc Teddy’ego Brewstera, bratanka sióstr. Teddy jest z wyglądu całkowicie normalnym człowiekiem, od zwykłego śmiertelnika różni go jeden, aczkolwiek raczej ważny fakt – myśli, że jest Theodorem Rooseveltem, dwudziestym szóstym prezydentem Stanów Zjednoczonych (1901-1909). W osobie Teddy’ego objawia się geniusz scenarzystów i jednocześnie jeden aspekt filmu, który może być raczej trudny do zrozumienia dla wielu polskich widzów. A chodzi mianowicie o to, że film Capry jest napakowany po brzegi odnośnikami do historii Stanów (Teddy Brewster w tym zdecydowanie przoduje), a także historii filmu (hołd m.
in. dla Borisa Karloffa, ale o tym później). Tak więc do lepszego zrozumienia tak czynów, jak i dialogów z Teddym pewna wiedza jest potrzebna, ale – i to najlepsze w całym filmie – absolutnie niekonieczna do rozkoszowania się absurdalnym humorem oferowanym przez tę postać.
Przykładowo, „znakiem firmowym” Teddy’ego jest wbieganie po schodach przy akompaniamencie trąbki i z okrzykiem „SZAAARŻA!” na ustach (odnośnik do Roosevelta, który był dowódcą ówczesnych komandosów przy zdobywaniu San Juan w wojnie amerykańsko-hiszpańskiej). Zabieg wydawałoby się dosyć prosty, ale jakże komiczny. Widząc wrzeszczącego na cały głos, budzącego pół osiedla Brewstera, nie sposób nie śmiać się do rozpuku. Taki sam efekt wywierają wszelkie próby porozumienia się z Teddym, które zawsze kończą się wyrazem krańcowego załamania na twarzy próbującego tego dokonać śmiałka. Postać ta została przedstawiona, tak jak reszta rodziny Brewsterów (oprócz czarnej owcy – Jonathana), w sposób ciepły i serdeczny. Tak, Teddy jest wariatem, ale nie stanowi dla nikogo zagrożenia, a wszelkie jego myśli i spostrzeżenia wzbudzają szczery uśmiech na twarzy. Nie sposób go nie polubić.
Jonathan: Chyba powinniśmy się przedstawić. To jest Dr Einstein.
Elaine: Dr Einstein?
Jonathan: Dokładnie tak, chirurg o wielu niesamowitych zdolnościach oraz… ktoś na wzór magika.
Elaine: A pan pewnie mi powie, że jest Borisem Kar…
Jonathan: Jestem Jonathan Brewster!
Następną w kolejce postacią jest kolejny Brewster – tym razem Jonathan, dawno zaginiony brat Mortimera. Cechą wyróżniającą Jonathana jest niesamowite podobieństwo do słynnego Borisa Karloffa – aktora, który uczynił postać Frankensteina nieśmiertelną i rozpoznawalną na całym świecie, aktora, który zdefiniował horror jako gatunek. Grający Jonathana Raymond Massey składa hołd słynnemu aktorowi, jest także ucharakteryzowany na Karloffa/Frankensteina – na całej twarzy ma pozakładane szwy. Dodatkowo, postać ta została nakreślona w taki sposób, aby wprowadzić do obrazu klimat grozy, którego Karloff jest niezaprzeczalnym symbolem. Jonathan jest osobą złą do szpiku kości; jedyną, która ani razu się w filmie nie uśmiecha.
Kibicować mu nie sposób, jest znakomitym przeciwstawieniem dla całej słodyczy i lukru prezentowanych przez resztę rodziny. Jest też dla scenarzystów idealnym katalizatorem wydarzeń. Pierwotnie w postać złego brata miał się wcielić sam Karloff (wielokrotne porównywanie Jonathana do Borisa miało stanowić smaczek dla widzów), ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że grał tę samą postać na deskach Broadwayu i nie chciał mieszać występowania w teatrze z graniem w filmie. Capra zaś nie miał ochoty czekać na ewentualny koniec scenicznej kariery „Arszeniku…” (co okazało się słuszną decyzją) i zatrudnił właśnie Masseya, który poradził sobie z rolą świetnie.
Jonathan: A teraz doktorze – czas się zabrać do pracy!
