nowości kinowe

RED 2

Reżyser „RED 2” ogranicza się w zasadzie tylko do pilnowania, żeby żaden z aktorów nie dostał zawału w trakcie kręcenia.

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Pomysł stojący za „RED” i jego kontynuacją jest, przy całej swojej beztrosce, najzwyczajniej w świecie przeuroczy. Bierzemy brygadę wybitnych filmowych osobowości – w wypadku sequela: m.in. Johna McClane’a, królową brytyjską i aż dwóch Hannibalów Lecterów (należy pamiętać, że Brain Cox też grał tę postać w „Łowcy” z 1986 roku) – dajemy im do rąk największe zdobycze technologii militarnej i każemy strzelać do agentów-żółtodziobów, którzy zimną wojnę znają co najwyżej z lekcji historii. Efektem ma być akcyjniak, którego żaden z cenionych aktorów nie postawi na półce obok swoich największych dokonań, ale będzie mógł pokazać go wnukom i udowodnić, że dziadek/babcia też potrafi być cool.

Sprawdziło się to zaskakująco dobrze w części pierwszej z 2010 roku, w której emerytowani agenci znaleźli się na celowniku CIA i musieli walczyć o przetrwanie. Sequel zaczyna się jakiś czas po finale pierwszego filmu: Frank Moses (Bruce Willis) i Sarah (Mary-Louise Parker) prowadzą spokojne i raczej nudne (szczególnie dla niej) życie. Już w pierwszej scenie okazuje się jednak, że do Internetu trafiły dokumenty związane ze zbudowaną przez niejakiego Baileya (Anthony Hopkins) głowicą nuklearną nowej generacji. Resztę łatwo sobie dopowiedzieć – wszyscy polują na wszystkich, a główni bohaterowie zostają ponownie zmuszeni do odkurzenia karabinów i udowodnienia, że starość nie równa się niedołężności.

„RED 2” został pomyślany według klasycznej zasady rządzącej sequelami – ma być więcej, szybciej i bardziej efektownie. Nikt nie bawi się tu w powolne wprowadzenia czy budowanie wiarygodnej fabuły. Akcja przenosi się z jednej europejskiej stolicy do drugiej, a każda kolejna strzelanina wygląda bardziej kiczowato od poprzedniej (apogeum stanowi scena, w której Helen Mirren strzela z pistoletów przez okna driftującego w zwolnionym tempie samochodu). To jednak niewielki problem, bo wyznacznikiem jakości tego typu kina jest przecież poziom radochy, jaka udziela się widzowi w trakcie seansu. Z tym jest niestety gorzej niż w wypadku części pierwszej.

„RED” był filmem prostym i niezbyt ambitnym, ale miał swój klimat i tempo. „RED 2” to raczej ciąg mniej lub bardziej zabawnych skeczy połączonych dość absurdalną nicią fabularną. Reżyser Dean Parison ogranicza się w zasadzie tylko do pilnowania, żeby żaden z aktorów nie dostał zawału w trakcie kręcenia; ma przy tym dość ciężką rękę i nie potrafi sfilmować niektórych momentów w przekonujący sposób. Słabo wychodzi mu prowadzenie bardziej skomplikowanych scen akcji, jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy próbuje przekonać widzów, że twardzi jak skała agenci mają jakieś uczucia.

Wszystko w „RED 2” spoczywa więc na barkach scenarzystów i aktorów. Ci pierwsi starają się dostarczać jak najwięcej zabawnych dialogów i sytuacji, ale wychodzi im to tylko połowicznie. Żarty w filmie Parisona to wielka sinusoida: jedne są szalenie błyskotliwe (jak choćby scena, w której Helen Mirren udaje obłąkaną, która myśli, że jest brytyjską królową), inne wypadają żenująco, przez co momentami trzeba mieć sporo dobrej woli, żeby nie stracić wiary w sens przerabiania „RED” na serię filmową.

Podobnie jest zresztą z aktorami. Helen Mirren kradnie każdą scenę samą swoją obecnością na ekranie. Jeszcze lepiej, kiedy partneruje jej Brian Cox – zdarza się to niestety rzadziej niż w części pierwszej – bo między aktorami tworzy się świetna chemia. Równie dobrze bawił się na planie John Malkovich, powracający do roli szalonego Marvina. Gorzej jest niestety z Mary-Louise Parker, która bardzo stara się dorównać starszym kolegom po fachu, ale momentami zaczyna irytować. Jej filmowa relacja z bohaterem Bruce’a Willisa to zresztą dokładne przeciwieństwo tego, co udało się osiągnąć Coxowi i Mirren – nie ma tu żadnej chemii, a cały wątek znudzenia normalnym życiem wypada w najlepszym wypadku niezręcznie. Willis jest z kolei taki, jak to ostatnio ma w zwyczaju: gra na autopilocie, wykorzystując znany z innych filmów zestaw min i zachowań, ale przynajmniej nie sprawia wrażenia – tak, jak w najnowszej „Szklanej pułapce” – jakby miał za chwilę zasnąć.

Pomimo wielu błędów i niedoróbek „RED 2” ogląda się całkiem bezboleśnie. Szkoda jednak, że twórcom nie udało się nakręcić czegoś równie fajnego, jak część pierwsza.

Ostatnio dodane