Recenzje
FOLWARK ZWIERZĘCY. Rzeź na Orwellu
Folwark zwierzęcy Andy’ego Serkisa to trzecia filmowa adaptacja słynnej powieści George’a Orwella – i zdecydowanie najmniej udana, ujmując rzecz bardzo eufemistycznie.
Folwark zwierzęcy Andy’ego Serkisa to trzecia filmowa adaptacja słynnej powieści George’a Orwella – i zdecydowanie najmniej udana, ujmując rzecz bardzo eufemistycznie. Gdyby istniał tu system punktowy, ten film otrzymałby 0/10.
W obliczu przejęcia zadłużonej farmy starego Jonesa przez bank, inteligentne zwierzęta pod wodzą wieprza Napoleona i lochy Chrumki wszczynają bunt. Rewolta kończy się powodzeniem, zwierzęta przejmują folwark, przepędzają ludzi i ustanawiają kodeks mający chronić je przed upodobnieniem się do nich. Z wolności najbardziej cieszą się prosiaczek Farciarz i jego najlepszy przyjaciel, koń Bokser. Ale na gospodarstwo i jego mieszkańców czyha bezwzględna Frieda Pilkington – szefowa potężnej korporacji, która stopniowo korumpuje Napoleona i jego świtę. Farciarz i inne zwierzęta postanawiają się im przeciwstawić.

Już ten pobieżny opis fabuły wskazuje, że Folwark zwierzęcy A.D. 2026 nie jest wierną ekranizacją słynnej powieści George’a Orwella z 1945 roku. W modyfikacji materiału źródłowego nie ma nic zdrożnego – nawet jeśli jest ona radykalna. Flagowy przykład stanowi Łowca androidów (1982) Ridleya Scotta na motywach powieści Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? (1968) Philipa K. Dicka – utwory różne od siebie, lecz wzajemnie się uzupełniające w doskonały sposób. Nic jednak nie przygotowało mnie na okropną rzeź, jakiej na Orwellu dokonali reżyser Andy Serkis oraz scenarzysta Nicolas Stoller.
Folwark zwierzęcy funkcjonował jako zawoalowana alegoria stalinizmu i zarazem pogłębiona analiza totalitaryzmów – i w tym duchu pierwszej adaptacji dokonali w 1954 roku John Halas i Joy Batchelor, nieświadomi zresztą tego, że ich film współfinansowało CIA w ramach ideowej walki z komunizmem za pomocą kultury (!). Drugie podejście do utworu Orwella objawiło się w filmie Johna Stephensona z 1999 roku, ale była to luźna wariacja na temat pierwowzoru, na dobitkę przypominająca przygodową produkcję w stylu Babe – świnki z klasą (1995) Chrisa Noonana. Tamten film to jednak arcydzieło w porównaniu do najnowszej wersji.

Od momentu publikacji Folwarku zwierzęcego minęło już ponad osiemdziesiąt lat, stalinizm jest pieśnią przeszłości (czego nie da się niestety powiedzieć o totalitaryzmach), toteż nic dziwnego, że Stoller i Serkis zapragnęli przystosować obserwacje Orwella do współczesności. W ich optyce złem największym są nie walczące o władzę świnie, lecz ludzie z krwi i kości, a konkretnie: kapitaliści uosabiani tutaj przez Friedę Pilkington. Zagrożeniem dla zwierząt nie jest już polityczny terror, lecz konsumpcjonizm: żądza pieniądza (magicznych papierków), wizyta w centrum handlowym i chęć posiadania sportowego samochodu.
Tym samym Folwark zwierzęcy wpisuje się w modny ostatnio kinowy trend polegający na punktowaniu systemu kapitalistycznego. Jest to tym bardziej śmieszne, że autorami filmów z takimi tezami są zwykle ludzie uprzywilejowani i obrzydliwie bogaci, którzy lubią pouczać innych o zagrożeniach płynących z maksymalizacji zysków. A przecież zarówno Serkis, jak i Stoller prowadzą kompanie produkcyjne, zaś Seth Rogen, który podłożył głos Napoleonowi, jest nie tylko aktorem, ale także biznesmenem z majątkiem szacowanym na 80 milionów dolarów. Moralne bankructwo i hipokryzja tych ludzi nie znają żadnych granic.

Kapitalizm z pewnością nie jest systemem doskonałym (taki zresztą nie istnieje i istnieć nie może). Jednak to, co w imię swojej zakłamanej ideologii zrobili twórcy tej parodii Folwarku zwierzęcego – inaczej bowiem nie da się określić owego wyrobu filmopodobnego – woła o pomstę do nieba. Nie dość, że fundamentalnie przekręcili przekaz Orwella, to na dodatek sprowadzili całość do intelektualnego pułapu przeciętnego widza Królowej przetrwania: okrasili czołówkę rapem, wprowadzili nieobecną w powieści osobę rozkosznego prosiaczka, dodali wątek miłosny i zastosowali kloaczny humor w postaci siarczystych pierdów.
Serkis i Stoller, rodowici Brytyjczycy, ulegli całkowitej amerykanizacji, jeszcze gorzej: hollywoodyzacji. Przekonuje o tym również forma Folwarku zwierzęcego: grubo ciosana animacja na modłę koncernu Disneya (jeszcze jednego wielkiego szkodnika kulturowego). Pomimo użycia przez Orwella antropomorfizacji, odbiorcami jego powieści nie były dzieci, tymczasem to do nich – i do infantylnych dorosłych, a takich teraz nie brakuje – skierowany jest ten film. Tyle że dzieci również zasługują na inteligentne kino, a nie takie popłuczyny, które mogą obniżyć poziom umysłowy jednostek bardziej podatnych na ogłupienie.

Po co było angażować w to przedsięwzięcie Orwella? Pewnie chodziło o – jakże kapitalistyczne w duchu! – eksploatację uznanego pisarza i monetyzację klasycznego dzieła, które jest szkolną lekturą w wielu krajach. Leniwy uczeń, który chciałby napisać rozprawkę na podstawie nie powieści, lecz filmu, wpadłby w tarapaty. Kto czytał Folwark zwierzęcy, ten pamięta zakończenie, gdzie świnie i ludzie były już nie do odróżnienia. Tutaj ta scena także się pojawia, ale pół godziny przed finałem, w którym zwierzęta obalają ludzką tyranię i zaczynają budować swoją utopię – a zatem… powracają dokładnie do punktu wyjścia powieści.
Tego nawet Orwell by nie wymyślił. A może by i wymyślił, w końcu był to człowiek przewidujący – niekoniecznie wizjoner, raczej czujny obserwator z wybitną zdolnością do wyciągania trafnych wniosków z historii: socjaldemokrata, który rozczarował się ideologią socjalizmu po tym, jak brał udział w walkach podczas hiszpańskiej wojny domowej ramię w ramię z komunistami przeciwko generałowi Franco, przynajmniej do czasu, kiedy musiał uciec z kraju przed własnymi towarzyszami, gdyż ci popadli w ideologiczną ortodoksję i wszczęli bratobójczą batalię. Opowiada o tym wspaniały reportaż W hołdzie Katalonii (1938).

Wydaje się, że Orwell doświadczył dysonansu poznawczego jeszcze wcześniej – podczas zbierania materiałów do napisanej na zlecenie Klubu Książki Lewicowej oraz portretującej życie brytyjskiej klasy robotniczej książki Droga na molo w Wigan (1937). Pisarz zauważył bowiem, że lewicowi intelektualiści (rekrutujący się głównie pośród kadr prestiżowych uczelni) nie troszczyli się wcale o losy zubożałych warstw społecznych, lecz po prostu pałali nienawiścią do bogaczy, zapiski Orwella o trudnej sytuacji angielskich górników zamierzali zaś wykorzystać w charakterze propagandowego ostrza wymierzonego w wyższe sfery.
Te dwa doświadczenia – wojenne i dziennikarskie – raz na zawsze pozbawiły pisarza złudzeń co do ludzkiej natury oraz mechanizmów rządzących ideologią i władzą, a pokłosie tych refleksji trafiło do Folwarku zwierzęcego i późniejszego Roku 1984 (1949). Obie powieści stanowiły zajadłą krytykę komunizmu i totalitaryzmu, ale transformacja tej filozofii w banalną i przy tym obłudną krytykę korporacyjnego biznesu i prawicowego populizmu (podobieństwa Napoleona do Donalda Trumpa nie są przypadkowe) jest tym, przed czym między innymi ostrzegał Orwell w swoich dziełach. Tak wypacza się dziś pierwotną myśl pisarza.

Folwark zwierzęcy w ujęciu Serkisa i Stollera to kompletna abominacja i policzek w twarz zarówno Orwella, jak i jego czytelników spragnionych filmu, który choćby po części oddał sprawiedliwość powieści. To również kolejny dowód na ostateczny upadek hollywoodzkich pseudoelit. Co dalej? Czyżby ekranizacja Archipelagu Gułag Aleksandra Sołżenicyna, w którym dzielna Zendaya walczy z nierównościami w syberyjskich łagrach? A może remake Doktora Żywago Borysa Pasternaka z Timothéem Chalametem, który nie godzi się na wyzysk nieletnich pracowników chińskich fabryk? Tyle scenariuszy, tyle możliwości!

