Recenzje

DZIKIE RÓŻE. Kobieta pod presją

Historia o osamotnieniu w związku i rodzicielstwie, która przeradza się w chropowaty i do bólu szczery portret kobiety podporządkowanej zasadom małej społeczności.

Autor: Karolina Dzieniszewska
opublikowano

Kobieta pod presją

Film Anny Jadowskiej to historia jakich wiele, kolejny epizod w długiej tradycji małych, prywatnych dramatów, tym bardziej dosadnych, iż osadzonych w Polsce drugiej kategorii. Reżyserka wybiera sobie również bohaterkę przystającą do takiej wizji świata – dziewczynę z pozoru miałką i nijaką, niezdecydowaną oraz niepewną.

Ewa, zamiast być pokorną oraz zadowoloną z siebie strażniczką domowego ogniska, niechcący rozpętuje emocjonalny pożar zagrażający całej okolicy. Wikła się w romans z młodym chłopakiem, ma na wychowaniu dwójkę dzieci i stara się wszystko „ogarniać”, podczas gdy jej mąż pracuje na co dzień w Norwegii. Prawem odwiecznego fatum samotnych i nieszczęśliwych nic nie może skończyć się dobrze, a mimo to film ten pozbawiony jest widowiskowego dramatyzmu.

To raczej szorstki i bolesny portret o dojrzewaniu do odpowiedzialności, kiedy już jest się dorosłym i czas niepewności potencjalnie przeminął.

Dzikie róże nie mają w sobie nic ze swojskiej satyry o małomiasteczkowym piekiełku. Reżyserka jest znacznie uważniejsza w osądach nad postaciami, umieszczając je w dobrze im znanych strukturach, a jednocześnie w ten sposób wywierając na nich presję – każdy określony jest przez swoją pozycję, rolę społeczną, i każdy dysponuje zasobem gestów oraz zachowań. Matka dziewczyny, reprezentująca klasyczny porządek, stara się jej po cichu pomagać, wracający z Norwegii mąż oczekuje wierności oraz szacunku, córka na progu dorastania nieświadomie napędza konflikt… Nie przypadkiem film ten ma dwa punkty kulminacyjne – jednym z nich jest komunia Marysi jako apogeum obyczajowości i jeden z najważniejszych rytuałów tej społeczności; drugi to zaginięcie małego Jasia, co drastycznie elektryzuje atmosferę. W czasie chaotycznych, pełnych sprzecznych emocji poszukiwań każdy z bohaterów wystawia na próbę swoją wiarę w więzi rodzinne i swój stosunek do bycia rodzicem.

Jadowska rozgrywa swoją opowieść w ciszy, szarości i nieostrościach. Jej Dzikim różom można przypisać łatkę kolejnego „snujowatego, polskiego filmu”, ale de facto struktura obrazu jest integralnym elementem prowincji. Reżyserka ucieka od gadatliwości na rzeczy wykorzystywania przestrzeni; ogranicza emocjonalne dialogi oraz wyjaśnianie wszystkiego słowami, czyniąc z poszczególnych elementów tego świata kolejnych bohaterów. Jednym z nich jest chociażby dom Ewy – budynek w stanie pół-surowym, w czasie wiecznego wykańczania wnętrz. Postawiony na uboczu, nieproporcjonalnie duży niczym wizytówka dla sąsiadów, świadczący o tym, iż im powodzi się lepiej. Andrzej w pewnym momencie wykrzykuje, że to dla niej, dla swojej żony, na ten dom zarabia za granicą; ona odpowiada, iż nie cierpi tego miejsca, nie czuje się w nim jak u siebie. Budowlana prowizorka oraz permanentny stan in progress, który pierwotnie miał być wspólnym celem, a stał się klatką wzajemnych oczekiwań, niejako stoi w kontrze do skostniałych relacji między bohaterami.

Zależnie od tego, z której strony na to spojrzeć, Ewa może zaburzać domową harmonię, być tym najsłabszym ogniwem zagrażającym całemu układowi, ale zarazem jej zachowanie jest próbą wyplątania się z toksycznego układu oraz chęcią podjęcia walki o samą siebie. Czy kobieta wpisana w świat patriarchatu nie ma prawa sama o sobie decydować i wybrać szczęścia? – zdaje się pytać Jadowska, nie uciekając jednak od świadomego zarysowania konsekwencji, które spotkałyby jej bohaterkę. Czy więc Ewa jest tą biblijną Ewą, która swoimi decyzjami musi doprowadzić do katastrofy?

Główna bohaterka jako jedyna zdaje się wyłamywać ze struktur tego świata. Być może nie jest w stanie żyć w zakłamaniu, znajdując się pod ciągłym nadzorem społeczności, a może brak jej sił psychicznych by pasować do reszty i siła odśrodkowa wyrzuca ją z tego zaklętego kręgu. Zdaje się, że niejasności i niedopowiedzenia przesądzają o sile Dzikich róż, mimo iż w wielu momentach te niepokoje spoczywają na kreacji Marty Nieradkiewicz (chyba o tym, jak realistycznie szorstka, a jednocześnie brawurowa jest to rola, nie da rady po prostu napisać). Romans z dużo młodszym chłopakiem kończy się dramatycznymi konsekwencjami, a jednak żadne z nich nie potrafi go przerwać. Chwilowa namiętność nie jest jednak wystarczająca i zadowalająca.

Mówi się o Dzikich różach w kontekście odważnego oraz szczerego kina kobiecego – i jest to absolutna prawda, zarówno w kwestii artystycznego rozwoju Jadowskiej jako reżyserki, jak i wymowy filmu orbitującej wokół decyzji (a wielokrotnie ich braku) podejmowanych przez bohaterkę. Jednak chyba co istotniejsze, w Dzikich różach udaje się uchwycić tę linię graniczną między dojrzałością a niedojrzałością, i wówczas pozycja Ewy jako kobiety w małej społeczności przestaje być dla widza głównym punktem zaczepienia. Jej podskórne miotanie się, ukryte pod warstwą pozornego spokoju, niekiedy przeradza się w całkowicie realne dezorientowanie oraz niepewność, kiedy wszyscy wokoło żądają, by zaakceptowała swoje miejsce w świecie, ona natomiast jakoś irracjonalnie i niekiedy po szczeniacku się przeciwko temu buntuje.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane