nowości kinowe

TULIPANOWA GORĄCZKA. Cebulka, która ma warstwy

To film, który rozwija się jak tytułowy kwiat. Z pospolitej i banalnej cebuli powstaje znacznie ciekawsza i barwniejsza forma, ale niestety jest ulotna i wkrótce ginie bez śladu.

Autor: Jan Dąbrowski
opublikowano

Wśród filmów kostiumowych najbardziej lubię takie, które łączą ze sobą dwa elementy. Pierwszy to szczegółowe odwzorowanie danej epoki, zwłaszcza obyczajów i codziennego życia, ponieważ dzięki temu można poczuć przez chwilę, jak mogło wyglądać wtedy życie. Drugi to zręcznie poprowadzona intryga – ściśle powiązana z realiami i miejscem akcji, pokazująca możliwości i ograniczenia danych czasów, a przy tym wciągająca jak dobra książka. Nie wiem, czy powieść pt. Tulipanowa gorączka taka jest, ale jej ekranizacja ma w sobie wszystkiego po trochu. Co nie oznacza, że stylowo i w odpowiednich proporcjach.

Kiedy podstarzały, zamożny kupiec Cornelis Sandvoort (Christoph Waltz) kupuje sobie na żonę sierotę z przytułku, Sophię (Alicia Vikander), wszystko wskazuje na to, że los obojga szczęśliwie się odmieni. On dorobi się potomstwa – najlepiej płci męskiej – a ona zamieszka w pięknym domu i będzie panią na włościach. Niestety proza życia okazuje się nieznośna, suknie nie cieszą, pokoje ciemne, a nocne powinności dają radość tylko Cornelisowi. Co gorsza, jego regularne starania nie owocują ciążą Sophii, co zaczyna być dla bezdzietnego mężczyzny poważnym problemem. Powiewem świeżości okazuje się wizyta młodego, obiecującego malarza, Jana Van Loosa (Dane DeHaan), który ma uwiecznić małżeństwo Sandvoortów. Artysta jest zauroczony Sophią. Ona na początku sama nie wie, co o tym myśleć, ale ostatecznie odwzajemnia jego uczucie. Następuje płomienny, rzecz jasna zakazany romans młodych kochanków, czego stary Cornelis nie zauważa. Większość widzów też, bo cała pierwsza część filmu przeraźliwie się snuje, co u niektórych może skutkować układaniem się do drzemki. Warto jednak z tym poczekać, bo w momencie, kiedy wydaje się, że schematycznie i banalnie będzie już do końca, Tulipanowa gorączka nabiera rumieńców.

Twórcy przypominają sobie nie tylko o drugoplanowych bohaterach, lecz także o pozostałych wątkach filmu, które niestety zepchnięto na dalszy plan. Nagle istotna staje się postać służącej, Marii (Holliday Grainger), a także jej kochanka, sprzedawcy ryb, Willema (Jack O’Connell), który chcąc zapewnić sobie przyszłość, próbuje swoich sił, inwestując na giełdzie tulipanowej, wspomnianej w prologu filmu. To bez wątpienia najciekawsza jego część, ponieważ pokątny handel cebulkami kwiatów łączy prawie wszystkich bohaterów, począwszy od malarza Van Loosa, na przeoryszy zakonu urszulanek (Judi Dench) skończywszy. Tę część najlepiej się ogląda, jest tu miejsce na hazard oraz małe i duże oszustwa. A także nieoczekiwanie  dużo humoru, który działa ze zdwojoną siłą, bo zaskakuje lekkością i polotem – czego nie można powiedzieć o łóżkowo-obyczajowych rozterkach Sophii w pierwszej części filmu. Dobrze zrobiłoby przeniesienie ciężaru opowiadanej historii z wątku romantycznego na intrygę tulipanową. Byłoby znacznie ciekawiej i znacznie dynamiczniej, momentami prawie jak u Guya Ritchiego. Za to z każdym kolejnym wątkiem robi się coraz większy bałagan.

Po dwóch częściach, smutno-ckliwej i wesoło-giełdowej, dochodzi trzecia, ostatnia, gdzie twórcy próbują połączyć wszystkie elementy filmu w całość. Widać dobre chęci i determinacje twórców, niestety nie wszystkie ich wysiłki można uznać za udane. Są malarskie kadry, a kostiumy i rekwizyty oddają ducha epoki, ale trochę za dużo tych szczegółów, co chwilami rozprasza i przeszkadza w śledzeniu fabuły. Jest tu o wiele więcej rzeczy do podziwiania niż do przeżywania. Wygląd bohaterów jest często ciekawszy od dialogów, z czego obsada chyba zdawała sobie sprawę, bo nikt nie zagrał w tym filmie roli życia. Nawet scenki rodzajowe – rozrabianie pigmentu, kolejne etapy malowania obrazu, wyjaśnienie symboliki martwej natury na portrecie – są ciekawe, ale bardzo krótkie. Nie ma tu małych majstersztyków w rodzaju sceny ilustrującej powstawanie akwaforty w Duchach Goi Miloša Formana albo wyrabiania farb w Dziewczynie z perłą Petera Webbera. Tulipanową gorączkę zresztą łączy z tym drugim filmem wiele podobieństw: podobny czas akcji, ten sam kraj, pozowanie kobiety z nizin portreciście zakończone romansem, Joanna Scanlan, malarskość kadrów. Pod każdym względem wypada jednak gorzej, bo brakuje jej najważniejszego elementu: nie jest ciekawa.

Tulipanowa gorączka to film, który rozwija się jak tytułowy kwiat. Z pospolitej i banalnej cebuli powstaje znacznie ciekawsza i barwniejsza forma, ale niestety jest ulotna i wkrótce ginie bez śladu.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane