Connect with us

Zestawienie

3 serie SCIENCE FICTION, w których każda odsłona jest ARCYDZIEŁEM

Niezwykle ciężko jest przywołać choć jedną serię, w której każda z odsłon byłaby arcydziełem, a jak zawęzimy to do science fiction, to jest jeszcze gorzej.

Published

on

Astronaut in a yellow suit walks down a futuristic white corridor lined with screens showing neon city scenes.

Kiedy myślimy o seriach czy franczyzach, w zasadzie jakichkolwiek, to niezwykle ciężko jest przywołać choć jedną, w której każda z odsłon byłaby arcydziełem albo przynajmniej była blisko. Jak zawęzimy to do science fiction, to w ogóle wchodzimy na grząski grunt, bo tu jest jeszcze gorzej. Może jedne Gwiezdne wojny przed Mroczym widmem albo Obcy przed czwartą odsłoną Jeuneta. Ale z perspektywy dnia dzisiejszego? Będzie trudno, ale te trzy poniższe, nawet jeżeli nie trafiają w gust każdego i nieco naciągają definicję hard i arcydzieła, to są niezwykle blisko.

Advertisement

Ghost in the Shell (filmy anime)

Film z 1995 roku śledzi agenta federalnego tropiącego nielegalnego hakera zdolnego zmieniać ludzkie umysły poprzez cybernetyczne implanty. Choć futurystyczna technologia wydaje się ekstrawagancka, Ghost in the Shell traktuje ją z realizmem, ostrzegając przed niebezpieczeństwami technologii wkraczającej w codzienne życie. Bez najmniejszej wątpliwości najważniejsze dzieło cyberpunku w wydaniu anime.

Ghost in the Shell 2: Innocence jest często pomijany, ale pod wieloma względami dorównuje oryginałowi. Wnika jeszcze głębiej w motywy poprzednika, śmiało przewidując ponurą przyszłość, w której ludzie są jeszcze bardziej wyobcowani z własnego człowieczeństwa. Seria stanowi nie tylko kwintesencję cyberpunku, ale także znakomitą twardą science fiction.

Advertisement

Michał Włodarczyk pisał o nim tak: […] Olbrzymi nacisk położono na stronę merytoryczną, niecodzienną koncepcję prowadzonych przez postaci dialogów, […] zapierającą dech w piersiach oprawę audio-wizualną oraz, niejako na deser, trzy długie, świetnie zrealizowane sceny akcji: tyle oferuje Innocence, w wielkim stylu kontynuując kwestie i wątki poruszone w pierwowzorze. Niezależnie od tego, czy ktoś lubi cyberpunk czy nie, powinien ten film obejrzeć. Jeśli nawet nie interesuje go poszukiwanie wraz z bohaterami idei oraz próba zdefiniowania „ducha”, może przynajmniej posłuchać i popatrzeć. A zaprawdę powiadam, że jest na co.

GHOST IN THE SHELL 2: INNOCENCE

Łowca androidów (filmy)

Mimo że obu filmom z serii było daleko do kasowego sukcesu, to tworzą jedną z najlepszych serii twardej science fiction wszech czasów. Nie będziemy was obrażać przytaczając treść tego kluczowego dla science fiction dzieła – napiszemy tylko, że dzięki wizualnej estetyce inspirowanej noir i subtelnej futurystycznej technologii, Blade Runner jest równie piękny co intrygujący, nie obawiając się zadawać trudne pytania o istotę człowieczeństwa.

Advertisement

Blade Runner 2049 może nie dorównał poprzednikowi, ale wszedł w nim konstruktywną dyskusję i rozwinął jego mitologię do epickiej skali. Z każdym rokiem Łowca androidów wydaje się coraz bardziej realistyczny, a nadchodzący serial ma to jeszcze dodatkowo wzmocnić. Krzysztof Nowak pisał o nim tak:  Zadawane w Blade Runnerze Ridleya Scotta pytania o naturę człowieczeństwa, do dzisiaj będące nieodzowną częścią każdego cyberpunkowego dzieła, w wydanej 35 lat później kontynuacji wciąż rozbrzmiewają z podobną mocą.

Jak się okazuje, upływ czasu wcale nie przyniósł oczekiwanych odpowiedzi, a obecne w pierwowzorze analogie bez problemu można było przenieść także do współczesnego filmu. I choć technologicznie oraz ewolucyjnie jesteśmy daleko od wizji proponowanej w roku 1982, to wydaje się, że coraz lepiej rozumiemy poruszane tam problemy. Nawet jeśli akurat udajemy, że wcale nas nie dotyczą.

Advertisement

2001: Odyseja kosmiczna

Znów, podobnie jak w przypadku Łowcy, przytaczanie treści tego epokowego arcydzieła mogłoby obrazić wielbicieli sci-fi, więc pozwólcie, że odeślemy was do tego znakomitego opracowania. Niemniej bardzo niewielu – wielbicieli i nie – pamięta, że arcydzieło Stanleya Kubricka z 1968 miało swoją kontynuację o polskim tytule 2010: Odyseja kosmiczna i to w wymarzonej aktorsko obsadzie: Roy Scheider, John Lithgow i Helen Mirren.

To rzadki przypadek, kiedy polski tytuł chyba lepiej oddaje intencję, niż łopatologiczny angielski 2010: The Year We Make Contact. Niemniej film zniknął w gigantycznym cieniu oryginału, gdy tymczasem to niedoceniony klejnot zasługujący na zdecydowanie większą uwagę.

Advertisement

Pisaliśmy o tym nawet u nas słowami Adriana Szczypińskiego: Ciekawe, jak film wyglądałby bez balastu pierwowzoru? Pewnie w ogóle by nie powstał, choć trzeba sobie jasno powiedzieć, że 2010 traktowane jako autonomiczne dzieło prezentuje się nad wyraz porządnie.

Znakomici aktorzy, płynna narracja, niezłe dialogi, fantastyczna oprawa scenograficzna, doskonałe efekty, świetna, orkiestrowo-elektroniczna muzyka Davida Shire’a (pierwotnie muzykę napisał Tony Banks, klawiszowiec Genesis, lecz jego partytura została odrzucona), bezbłędnie utrzymany nastrój kosmicznej przygody; nawet sceny bezmyślnie żerujące na gadżetach z Kubricka ogląda się z dreszczem na plecach, lecz tylko pod warunkiem bezkrytycznego przyjęcia grabieżczej konwencji twórców 2010.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *