nowości kinowe

Układ zamknięty

Kino skupione na emocjach i całe szczęście trzymające się z daleka od jakichkolwiek ideologii politycznych.

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

Zaciśnięte pięści

– Ależ skurwysyny – powtarzał wciąż rząd niżej pewien jegomość, którego doniosły głos rozchodził się po symbolicznie zapełnionej sali kinowej (rano w piątek, więc nie dziwota). – Co za kurestwo – dodawał co jakiś czas nie zawracając sobie głowy innymi widzami, którzy w napięciu przyglądali się autentycznym wydarzeniom mającym miejsce przed paroma laty. Pewnie i tak każdy nieśmiało, mimo ciemności panującej na sali, kiwał głową potwierdzając słuszność sądów zbulwersowanego widza. Trzymając zaciśnięte pięści, zupełnie mimowolnie, nie trudno przytaknąć. Miał koleś rację. Wszak na ekranie sporo skurwysynów się pojawiło. 

„Układ zamknięty” Ryszarda Bugajskiego szuka właśnie takich emocji u widzów – temat prokuratorsko-skarbowych przekrętów z polityką w tle jak nic nadaje się do emocjonalnego szarżowania. I świetnie, bo dobre kino karmi się m.in. złością udzielającą się widzom. To dobrze, gdy film otwiera oczy, skupia uwagę na realiach, nawet tych najbrutalniejszych. Jest idealnie, gdy wywołuje wyraźną reakcję: krzyk, płacz, rozgoryczenie. To ta druga strona – obok eskapistycznej – kinowej frajdy. Film Bugajskiego spełnia obietnicę z nawiązką – jest bardzo bliski tu i teraz, wstrząsający w ukazywaniu brudów dnia codziennego. Jest w tym bardzo podobny do „Długu”, trochę do „Placu Zbawiciela” – nie dla wszystkich będzie to dobra rekomendacja, ale to podobnie wywoływane dreszcze, podobna ilość niecenzuralnych słów cisnąca się na usta.

Jest czym się wkurzać. To przecież autentyczna historia trójki przedsiębiorców, których biznes – i oni sami – został zniszczony przez złośliwych, małostkowych urzędników z paragrafem na ustach. W zgodzie z literą prawa, w pełnym słońcu, przy użyciu pieniędzy podatników, dwóch prokuratorów, wespół z naczelnikiem skarbówki, pogrzebało prywatny interes. W filmie widzimy fabrykę jakichś podzespołów Navar, a tak naprawdę były to Zakłady Mięsne KrakMięs z Krakowa (w filmie gospodarzem akcji jest Gdańsk). Podobnie jest z nazwiskami – w filmie użyto fikcyjnych, choć każdy z bohaterów istnieje naprawdę. To zabieg całkowicie zrozumiały, bo trudno oczekiwać szafowania prawdziwymi imionami, gdy wszystkie te osoby żyją i mają się – w większości – dobrze (albo i lepiej) i w każdej chwili mogą oskarżyć o zniesławienie. Bugajskiemu zależało na uniwersalnym wymiarze historii – i „Układ zamknięty” doskonale spełnia to zadanie.

Widzimy bowiem normalnie prowadzony interes – jest duża inwestycja, spore zatrudnienie, współpraca międzynarodowa, prawdopodobnie sukces eksportowy. Jedni widzą w tym powód do dumy, drudzy brud za uszami. No bo jak – firma nie może rozkwitać ot tak, legalnie, transparentnie. Tak się nie da. Musi być jakiś przekręt, skądś pieniądze są, gdzieś też wyciekają, ktoś komuś posmarował, pogadał z kimś, dogadał się, coś schował. Pracowitość? Poświęcenie? Spryt marketingowy? Porządna księgowość? Znajomość prawideł ekonomii? No wybaczcie, to bzdury, za wszystkim kryje się chciwy uśmiech prezesa, który chce na podatkach oszukać, pracowników wykorzystać do cna, a sobie wypełnić kieszenie na krzywdzie wszystkich innych. Coś się znajdzie, zawsze. Wystarczy poszukać – mówi ochoczo prokurator w wybornym wykonaniu Janusza Gajosa.

Najpierw padły oskarżenia o przynależność do zorganizowanej grupy przestępczej, o malwersacje finansowe i o działalność na szkodę państwa. Wyobraźcie to sobie – wpada do waszego mieszkania uzbrojona policja (świetnie zrealizowana sekwencja w filmie!), kładzie was i waszych bliskich na glebę. Trafiacie do aresztu, firma niezarządzana upada, inwestorzy są wściekli (wszak to spółka publiczna). W pierdlu spędzacie ponad pół roku, rozprawy toczą się przez następne lata, po czym okazuje się, że NIC SIĘ NIE STAŁO. Bo dowody… no właśnie z nimi był kłopot. Nie znaleziono ich. Zadośćuczynieniem za wyrządzone krzywdy (hmmm… krzywdy) staje się 10 tysięcy PLN na głowę.

W tym czasie prokurator awansuje w hierarchii, podobnie jego podwładny, a szef skarbówki idzie na emeryturę i zostaje biegłym rewidentem. Voila, witamy w świecie prawości i sprawiedliwości. Serio, oni istnieją, działają, nikt ich nie wytyka paluchem. 

Łatwo tu mówić o jakichś mechanizmach instytucjonalnych, ale nie one budzą zainteresowanie Bugajskiego. Może to być pewnego rodzaju rozczarowanie szczególnie dla tych, którzy widzą w „Układzie zamkniętym” przedstawiciela jakiejś opcji ideologicznej, który swe ostrze kieruje w dotychczasowy porządek sankcjonowany przez rządzące partie. Oczywiście możliwości, jakie daje państwo, sprzyjają urzędniczym patologiom, szczególnie, że niedoskonałe prawo na to zezwala – Robert Gwiazdowski użył zresztą trafnego porównania do tasaka, który został dany np. prokuratorom i tylko czekać aż ktoś niewinny się podwinie pod ostrze.

Jednak Bugajski nie idzie w tym kierunku, nie generalizuje – to bardzo mądra, uczciwa postawa wobec przykrych faktów. Pokazuje konkretną sytuację, konkretnych ludzi. Wartościuje postawy, ale nie system. Nie chodzi bowiem o to, że prokuratura jest zła, że skarbówka to złodziejska instytucja, że wymiar sprawiedliwości niewydolny, że policja chamska, a państwo polskie, mimo zrzucenia komunistycznego jarzma w 1989 roku, wciąż babra się PRL-owskim bagnie i miast gospodarczego liberalizmu proponuje socjalizm pełną gębą. Tych wszystkich ideologicznych dywagacji w „Układzie zamkniętym” praktycznie nie ma (nawet jeśli Kasy Stefczyka są mecenasem…). One są pewnym tłem, ale pozbawionym jednoznacznej oceny. Nie ma optowania za jedną lub drugą opcją polityczną, choć publicystyka związana z tzw. prawą stroną często niesie na sztandarach kwestie „układu”. 

Gwoli prawdy, już się zaczęło gremialne jęczenie. Przy okazji „Układu zamkniętego” zaroiło się od artykułów celebrujących wszelkie układy, które spętały życie gospodarcze w tym kraju. Żyjemy w zepsutym, totalitarnym, wulgarnym, mafijnym, chorym państwie, które nas, obywateli, urabia jak chce i kiedy chce. Polska to państwo kafkowskie, więcej – to państwo wręcz orwellowskie, kierujące swe niszczycielskie łapska w stronę delikatnej szyi obywateli RP. Czarnowidztwo to za mało powiedziane – Polska to kraj w gównie umazany, do cna skorumpowany i wysysający życie.

Tego typu przesady unika jak ognia Ryszard Bugajski. Nie dajcie się nabrać na tę chwytliwą retorykę, która wykorzystuje „Układ zamknięty” do jakiejś walki ideologicznej. Przede wszystkim ważne są w filmie emocje – to, co czują główni bohaterowie-przedsiębiorcy, jak widzą zmieniającą się nagle rzeczywistość, kiedy tracą wszystko, kiedy nikt im nie mówi, za co trafili za kratki i jak długo tam będą. Kamera skupia się na prokuratorze Kostrzewie, jego osobistej motywacji, sposobie argumentowania słuszności sprawy, wielkiej pysze. Istotna jest wielka ambicja młodego prokuratora Słodowskiego, widoczne jest zagubienie szefa skarbówki, któremu wydaje się, że wywołał lawinę. W filmie widać emocje osób bliskich wszystkim bohaterom – to uczucia, postawy każdego z osobna kreują trudną rzeczywistość.

To kino nie wypełnia białych plam, nie dokonuje żadnej interwencji. Cała dramaturgia skupiona jest na emanacji przeżyć wewnętrznych. To znakomicie zainscenizowane sekwencje przesłuchań, rozmów gabinetowych, oficjalnych i nieoficjalnych spotkań w niewielkim gronie – nie unikające psychologicznych niuansów, kapitalnie napisane, jeszcze lepiej zagrane. Jak dużo można powiedzieć skupiając się na twarzy bohatera; jak wiele można usłyszeć skupiając się na ciszy – ukłony przed Bugajskim za to wszystko, a szczególnie przed Gajosem, Kaczorem, Sadowskim i Żołądkowiczem, którzy zagrali znakomicie, nie popadając przy tym w parodię charakterów (a było blisko!).

Taka koncepcja może budzić jednak rozczarowanie. Bo w „Układzie zamkniętym” nie mamy żmudnego śledztwa, sądowych oskarżycielskich tyrad i prób obrony przed zarzutami wyssanymi z palca. Nie ma adwokatów – to dziwne, bo przecież byli, próbowali działać, interweniować. Nie ma tu sędziów, a przecież ci wydawali decyzje o areszcie, a dopiero w drugiej instancji przedsiębiorców uniewinniono. Nie ma tu rozpraw, a przecież one mogłyby zdynamizować tę historię podług najlepszych wzorów gatunkowych. Pewnym akcentem jest śledztwo dziennikarskie, ale zostało poprowadzone dość niemrawo, choć chwała za ukazanie symbiozy władzy z mediami (trochę karykaturalnie, ale jednak). Cała uwaga za to jest skupiona na emocjach. Cierpi na tym trochę obiektywizm. Zresztą, podobno nie wszystko, co pokazano na ekranie, miało miejsce – część to fantazja scenarzystów, niepotrzebnie demonizująca niektórych bohaterów.

Mimo wszystko „Układ zamknięty” to bardzo dobry film. Ważny – to oczywiste i powtarzane wszędzie. Bałem się rozczarowania, irytującej czerni i bieli filmowego świata – dostałem portret moralnej szarzyzny. I bardzo dobrze, że można ją nazwać głośno skurwysyństwem. Bo o to chodzi, żeby się zaangażować.

Ostatnio dodane