Recenzje

SERCE DO WALKI. Proszę, skończcie już z tymi sportami walki…

I chociaż nie jest to kina tragiczne w ścisłym tego słowa znaczeniu, powstało z bardzo cynicznych pobudek. I z tego powodu - maczetami je.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Jako miłośnik sportów walki powinienem się cieszyć, ale tak nie jest, bo to bolesne widzieć, że polskie kino przypomniało sobie o tych dyscyplinach dopiero teraz, nadrabiając wszystkie te lata i próbując wypchać zaległy czas stęchłą watą. Żeby to jeszcze była wata jakościowa, taka jak film Kawulskiego Underdog, albo chociaż szczerze wydłubana z miłości do sportu (choć bardzo nieporadna) w postaci Fightera. Niestety na tych próbach się nie kończy, bo oto do kina wjechało niespodziewanie szrotowisko Serce do walki, które odpycha już samym trailerem, a gotowy produkt ma szansę zadać nokautujące ciosy nie tylko naszym oczom, ale chyba i całemu nurtowi polskiego kina fighterskiego. Kacper Anuszewski nawet nie udaje, że chodzi o coś innego niż skok na kasę, no i bezwiednie chyba sprawia, że twórcy zastanowią się dwa razy, zanim stworzą kolejnego potwora o stających do walki mężczyznach lub kobietach.

Piotrek to człowiek strapiony – od dzieciństwa targają nim demony, które hamują go przed osiągnięciem sukcesu – na kasecie VHS prezentowałby się te opis znośnie. Kickboxing jest dla niego odskocznią od codzienności, ale zmuszony jest podejmować nielegalne, podziemne walki, aby związać koniec z końcem. Od pewnych toposów nie uciekniemy nawet nad Wisłą, więc oczywiście do naszego underdoga puka szansa na lepsze życie. Nasz Rocky… tfu, Piotrek musi podjąć walkę, zmierzyć się z demonami żyjącymi wewnątrz niego, nielegalnym światkiem ludzi, którzy podkładają mu kłody pod nogi, a przede wszystkim swoim sercem. Bo cóż to za kino fighterskie bez wątku miłosnego.

I wszystko okej, bo są gatunki, w których niewiele jest miejsca na przesunięcia, ale Anuszewski nie próbuje nawet otrzeć się o rejony inne niż te, które zaproponował ostatnio Kawulski oraz Konrad Maxymilian. Mało tego – wątek miłosny poprowadzony jest w równie sztampowy sposób, a gdzieś po drugiej stronie niezbyt angażującego losu głównego bohatera mamy jeżdżącego na wózku człowieka, który pokazuje głównemu bohaterowi, że nie należy się poddawać. Wątek „patrz, ja nie mogę chodzić, a ty jęczysz, że masz w życiu ciężko” jest tak bardzo łopatologiczny, że wywołuje dziś wzruszenie ramion. Nie tylko złośliwie manipuluje emocjami, ale również przestaje się liczyć jako element podnoszenia się i przemiany głównego bohatera, którą zresztą można przeoczyć. Nie tylko dlatego, że nie działa, ale również z powodu przemielenia jej wielokrotnie przez popkulturę.

Nie jest to wina Łukasza Wabnica wcielającego się w Piotra, który potrafi nadać swojej kreacji głębi w kilku ciekawych, dramatycznych scenach, ale kiepskiego poprowadzenia jego bohatera na papierze. Wabnic zwyczajnie ma tutaj mało do grania. Podobnie Marcin Zarzeczny, Marek Siudym i Ewa Kasprzyk, stara gwardia aktorska, która jest jedynym lepem na widza łaknącego znanych twarzy. W tle jeszcze złowieszcza, wyjęta wprost z poprzedników albo tanich komiksów (znowu – po co do czystego sportu wlewać kilka ton gatunkowych elementów, między innymi gangsterkę?) postać Litwina, w którego wciela się Grzegorz Kowalczyk.

Zarówno w warstwie sportowej, jak i gangsterskiej jest to produkcja pozostawiająca niesmak, uboga fabularnie, kulejąca realizacyjnie, trochę wywołująca uczucie bezradności recenzenckiej. Żaden z elementów Serca do walki nie powstał szczerze i naturalnie, a głównym powodem, dla którego zrodzono tę potworność są słupki arkusza kalkulacyjnego i błędne wnioski wyniesione z obserwacji współczesnej kinematografii. I chociaż nie jest to kino tragiczne w ścisłym tego słowa znaczeniu, powstało z bardzo cynicznych pobudek. I z tego powodu – maczetami je. Bardzo mocno. 

Ostatnio dodane