Dr Einstein: Nie Johnny. Nie mogę operować bez drinka.
Jonathan: Weź się w garść doktorku!
Dr Einstein: Nie mogę się wziąć w garść bez drinka!
Kolejny hołd kinu twórcy składają poprzez osobę Petera Lorre, wcielającego się w postać Dr. Einsteina (hehe). Kto nie zna Petera Lorre, jego twarzy, głosu i akcentu, nie zna jednego z najbardziej charakterystycznych aktorów w dziejach kina. Niemiecki aktor stał się symbolem dzięki swojemu głosowi, głupiemu uśmieszkowi i wyłupiastym oczom. To jego fizjonomię wykorzystali rysownicy z Warner Bros., tworząc postać zwariowanego doktorka pojawiającego się kilkukrotnie w kreskówkach o Króliku Bugsie i Kaczorze Duffym. Sam Tim Burton złożył mu swoisty hołd w swojej „Gnijącej pannie młodej” (robal z wyłupiastymi oczkami).
W „Arszeniku i starych koronkach” Peter Lorre zagrał pomocnika złowieszczego Jonathana Brewstera, uzależnionego od alkoholu Dr Einsteina, który robi mu co chwilę operacje plastyczne, dzięki czemu ten „wygląda jak Boris Karloff”. Zagrał także jakby swoją auto-parodię – uśmiechającego się głupkowato doktora, mającego problemy z językiem angielskim, dodatkowo nie stroniącego od alkoholu. On także dołożył swoje pięć groszy do obłąkańczego klimatu, który stanowi integralną część obrazu. Pomimo tego, Dr Einstein nie jest złą postacią – usiłuje ostrzec Mortimera przed niebezpieczeństwem. To człowiek, który po prostu wdał się w złe towarzystwo i robi wszystko, by przetrwać.
Taka charakterystyka może wydawać się nieco dziwna, skoro wielokrotnie pomagał Jonathanowi w zmianie rysów twarzy oraz pośrednio uczestniczył w dokonywanych przez niego morderstwach. Nic bardziej mylnego. Postać ta została dodana jako balans dla zła czającego się w Jonathanie. Lorre, dzięki wspomnianym wcześniej atrybutom, czyni osobę wspólnika bardziej przerysowaną i znośną, bo w końcu „Arszenik…” to przecież komedia, czarna, ale jednak. Ta dwójka stanowi o sile czarnego humoru w filmie. W jednej ze scen, Dr Einstein kłóci się z Jonathanem o to, kto zabił więcej ludzi – on czy jego ciotki. Wychodzi na to, że jest remis 12-12, ale sposób w jaki ten – bądź co bądź makabryczny – dialog został przedstawiony, zasługuje na najwyższe słowa uznania. Po prostu cudo!
Mortimer: Halo, centrala? Chciałbym rozmawiać z Sanatorium Happy Dale w Nowym Jorku. No dalej, co tak długo? To przecież zaraz za rzeką. Mógłbym tam dopłynąć szybciej! Nie, nie chcę Pralni Happy Dale. Prosiłem o SANATORIUM Happy Dale. Sanatorium, sanatorium, sanatorium! Tak wiem, że brzmię jak zepsuta płyta gramofonowa. Halo – słucham? Zajęte? Zajęte?! Tam zajęte, a tu ktoś chyba nie tego. Nie, nie jestem pijany proszę pani, ale jest to myśl godna rozpatrzenia.
Wśród tych wszystkich niezaprzeczalnych atutów filmu i tak największym jest niesamowita kreacja Cary’ego Granta. Jak napisałem wcześniej, jest to z pewnością jedno z jego największych dokonań. To, co aktor wyprawia na ekranie przechodzi najśmielsze pojęcie! To kwintesencja tego, co można zrobić z komediową rolą. Grant rozśmiesza do łez swoją mimiką; wiecznym zdziwieniem i ciągłym opadaniem szczęki, dzięki której wygląda, jakby sam nadawał się do psychiatryka. Do czasu Jima Carreya nie było aktora, który potrafiłby mimiką przekazywać tak wiele emocji. Świetna gra twarzą poparta jest genialnymi tekstami, które aktor wyrzuca z siebie, jakby się paliło. Cary robi to w jedyny, unikalny, zarezerwowany tylko dla siebie sposób – z mieszaniną sarkazmu, szczerości i elegancji – nie dziwne, że James Bond był po części wzorowany właśnie na nim.
