Connect with us

Recenzje

OSKAR. Stallone w filmie niesłusznie zmiażdżonym przez krytyków

Stallone objawił „Oscarem” swój talent komediowy i zagrał naprawdę dobrze. Na luzie i z dystansem.

Published

on

OSKAR. Stallone w filmie niesłusznie zmiażdżonym przez krytyków

Autorem tekstu jest Piotr Żymełka.

Sylvester Stallone w latach osiemdziesiątych dał światu dwie ikoniczne serie – traktującą o losach zmagającego się z życiem boksera („Rocky”) oraz przedstawiającą perypetie straumatyzowanego weterana z Wietnamu („Rambo”). Tajemnicą poliszynela była również ostra rywalizacja (lata później zamieniona w przyjaźń) z Arnoldem Schwarzeneggerem o tytuł największej gwiazdy kina akcji. To właśnie Austriacki Dąb jako pierwszy postanowił spróbować swych sił w repertuarze komediowym, czego efektem byli „Bliźniacy”, nakręceni w 1988 roku (ciekawostka: to właśnie na tym filmie Arnold zarobił najwięcej w karierze). Na odpowiedź Stallone’a trzeba było czekać trzy lata, a gdy „Oskar” wszedł w końcu do kin, okazał się klapą.

Advertisement

Scenariusz oparto na sztuce Claude’a Magniera, w której przez lata grał na deskach francuskich teatrów znakomity Louis de Funès. Spektakl cieszył się ogromnym zainteresowaniem, bywały dni, w których wystawiano go dwa razy. W 1967 roku powstała filmowa wersja, również z de Funèsem w roli głównej. Posłużyła ona za podstawę do zrealizowania amerykańskiego remake’u, wyreżyserowanego przez Johna Landisa, twórcę takich przebojów jak „Blues Brothers”, „Nieoczekiwana zamiana miejsc”, czy „Książę w Nowym Yorku”. Do głównej roli przymierzani byli Al Pacino oraz Danny DeVito, a sam scenariusz powstawał z myślą o Johnie Belushim, legendarnym amerykańskim komiku, zmarłym przedwcześnie po przedawkowaniu narkotyków.

W końcu jednak, w protagonistę wcielił się Stallone, co stało się jedną z przyczyn, dla których film nie podbił serc widzów. Krytycy i publiczność nie potrafili wyjść z szoku – nie byli gotowi na taką rewoltę, że gwiazdor, kojarzony z rolami małomównych twardzieli i pnącego się po szczeblach sławy boksera, występuje w lekkiej, niezobowiązującej, mającej wyraźnie teatralne konotacje (większość akcji toczy się w jednej posiadłości) komedii.

Advertisement

W prologu umierający szef mafii (Kirk Douglas) każe przyrzec swojemu synowi Angelo Provolone (Stallone), że ten porzuci przestępczy biznes i zajmie się uczciwą działalnością. Angelo składa obietnicę, przypieczętowaną solidnym liściem w twarz od seniora. Później następuje animowana czołówka, w której napisom towarzyszy aria z „Cyrulika sewilskiego” Rossiniego. Już od tego momentu całość podszyta jest ironią i od razu wiadomo, że widza czeka radosny, pełen zgrywy spektakl. „Oskar” stanowi bowiem komedię pomyłek, gdzie kłopoty na każdym kroku bombardują głównego bohatera, pragnącego dotrzymać przysięgi złożonej ojcu. Gdy wydaje się, że fabuła nie może stać się jeszcze bardziej pokręcona, scenarzyści oferują kolejny zakręt.

Przed kamerą można zobaczyć sporo znanych twarzy. Oprócz wspomnianych Stallone’a i Douglasa, pojawiają się młodziutka Marisa Tomei, fantastyczny Tim Curry, Don Ameche („Kokon”, „Nieoczekiwana zamiana miejsc”), Kurtwood Smith („Różowe lata siedemdziesiąte”), Martin Ferrero („Policjanci z Miami”, „Park jurajski”) i wielu innych. Stallone objawił „Oscarem” swój talent komediowy i zagrał naprawdę dobrze. Na luzie i z dystansem. Wytrzymuje nawet porównanie z Louisem de Funèsem, jednym z najwybitniejszych francuskich aktorów o niesamowitej vis comica, a to już o czymś świadczy.

Advertisement

Choć należy przy tym wyraźnie zaznaczyć, że Bertrand Barnier (de Funès) i Angelo to dwie zupełnie różne postacie. Ten pierwszy jest cwanym nuworyszem, cholerycznym i autorytarnym, natomiast ten drugi zaskakująco uczciwym i sympatycznym byłym gangsterem. Obie wersje „Oskara” różnią się jednak na tyle, że spokojnie można je oglądać nie czując przy tym znużenia.

„Oskar” zestarzał się bardzo dobrze i zdecydowanie warto dać mu szansę. Tym bardziej, że został niesłusznie zmiażdżony przez krytyków i widzów w momencie premiery. Stanowi bowiem świetną komedię, której zawrotne tempo nie pozwala ani na chwilę oderwać się od ekranu. Sly, podobnie jak Arnold. udowodnił, że nie brakuje mu dystansu do samego siebie i swojego wizerunku. I już chociażby za to duże brawa.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *