Connect with us

Publicystyka filmowa

SERGIO LEONE. Oceniamy wszystkie filmy na dwa głosy

Odkryj magię SERGIO LEONE, mistrza kina, której filmy wciąż zachwycają. Doceniamy jego twórczość z pasją i dreszczykiem emocji.

Published

on

SERGIO LEONE. Oceniamy wszystkie filmy na dwa głosy

Sergio Leone był jednym z tych autorów X muzy, którzy nie tworzyli dużo, ale za to dobrze. Jednym z tych, na którego filmy kiedyś czekało się z wypiekami na twarzy, a po latach wciąż ogląda się z przyjemnym dreszczykiem na plecach. Był twórcą wielkim dosłownie i w przenośni. Jednym z tych, którzy budowali historię filmu. I niestety także jednym z tych, którzy odeszli przedwcześnie, nie zrealizowawszy wszystkich swoich marzeń.

Z okazji 30. rocznicy śmierci mistrza dwójka jego fanów bierze pod lupę cały dorobek reżysera – zarówno ten oficjalny, jak i zrealizowany przypadkiem, wespół z innymi osobami.

Advertisement

Katarzyna Kebernik: Ten tekst chciałaby dedykować starszemu bratu, który dawno temu w Polsce zmusił ją, by obejrzała z nim Dawno temu w Ameryce. Protestowała i marudziła, ponieważ była tylko głupią gówniarą gardzącą produkcjami dłuższymi niż półtorej godziny, ale seans rzucił na nią czar – a z upływem lat dostrzegała w filmie coraz więcej. Miłość do dzieł Leone to proces i związek na całe życie.

Jacek Lubiński: Zaliczający Leone do grona najważniejszych twórców kina, bez którego byłoby ono puste i niekompletne. Uwielbia zwłaszcza perfekcyjnie czystą, bezgranicznie inspirującą stronę audiowizualną jego filmów.

Advertisement

Uwaga! Na końcu zestawienia znajdziecie ankietę!

Ostatnie dni Pompei (1959)

Katarzyna Kebernik: Razem z Jackiem postanowiliśmy uwzględnić nie tylko „siedmiu wspaniałych”, czyli dzieła samodzielnie wyreżyserowane przez Leone, ale i cztery filmy, pod którymi co prawda podpisał się ktoś inny, jednak wkład Włocha w ich powstanie był znaczący. W przypadku Ostatnich dni Pompei sprawa wyglądała następująco: reżyser Mario Bonnard zachorował i jego asystent, Sergio Leone, dokończył za niego film.

Advertisement

W ten sposób twórca Pewnego razu na Dzikim Zachodzie po raz pierwszy, w wieku 30 lat, zasiadł na krzesełku reżysera, co stanowiło ukoronowanie jego wieloletnich planów i marzeń. Wcześniej pełnił inne funkcje na planie filmowym – pomagiera, asystenta, scenarzysty. Kino towarzyszyło mu od najmłodszych lat: w końcu jego rodzicami byli reżyser Vincenzo Leone i aktorka Bice Waleran. Same Ostatnie dni Pompei to typowy sandał: spodoba się chyba tylko najgorliwszym fanom tego gatunku. Warto je jednak obejrzeć choćby po to, by zobaczyć, że nawet największy mistrz musi jakoś zacząć, a jego geniusz nie jest wyłącznie wynikiem talentu, ale również (a może przede wszystkim) ciężkiej pracy, doświadczenia i uporu.

Jacek Lubiński: Prawdziwa mieszanka jakościowa, która oficjalnie wyszła spod ręki Mario Bonnarda, ale w lwiej części nakręcona została przez jego asystenta, czyli właśnie Leone. Generalnie to mało ambitne peplum, gdzie kicz i uznani aktorzy idą ręka w rękę, a my oglądamy to wszystko jednym okiem. Co prawda sama sekwencja destrukcji tytułowego miasta potrafi zrobić wrażenie nawet dziś, ale całościowo to film poniżej przeciętnej, ginący pośród wielu innych reprezentantów gatunku sandałowego.

Advertisement

Kolos z Rodos (1961)

Katarzyna Kebernik: W Kolosie z Rodos, swoim pełnoprawnym debiucie, Leone kontynuował tematykę starożytną i pozostawał w ramach gatunku peplum. Tematyka historyczna i mitologiczna interesowała go zresztą także prywatnie. Kolos… to produkcyjniak powstały na zamówienie studia: jedno z wielu taśmowo produkowanych widowisk historycznych, które pół wieku temu były niezwykle modne i popularne, przyciągały do kin tłumy ludzi i choć kosztowały sporo, to przynosiły jeszcze większe zyski.

A jednak wyczuwa się tutaj kiełkującą osobowość zdolnego twórcy. Uwagę zwraca pietyzm realizacyjny, starannie odtworzone budowle, wnętrza i stroje, zachwycające krajobrazy i estetyczne zdjęcia: dzięki temu wszystkiemu możemy przenieść się razem z głównym bohaterem do pogrążonego w politycznym chaosie, antycznego Rodos. Już na tym etapie swojej kariery Leone był perfekcjonistą i tytanem pracy nieuznającym bylejakości. Maksymalizm i rozmach staną się wkrótce jego znakami rozpoznawczymi.

Advertisement

Jacek Lubiński: Debiut reżyserski z prawdziwego zdarzenia. Jeszcze jedno widowisko sandałowe, na które wyraźnie nie szczędzono środków. Nawet niegłupi scenariusz, solidne aktorstwo i sprawna ręka Leone sprawiają, że mimo typowej dla gatunku realizacyjnej tandety i swoistego kiczu oraz blisko dwóch i pół godziny metrażu jest to całkiem niezły i sprawny film, który dobrze się ogląda. Co ciekawe, da się w nim zauważyć wyraźne podwaliny pod przyszłe projekty. I choć nie jest to ani wielkie, ani tym bardziej pozbawione wad kino – wyraźnie brakuje iskry bożej – to można jedynie żałować, że Leone później nie podejmował już podobnych przedsięwzięć.

Advertisement

Za garść dolarów (1964)

Katarzyna Kebernik: Pierwszy ważny film Leone z miejsca odniósł sukces kasowy, choć krytycy nie od razu docenili jego kunszt, zarzucając obrazowi wulgarność, kicz i schlebianie tanim gustom (!). Czas stanął po stronie widowni: dziś film jest klasyką, nie tylko westernu.

Premierze towarzyszyła aura skandalu: Za garść dolarów jest mocną zrzynką ze Straży przybocznej Kurosawy, za co Japończyk wytoczył proces Włochowi. Sąd przyznał rację twórcy Siedmiu samurajów. Cóż, jak głosi pewne mądre powiedzenie: zdolni twórcy się inspirują, a wybitni kradną. Młody Leone, szukając własnej drogi i wypracowując unikatowy styl, sięgał po najlepsze możliwe wzorce.

Advertisement

Paradoksalnie, mieszając kino azjatyckie z amerykańskim, osadzając historię Kurosawy w stylistyce westernu, stworzył coś oryginalnego i prekursorskiego. Pierwsza część dolarowej trylogii może wydawać się nieopierzona w porównaniu z późniejszymi dziełami reżysera, ale to wciąż wciągająca historia z rewolucyjną, niezwykle jak na tamte czasy nowoczesną muzyką Morricone w tle. Kompozytor stał się nie tylko stałym współpracownikiem reżysera, ale też jego najbliższym przyjacielem – to doskonałe porozumienie twórców widać na ekranie.

Pomyśleć, że ta słynna ścieżka dźwiękowa powstała… z oszczędności. Orkiestra symfoniczna była zbyt droga, Morricone musiał więc kombinować i eksperymentować z mniej oczywistymi instrumentami i efektami dźwiękowymi.

Advertisement

Jacek Lubiński: Pierwszy western i doskonała wprawka przed kolejnymi dokonaniami. Nie dziwi fakt, że film ten wpłynął na nieprzychylny odbiór poprzednich prób reżyserskich Leone i przyszło się go uważać za faktyczny debiut tego twórcy – tu jeszcze nie w pełni wykorzystującego swój pełny potencjał, ale już opowiadającego własnym, charakterystycznym językiem. Nie jest to dzieło tak dopracowane, jak późniejsze odsłony trylogii dolarowej, lecz samoistnie pozostaje bardzo dobrym kinem – w dodatku, zważywszy na swój mało oryginalny rodowód i pomimo upływu lat, niezwykle świeżym, do którego chętnie wracam.

Advertisement

Za kilka dolarów więcej (1965)

Katarzyna Kebernik: Pierwsza, ale nie ostatnia dziesiątka, jaką wystawię filmowi w tym artykule. Uprzedzam, że najwyższe noty rozdaję tutaj może nieco zbyt szczodrze, ale no cóż. Oceniam filmy Leone. Nie zamierzam się snobować i hipsterzyć, że nie robią na mnie wrażenia, jak robią.

Advertisement

I na każdym miłośniku kina powinny. Do Za kilka dolarów więcej mam w ogóle ogromny sentyment, bo to był pierwszy western Leone, jaki obejrzałam. Nie jestem szczególną fanką tego gatunku, a tu – bum! Natychmiastowy zachwyt. Przede wszystkim – to film, w którym wykrystalizował się autorski styl Leone. Relatywizm moralny, perfekcyjna symbioza obrazu i dźwięku, długie zbliżenia, powolne tempo, brutalność. Do tego dochodzi świetny Clint Eastwood: castingowy strzał wart nie garści, ale milionów dolarów. Jego pozbawiony imienia rewolwerowiec to jedna z najbardziej intrygujących postaci filmowych wszech czasów.

Zainspirował niepoliczalną rzeszę ekranowych bohaterów i antybohaterów, od Antona Chigurha po Kierowcę z Drive. W poprzedniej części dolarowej trylogii Bezimienny był charyzmatyczny i enigmatyczny, ale nie miał w sobie jeszcze takiej ilości moralnej ambiwalencji – wyraźnie opowiadał się po stronie dobra, nadstawiał karku dla uciśnionej kobiety. Wiedzieliśmy, że to jemu należy kibicować. W Za kilka dolarów więcej bohater Eastwooda jest już zimny, wyrachowany, o nieodgadnionych motywacjach: nie wiemy, czy mamy się nim fascynować, czy bardziej się go bać. Na Dzikim Zachodzie Leone nie jest bezpiecznie i komfortowo.

Advertisement

Jacek Lubiński: Pierwszy prawdziwie natchniony film Leone. Chociaż powstałe zaledwie rok wcześniej Za garść dolarów to produkt bardzo dobry, to jednak daleki od wybitności, o którą „sequel” już się ociera – przynajmniej momentami. Środkowa część trylogii pozbawiona jest już swoistej toporności poprzednika, sama historia wydaje się również bardziej wciągająca, lepiej przemyślana i posiada więcej głębi. Także technicznie stoi o klasę wyżej. Nie jest to może jeszcze TEN poziom, lecz nie umniejsza to jakości samego dzieła, które nic a nic się nie starzeje i po prostu znakomicie się ogląda od pierwszej do ostatniej sekundy. I bez którego nie byłoby wszak następnego filmu…

Advertisement

Dobry, zły i brzydki (1966)

Katarzyna Kebernik: Dla mnie – najlepszy film Sergio Leone, minimalnie wygrywający z Pewnego razu na Dzikim Zachodzie. O ile hasłem opisującym Once Upon a Time in The West jest w moim odczuciu „melancholia”, tak The Good, The Bad and The Ugly najlepiej określa słowo „przygoda”.

Advertisement

Idealny mariaż świetnej zabawy i satysfakcjonującego kina gatunkowego z artyzmem, sztuką, perfekcją audiowizualnego arcydzieła, potęgą filmowego ujęcia. Najbardziej w dolarowej trylogii podobają mi się komiksowość, zgrywa, przymrużenie oka. Włoch wyczuwał postmodernistyczne trendy w kinie, nim zaczęto głośno o nich mówić. Wszystko – od dynamicznej, animowanej czołówki, przez przerysowanych w swej twardości bohaterów, po nieupiększoną przemoc – jest maksymalnie filmowe, umowne i popkulturowe. To świat stworzony przez reżysera po to, by nas zachwycać, wciągać, pobudzać wyobraźnię. Dobry, zły i brzydki to także ulubiony film Tarantino i widać bardzo wyraźnie, jak wiele zawdzięcza mu twórca Pulp Fiction: reżyser nie kłamie, kiedy z pasją opowiada w wywiadach, jak to uczył się od Leone budowania napięcia i kręcenia efektownych, spektakularnych scen. Obu twórców łączy coś jeszcze – zmysł muzyczny. Ennio Morricone jest praktycznie współautorem Dobrego, złego i brzydkiego.

Dziś mówiąc „western”, słyszymy w głowie motyw przewodni z tego filmu. Osoba niewrażliwa na muzykę nigdy w pełni nie pojmie geniuszu tak tego, jak i pozostałych arcydzieł Leone. Nie zapominajmy też o wkładzie Tonino Dellego Collego – wybitnym operatorze, który przy okazji tego filmu pracował z reżyserem po raz pierwszy.

Advertisement

Jacek Lubiński: Przede wszystkim popis tytułowego tria w osobach Eastwooda, Van Cleefa i Wallacha, którzy już sami w sobie stanowią pewnego rodzaju samograj. To wspaniały pojedynek charakterów, doskonale zainscenizowany przez Leone, który wraz ze swoimi bohaterami zaprasza nas na zaskakującą odyseję po Dzikim Zachodzie (w końcu kto z zasiadających do dziewiczego seansu spodziewał się takiego bogactwa świata przedstawionego?). Prawdziwą wyprawę w nieznane, która z jednej strony zdaje się nie mieć końca, a z drugiej mija tak błyskawicznie i sprawnie, że trudno się nie zachwycić reżyserską wirtuozerią.

Advertisement

Do tego momentu było to najwybitniejszy film Leone. Gdyby po nim zechciał udać się na emeryturę, z pewnością zagwarantowałby mu nieśmiertelność. Nadal zresztą słusznie zalicza się do jego najlepszych (arcy)dzieł, nie bez kozery hipnotyzując kolejne pokolenia widzów.

Advertisement

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (1968)

Katarzyna Kebernik: Ciemne, męskie sylwetki w długich płaszczach pojawiają się w drzwiach pośród absolutnej ciszy, a po moim karku przebiega dreszcz strachu… Kocham intro tej najwspanialszej westernowej opery w historii kinematografii. Jest jak chrzest i test: ostentacyjna nuda i dłużyzny wymęczą słabych, ale prawdziwych rewolwerowców zahipnotyzują i zaczarują.

Ci pierwsi niech powrócą za kilka lat: być może czas utwardzi ich na tyle, by ponownie stanęli do pojedynku. Tych drugich Leone będzie trzymał jak urzeczonych na muszce aż do końcowych napisów, nie serwując w ciągu dwóch godzin i czterdziestu pięciu minut ani jednej zbędnej lub źle nakręconej sekundy. Dziki Zachód jest dla reżysera jedynie fasadą, punktem wyjściowym do tworzenia mitu. Ten film jest jak esencja mężczyzny, zaklina w obrazie wszystko to, co archetypicznie i kulturowo łączymy z męskością. To kino introwertyczne, wyciszone, owiane tajemnicą i nieodsłaniające wszystkich kart, a przy tym szorstkie i bezpośrednie, używające słów tylko tam, gdzie to konieczne: zawsze z zabójczą precyzją.

Advertisement

To opowieść o honorze, zemście, rywalizacji i ratowaniu księżniczki; o sile, wolności, dumie, życiu według własnych zasad. To bohater w typie samotnego wilka, emanujący pewnością, chodzący swoimi drogami, zależny od nikogo i niczego. Jako kobieta czuję się tą męskością uwodzona; wyobrażam sobie jednak, że na mężczyzn filmy Leone oddziałują jeszcze inaczej, przemawiając wprost do ich wewnętrznej natury, jej najgłębszych tęsknot i pragnień.

Advertisement

Jacek Lubiński: Czy można jeszcze napisać o tym filmie coś nowego? To perfekcyjne zespolenie obrazu, dźwięku i muzyki; znakomita, wielowarstwowa historia z galerią niezwykle barwnych, pełnokrwistych postaci, które odbijają się od siebie w wielowątkowej, skomplikowanej i potrafiącej zaskoczyć fabule, która wydaje się wręcz zbyt ambitna jak na western. I te pamiętne zbliżenia na oczy głównych bohaterów… To definitywne spojrzenie na spalony słońcem, zbudowany z drobnych elementów różnych kultur Dziki Zachód, zobrazowany wspaniałymi panoramami i niesamowitymi ujęciami, jakby żywcem wyjętymi z pionierskich czasów.  Ale nie tylko. To w końcu też prawdziwa esencja kina, w pełni pokazująca jego siłę.

Advertisement

Garść dynamitu (1971)

Katarzyna Kebernik: Wyjątkowy film w dorobku Leone. Kolejny perfekcyjnie zrealizowany western, ale tym razem zamiast twardego Złego czy charyzmatycznego Dobrego w centrum stoi niepozorny Brzydki. W miejsce nihilizmu i ambiwalencji reżyser serwuje ciepło, a także humor, który oczywiście jest obecny nawet w „poważnych” arcydziełach Leone, ale nigdzie w tak dużej dawce, jak tutaj.

Nigdzie też Włoch nie opowiedział historii z perspektywy szarego, nieatrakcyjnego człowieka, ubogiego everymana i faceta z ludu – tutaj interesują go those who dig. Akcja filmu oscyluje wokół meksykańskiego powstania Zapaty; bohater Jamesa Coburna (pamiętny szeryf Pat Garrett) walczył też w przeszłości o wolność Irlandii. I choć jego partner, Meksykanin grany przez Roda Steigera, pozornie służy głównie za akcent komediowy, to tak naprawdę jego prosty system wartości oraz niechęć do rewolucji – „wywoływanych przez uczonych ludzi, którzy naczytali się bzdur w swoich książkach, a prości ludzie dają się im wykorzystywać” – sportretowane zostały z szacunkiem.

Advertisement

Problemy Meksykanów są realne, ujęcia wojny i walki – wbijające się w pamięć i poruszające. W doskonałej, początkowej scenie w wagonie ukazana została cała ohyda białych „panów”, postrzegających Latynosów jako podludzi i zwierzęta. W drugiej części obrazu lekkość i przygoda płynnie nabierają ciężaru, a całość staje się prawdziwie przejmująca. Nie mogę tylko odżałować, że z dwóch angielskich tytułów filmu nie przyjął się w Polsce ten fajniejszy: Duck, You Sucker!

Advertisement

Jacek Lubiński: Trochę zapomniane osiągnięcie w dorobku westernowym, stojące niesłusznie w cieniu innych dokonań Leone na tym polu. Nie wiem czemu, bo historia to przednia, zaskakująco dojrzała i ambitna, gdyż wychodząca nieco dalej poza motywy napędzające filmy z Clintem Eastwoodem. Owszem, ciutkę brakuje mu do Pewnego razu…, z którego rozwiązań także poniekąd korzysta. Ale to i tak kino wielkie pod niemal każdym względem – aktorstwa, realizacji, fabuły, emocji. W swoim ostatnim pełnoprawnym westernie Leone pokazuje, że nie tylko gatunek ten ma w małym palcu, lecz także kino, które rozumie jak mało który twórca. Świetna rzecz!

