nowości kinowe

UNDERDOG. Całkiem przyjemny fast food bez kalorycznego sosu

Szczere, bez aktorskich zgrzytów, ale też nic wielkiego - piątkowe kino aspiracji

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Sporą drogę przebył ten film, zanim trafił na polskie ekrany. I chodzi tutaj bardziej o czas między sytuacją, gdy ktoś wpadł na pomysł zrobienia dramatu sportowego o mieszanych sztukach walki, a realizacją konceptu. Jeśliby zapytać producentów o Klatkę, czyli projekt, z którego federacja KSW się wycofała, to nabierają wody w usta. Mówi się, że propagatorzy tej dyscypliny sportowej chcieli mieć większy wkład artystyczny w powstające dzieło, jeszcze inni szepczą o wiarygodności sportowej aktorów, którzy mieli wtedy zagrać. Klatka przeobraziła się więc w Underdoga, a reżyserem został Maciej Kawulski, prezes federacji KSW, zupełny amator w sferze reżyserii filmowej. Jeśli więc nazwać jakoś pobudki, którymi kierowano się podczas produkcji, będzie to niespotykana w branży zuchwałość, która – o dziwo – może się całkiem opłacić.

Rzecz dzieje się w Ełku i Warszawie. Borys „Kosa” Kosiński był na szczycie polskiego MMA, ale wypadł z obiegu z powodu kontroli antydopingowej. Obecnie walczy jedynie z alkoholem oraz kontuzją obręczy barkowej, musi więc szprycować się środkami przeciwbólowymi. Jego życie wprawdzie nieco się zmienia, gdy los stawia mu na drodze piękną weterynarz Ninę oraz jej nastoletnią córkę Sonię, ale do pełnego odrodzenia się z popiołu ten Feniks potrzebuje powrotu do sportu. Dobrze się składa – żywiący do niego duży szacunek przeciwnik Deni Takaev chce zmierzyć się jeszcze raz, tym razem bez polityki i dyskwalifikacji, która pozbawiła tytułu Kosę za pierwszym razem. Trzeba będzie jednak czegoś więcej niż zwykłego zaproszenia do klatki, aby przypomnieć Kosińskiemu, że potrafił kiedyś fruwać. Przywracaniu zawodnikowi woli walki pomogą brudne łapy lokalnych gangsterów, którzy wyczuwają w tego typu „narracji o odrodzeniu” niezły zarobek.

Uniknięto czarno-białej konfrontacji w ringu.

Fabularnie Kawulski oraz scenarzysta Mariusz Kuczewski, który ponoć napisał swój tekst na podstawie różnych zasłyszanych w środowisku KSW historii, serwują nam znaną bajeczkę o tym, że upadek jest bolesny, a powrót na szczyt trudny. W żadną inną dyscyplinę sportową nie wpisują się te znane od wieków elementy drogi bohatera z taką łatwością jak w boks oraz jego warianty. Na poziomie fabularnym Underdog nie zaskakuje, tworzy modelowe w tego typu opowieściach postacie, a także niebezpiecznie ociera się o sztampę, ale ratuje to wszystko duża dawka samokrytyki. Pomocna jest opętańcza gra aktorska Eryka Lubosa, który wydaje się nosić zbyt dużo na swoich barkach jak na jedną fikcyjną postać, ale jego zwierzęcość jest interesującym wyborem interpretacyjnum. Postać grana przez Lubosa na szczęście nie jest kryształowa, wątku nadużywania dopingu w sportach walki nie potraktowano po macoszemu, a Kawulski nie ma zamiaru mitologizować biznesowej strony KSW. Uniknięto również czarno-białej konfrontacji w ringu, nie mamy tutaj szachów z udziałem dobra i zła, ale ponowne spotkanie sportowca ze sportowcem. Pod tym względem jest to bardzo konsekwentne kino, więc kiedy Kosa wpada w poetycki monolog, w którym tłumaczy swojej dziewczynie, czemu pozwalał obijać się na ringu, kupujemy ten ekstrakt z męskiego serducha.

Underdog

Bardzo cieszy obecność Janusza Chabiora, czyli chorującego na syndrom Tourette’a trenera głównego bohatera, ale ucierpiał z powodu scenariusza, bo choć postać zagrana jest świetnie, zapominamy o jej obecności aż do obligatoryjnego montażu treningowego. Ta nierówność może odebrać przyjemność wniknięcia w świat Kosy, bo za każdym razem, gdy coś ma potencjał, aby wymasować nam w kinie plecki, film odbija się o mniejszą lub większą głupotkę. Finalnie jednak pozostają w głowie plusy, jak na przykład wzruszająca relacja Kosy z nastoletnią Sonią oraz jej matką, graną z umiarem przez Aleksandrę Popławską. Prawdziwe drżenie świetnego aktorstwa pojawia się dopiero wraz z Tomkiem Włosokiem wcielającym się w poruszającego się na wózku młodszego brata Kosy, ale każda postać ma tutaj coś ciekawego do zagrania. I znowu – na papierze sporo wątków wypada płasko, ale w realizacji już nabierają mięsa dzięki aktorskiej charyzmie. Wróżę Włosokowi ciekawą karierę i oby główna rola w zbliżającym się Diablo nie zostawiła ciemnej plamy po tym całkiem niezłym zawodowym rozdaniu. Również debiutant, Mamed Khalidov, zostawia przyjemne wrażenie, a jego postać zbudowano na fundamentach jasnej, zrozumiałej dla każdego sportowca motywacji. Szkoda tylko, że sceny walki nie mają takiej energii jak chociażby wyświetlany jeszcze gdzieniegdzie w kinach Creed 2. Brakuje im zabaw tempem, wydają się bazować jedynie na spowolnieniach, ich dobrą stroną jest jednak to, że przedstawiają prawdziwe, wystudiowane i wiarygodne anatomicznie chwyty w parterze. Mimo wszystko – nie robią wrażenia.

Realizacja wręcz coachingowych, ale skierowanych do pewnego rodzaju odbiorcy, dialogów motywacyjnych jest zresztą esencją tego, jak do takiego kina powinno się podchodzić – z dystansem, ale i przeczuciem, że można otrzymać półtoragodzinną odę do wojowników. Gdzieś wśród scen w slow motion (jest ich „dużo za dużo”), teledyskowych ujęć oraz sporej ilości muzyki – która czasami nieźle ilustruje wydarzenia na ekranie, a kiedy indziej po prostu łechta gust docelowego odbiorcy jak tyrana nieco za długo Wardruna – skrywa się przyjemne kino piątkowe. Szczere, bez aktorskich zgrzytów, w imię dobra i o dziwo jak na film o fighterach – bez testosteronowej, obecnej w twórczości choćby Patryka Vegi karykaturalnej napinki.

Ostatnio dodane