Dzięki Grantowi, Mortimer dopełnia wszechogarniającą atmosferę obłędu w domu Brewsterów. To klasa sama w sobie. Aktor, którego komediowe dokonania stały się częścią hollywoodzkiej legendy. U boku Granta nie było mowy o złej obsadzie roli – Cary działał na partnerki jak magnes i dzięki temu na ekranie zawsze iskrzyło, tak od emocji, jak i romantycznych uniesień. To samo w „Arszeniku…” – chemia między nim a grającą Elaine Priscillą Lane jest niemal idealna. Wreszcie aktor, do którego komediowych dokonań nikt w historii kina nie zdołał się jeszcze zbliżyć i wątpliwym jest, czy ktoś kiedykolwiek zdoła.
Nawet wielki James Stewart nie śmieszył tak jak on. Za rolę Mortimera Brewstera aktor dostał sto tysięcy dolarów, które przeznaczył na fundusz ofiar II wojny światowej. Ciekawostką jest fakt, że Grant uważał tę właśnie rolę za wyjątkowo przeszarżowaną oraz jedną ze słabszych w karierze. Wielcy na ekranie nie zawsze muszą mieć rację poza nim.
Mortimer: Słuchajcie mnie kochane, jak on umarł?
Ciocia Abby: Oh Mortimerze, nie bądź taki wścibski. Ten dżentelmen umarł, ponieważ wypił trochę zatrutego wina.
Mortimer: Dobrze, ale skąd w winie wzięła się trucizna?
Ciocia Martha: Wlałyśmy ją do wina, ponieważ nie czuć jej tam tak bardzo. Wlaną do herbaty czuć na odległość!
Dialogi w „Arszeniku…” to mistrzostwo świata! Mało który film jest czy był w stanie się zbliżyć do tak wysoko zawieszonej poprzeczki. Fakt faktem, że gdyby nie odpowiedni dobór obsady (w tym niepowtarzalnego Granta), dialogi te stałyby się jedynie pustymi słowami na papierze, ale jakiś szacunek scenarzystom się należy. Oprócz iście fenomenalnej gry słów, film napakowany jest dużą dawką surrealizmu i absurdu (wspomniane wcześniej dysputy z Teddym). Dużo jest także czarnego humoru, który, odpowiednio podany, staje się częścią grozy i szaleństwa zalewającego dom Brewsterów. A to wszystko tak pięknie wpasowało się w ramy gatunkowe czarnej komedii; no bo czyż sama rozmowa pomiędzy Dr.
Einsteinem i Jonathanem o liczbie zamordowanych ludzi nie jest przepięknie makabryczna? Albo pierwsze „spotkanie” Mortimera ze zwłokami pana Hoskinsa (ostatni „szczęśliwiec”, któremu ciocie pomogły w walce z samotnością); wyraz zdziwienia na twarzy Mortimera – bezcenny!
To wszystko nie jest tak dosłowne jak w dzisiejszych komediach; niektóre sytuacje, szczególnie te dawkowane makabrą, wymagają od widza użycia wyobraźni. I tak Jonathan przechwala się, jak to torturował kogoś metodą „taką jak w Melbourne”, ale nie jest nigdzie powiedziane, co to dokładnie oznacza; znamy tylko czas trwania „sytuacji w Melbourne” – dwie godziny. Resztę trzeba sobie dopowiedzieć samemu. Tak więc ten specyficzny klimat, unoszący się nad filmem, jest zależny także od samego widza, który musi się zmusić do aktywnego uczestnictwa w przedstawianej historii. Musi zadecydować, czy chce „wejść” w historię w stu procentach, czy może nie ma na to odpowiednich nerwów.
Wszystkie sytuacje, które widzimy, oraz dialogi, które słyszymy sprawiają, że z minuty na minutę widz przyzwyczaja się coraz bardziej do surrealistycznego klimatu szaleństwa budowanego przez reżysera; w końcu obłęd bywa zaraźliwy! Co więcej, pod koniec, kiedy już sami bohaterowie na sytuacje, które zmartwiłyby każdego porządnego wariata, reagują obojętnością, widz czyni dokładnie to samo. Wydaje się, że dom Brewsterów jest światem samym w sobie, innym od tego, co dzieje się na zewnątrz, a zarazem niesamowicie fascynującym. To jest tak, jakby w tym domu istniały zupełnie inne zasady i śmiem twierdzić, że gdyby prawo grawitacji przestało nagle działać, widz przyjąłby to bez mrugnięcia okiem, jako coś naturalnego, co może się wydarzyć tylko tam.
Wielkie brawa dla Capry za stworzenie w filmie tak wspaniałego klimatu, po którym definicja słowa „dziwne” nabiera zdecydowanie innego znaczenia. Po „Arszeniku i starych koronkach” nawet taksówkarz twierdzący, że jest czajnikiem do kawy, nie robi większego wrażenia…
Ciocia Martha: Na galon wina z bzu należy wsypać jedną łyżeczkę arszeniku, pół łyżeczki strychniny oraz szczyptę cyjanku.
Mortimer: Musi mieć niezłego kopa!
Frank Capra to geniusz kina, mało kto temu zaprzeczy. W swoich filmach traktował o wielu sprawach, tak przyziemnych, jak i bardziej abstrakcyjnych, lecz zawsze przyświecał mu jeden cel. Mianowicie reżyser robił filmy dla wszystkich, jego obrazy to filmy ku pokrzepieniu serc i ducha, skonstruowane w taki sposób, by pomimo wszelkich „złych” rzeczy w nich zawartych, zawsze na końcu przedstawiać jakiś morał lub szczęśliwe zakończenie. To samo jest i w „Arszeniku…”. Mało któremu twórcy udałoby się przedstawić temat choroby psychicznej i mordowania ludzi w sposób śmieszny, a jeszcze mniejsze grono dałoby radę pokazać to tak, żeby się zrobiło przyjemniej na serduchu.
A w takim właśnie stanie pozostaje widz po zakończeniu filmu, pomimo całej psychodelii, jaką przyszło mu oglądać. Tylko jednemu reżyserowi udało się tak genialnie przedstawić sprawy poważne w komediowym tonie – Stanleyowi Kubrickowi w jego „Dr. Strangelove”.
„Arszenik i stare koronki” to przykład kina wielkiego, przykład tego, co nazywamy magią kina. To komedia idealna, która rozśmieszy wszystkich, nawet tych, którzy nie trawią czarnego humoru. To składanka gatunków, którą można porównać do idealnej formuły chemicznej. Mix, na który składa się groteskowo-makabryczna czarna komedia, naszpikowana humorem sytuacyjnym i odpowiednimi do tego dialogami komedia pomyłek, i wreszcie ta tzw. „screwball comedy”, objawiająca się w abstrakcyjno-absurdalnej fabule, popartej dynamicznym tempem i mistrzowskimi dialogami. Wszystko to, z pomocą obsady, łączą w osobie głównego bohatera Cary Grant i Frank Capra.
„Arszenik i stare koronki” to jazda bez trzymanki, w której nigdy nie wiadomo, co się znajduje za kolejnym zakrętem i nawet po kilku seansach odkrywa się jakiś nowy aspekt filmu. To obraz warty polecenia każdemu szukającemu komediowej rozrywki, film, który pomimo tego, że ma już na karku 62 lata i był kręcony w technice czarno-białej, nie zestarzeje się nigdy i będzie bawił kolejne pokolenia ludzi zafascynowanych kinem. Ten film mógł powstać tylko i wyłącznie w złotej erze Hollywood, wszędzie indziej byłby to tylko zmarnowany potencjał. Zwyczajowe polecenie wypada tu trochę nie na miejscu – każdy powinien chociaż raz w życiu zobaczyć arcydzieło Capry i Granta, choćby tylko po to, żeby mieć świadomość tego, że kiedyś trochę inaczej zabawiano widza; używając innych środków wyrazu i ufając jego inteligencji. Takich komedii już niestety nie kręcą…
Mortimer: To się zaczyna przeradzać w zły nawyk! Nie wiem jak wam to wyjaśnić… To nie tylko nielegalne, ale też ZŁE!
Z dedykacją dla ARRAKIN – za zarażenie mnie klasycznymi komediami.
Tekst z archiwum film.org.pl (2006).