Advertisement

Nazywam się Nobody (1973)

Katarzyna Kebernik: Po Garści dynamitu Sergio Leone przez trzynaście lat nie nakręcił żadnego autorskiego filmu. Zbierał środki i siły do swojego wielkiego, wymarzonego projektu: Dawno temu w Ameryce. Reżyser nigdy nie uznawał półśrodków i potrafił poświęcić się całkowicie, byle osiągnąć wymarzony efekt.

Nie oznacza to jednak, że siedział przez te wszystkie lata bezczynnie. Był m.in. pomysłodawcą i współproducentem Nazywam się Nobody oraz faktycznym reżyserem części materiału nakręconego do tego filmu. Ten obraz Tonino Valeriiego jest całkiem udaną komedią, parodiującą spaghetti westerny. W rolach głównych zobaczymy Henry’ego Fondę i Terence’a Hilla – obaj wcielają się w istne antytezy chłodnych, okrutnych mężczyzn zaludniających westerny Leone. Największym problemem tej ciepłej, urokliwej opowieści jet jej nierówność: od razu widać, które sceny nakręcił Leone, a które Valerii – z niekorzyścią dla tego drugiego. Film chwilami nuży, chwilami bywa głupawy, ale ogólnie zapewnił mi dobrą zabawę. Nie czuję jednak większej potrzeby, by do niego wracać.

Advertisement

 

Jacek Lubiński: Film, który Leone chciał nakręcić jako definitywną zgrywę ze spaghetti westernu, ostatecznie zawdzięcza mu tylko scenariusz oraz zaledwie kilka wyreżyserowanych przez niego scen – ważnych jednak dla fabuły. Niemniej duch reżysera, dostrzegalny w stylu, wyraźnie unosi się nad tym generalnie lekkim i komediowym, ale posiadającym kilka mocarnych momentów dziełem, które nie może stawać w szranki z najlepszymi dokonaniami twórcy, ale też i daleko mu do tych najgorszych. Plusy dominują tu nad minusami, a całość stanowi faktycznie najlepszy świadomy pastisz gatunku.

Advertisement

Geniusz, dwóch kumpli, kurczak
(Un genio, due compari, un pollo; 1975)

Katarzyna Kebernik: Kontynuacja My Name is Nobody, nakręcona po sukcesie kasowym tego filmu. Tym razem z Damiano Damianim w roli reżysera, choć w dalszym ciągu pod nadzorem Leone. Sequelowi brakuje nieco świeżości i pazura pierwowzoru, ale to w dalszym ciągu udany pastisz na spaghetti westerny. Powinien spodobać się tym, którzy polubili się z jedynką, oraz fanom westernów, którzy wyłapią wszystkie prztyczki i nawiązania.

Advertisement

Na uwagę po raz kolejny zasługuje score Morricone, mogący posłużyć za doskonały przykład humoru w muzyce. Nazywam się Nobody oraz Geniusz, dwóch kumpli, kurczak układają się w uszczypliwy, ale pełen miłości list pożegnalny do filmowego Dzikiego Zachodu. Oto Sergio Leone zakończył swoją przygodę z westernem, wyśmiewając się z niego. Ostrzem satyry przebił niemal cały swój dotychczasowy dorobek. Taki dystans może zaskakiwać u mężczyzny, który tak poważnie traktował swoją pracę, stresował się odbiorem swoich dzieł i każdym kontaktem z prasą; który uchodził za niezwykle cichego i skromnego człowieka – choć potrafił walnąć pięścią w stół, gdy coś mu się nie spodobało.

 

Advertisement

Jacek Lubiński: Nieoficjalny sequel wcześniejszego filmu, którego Leone został nieuwzględnionym w napisach producentem i współreżyserem. Tym samym jest to jego ostatnie dzieło w westernowym gatunku. Czy dobre? Na pewno zabawne i pozbawione nudy, a miejscami także potrafiące pozytywnie zaskoczyć. Nie ma się jednak co oszukiwać, bo całość stoi o poziom niżej od poprzednika, z którym zresztą wiąże je praktycznie tylko główny bohater. Nie jest to złe kino, ale nie dziwi fakt, iż Leone nigdy na nim specjalnie nie zależało.

 

Advertisement

Dawno temu w Ameryce (1984)

Katarzyna Kebernik: Ktoś kiedyś powiedział o filmach Leone – nie pamiętam kto, może któryś z komentujących mi podpowie? – bardzo trafną rzecz. Nazwał je długimi passusami ciszy i melancholii rozrywanymi przez nagłe, niespodziewane erupcje gwałtownych emocji i przemocy. Czy coś w tym stylu, piszę z pamięci.

Zdanie to jak ulał pasuje do monumentu, jakim jest ostatni film Leone. U mnie na trzecim miejscu prywatnej listy najlepszych filmów Włocha: przegrywa o setne sekundy z Dobrym, złym i brzydkim oraz Pewnego razu na Dzikim Zachodzie – romantyczna fantazja tych westernów czaruje mnie ciut bardziej. Może kiedy zacznę się starzeć i, tak jak Klucha, spoglądać na swoją przeszłość, to i Dawno temu w Ameryce wskoczy na pierwsze miejsce? To w końcu ubrana w konwencję kina gangsterskiego opowieść o przemijaniu i nostalgii, o zmarnowanym życiu i nieodwracalności czasu, o niewykorzystanych szansach i niespełnionych miłościach.

Advertisement

To dojrzałe dzieło dojrzałego mężczyzny, rozliczającego się ze swoim życiem i twórczością. Najsubtelniejszy, najbardziej intymny, skupiony na relacjach i pogłębiony psychologicznie film Włocha. Swoisty trójkąt – Klucha, Deborah i Max – interpretowano na tysiąc sposobów, choćby jako walkę id, ego i superego. Każde ujęcie gęste jest od symboliki.

Advertisement

Jacek Lubiński: Ostatni film jest tym naprawdę godnym mistrza, którym Leone bez dwóch zdań był. Podobnie jak wcześniejszy westernowy fresk, z którym Dawno temu… tworzy nietypowy dyptyk, jest to fascynujące formalnie dzieło i zarazem wciągająca, wielopoziomowa, misternie ułożona historia. Jedno idealnie uzupełnia tu drugie, a wspólnie składają się na film szczególny i wyjątkowy – jakże podobny stylistycznie do pozostałych produkcji Leone, od których jednocześnie tak mocno się różni. To jedna z tych pozycji, które są wielkie nie tylko z nazwy i które dostały się do kanonu nie bez przyczyny.

Epicki, prawdziwe unikatowy i ponadczasowy to tytuł – i to dosłownie, bo wciąż powraca w swoich kolejnych, nowo odkrytych, rozszerzonych wersjach, zachwycając zawsze, niezależnie od tego, którą się wybierze.

Advertisement

Leone miał wiele planów, które zamierzał zrealizować po Dawno temu w Ameryce. Marzył mu się remake Przeminęło z wiatrem (sama myśl o potencjalnym efekcie końcowym przyspiesza tętno). Rozpoczął intensywne przygotowania do Leningradu, epickiego historycznego fresku. Nie ukończył go – zmarł na serce w wieku 60 lat.

Advertisement

A wasz ulubiony film reżysera to…? Głosujcie!

(function(d,s,id,u){ if (d.getElementById(id)) return; var js, sjs = d.getElementsByTagName(s)[0], t = Math.floor(new Date().getTime() / 1000000); js=d.createElement(s); js.id=id; js.async=1; js.src=u+’?’+t; sjs.parentNode.insertBefore(js, sjs);
}(document, 'script’, 'os-widget-jssdk’, 'https://www.opinionstage.com/assets/loader.js’));

Advertisement

film.org.pl - strona dla pasjonatów kina tworzona z miłości do filmu. Recenzje, artykuły, zestawienia, rankingi, felietony, biografie, newsy. Kino klasy Z, lata osiemdziesiąte, VHS, efekty specjalne, klasyki i seriale.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *