Recenzje

AMERYKAŃSKA FABRYKA. Recenzja dokumentu nagrodzonego Oscarem

Wygląda na to, że niewolnictwo wciąż ma się całkiem nieźle - zmieniła się jedynie forma i związana z nią terminologia.

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

W 2009 roku Steven Bognar i Julia Reichert nakręcili film Ostatni SUV zjeżdża z taśmy – czterdziestominutowy dokument poświęcony zamknięciu fabryki General Motors w Moraine, Ohio. Upamiętniając śmiertelne tchnienie przybytku, dokumentaliści rozdali części załogi małe kamery, które posłużyły do cyfrowej rejestracji ostatnich samochodów opuszczających taśmy produkcyjne. To właśnie od fragmentów Ostatniego SUV-a… rozpoczynają Bognar i Reichart swój najnowszy film – Amerykańską Fabrykę. Okazało się bowiem, że historia zatoczyła koło. W 2014 roku zamkniętą fabrykę w Moraine wykupił Cao Dewang – chiński miliarder, który postanowił w tym miejscu otworzyć amerykański oddział swojej firmy Fuyao (o ironio, podwykonawcy General Motors) zajmującej się wyrobem szyb samochodowych. W ten sposób pracę odzyskać mogły nawet dwa tysiące osób.

Tutaj można by było postawić kropkę i wpisać się tym samym w propagandową linię, promowaną przez kierownictwo Fuyao. Bognar i Reichart oczywiście tego nie robią (nie zrobię również i ja). Cierpliwie (praca nad filmem trwała ponad 4 lata!) rejestrują za pomocą kamer kolejne piętrzące się problemy, przed którymi stają pracownicy oraz menadżerowie firmy Dewanga. Pierwszym z nich jest asymilacja dwustu wykwalifikowanych robotników, których miliarder sprowadził z Chin. Nie wszystkim amerykańskim pracownikom taka praktyka odpowiada. Drugim – horrendalnie niskie stawki. Pracownicy General Motors zarabiali niemalże 30 dolarów na godzinę, podczas gdy Fuyao proponuje za taki sam czas pracy ponad dwa razy niższe zarobki. Wreszcie problem numer trzy – ignorancja kierownictwa, właściciela firmy w szczególności (i powiązana z tym sprawa znienawidzonych przez chińskiego miliardera związków zawodowych).

Cao Dewang wyrasta z czasem na głównego antagonistę Amerykańskiej Fabryki. Na pierwszy rzut oka sympatyczny i nieco zdezorientowany biznesmen okazuje się w filmie Bognara i Reichart pozbawionym skrupułów kapitalistą, który, choć nią wyraźnie zafascynowany, nie potrafi zrozumieć, a co za tym idzie również uszanować amerykańskiej kultury. Pierwsze rysy na jego wizerunku pojawiają się już po samym przylocie do Stanów, gdy miliarder pierwszy raz odwiedza teren fabryki. Zaczyna wówczas krytykować najbardziej prozaiczne nawet rozwiązania, takie jak ustawienie bramy garażowej (cena przebudowy, od strony praktycznej zupełnie niepotrzebnej, sięga nawet kilkudziesięciu tysięcy dolarów) albo wysokość, na której zawieszony jest alarm przeciwpożarowy (podporządkowana amerykańskim wymogom prawnym).

W pewnym momencie, niezadowolony z wyników, jakie osiąga amerykańska filia Fuyao, miliarder funduje kierownikom poszczególnych działów wycieczkę do analogicznej filii znajdującej się na terenie Chin. To tam miejsce ma najbardziej groteskowa, a zarazem najlepsza część dokumentu Bognara i Reichart. Najpierw amerykańscy robotnicy odwiedzają chińską fabrykę, gdzie obserwują swoich azjatyckich kolegów po fachu pracujących w okropnych, aż chciałoby się używać słowa „nieludzkich”, warunkach. Żelazna dyscyplina, dwa dni wolnego w miesiącu, kilkunastogodzinny dzień pracy, brak odpowiedniego sprzętu ochronnego (na widok Chińczyków sortujących szkło w zwykłych gumowych rękawiczkach i bez żadnej osłony na oczy jeden z Amerykanów wypowiada znamienne słowa: „That’s fucking crazy”). Wygląda na to, że niewolnictwo wciąż ma się całkiem nieźle – zmieniła się jedynie forma i związana z nią terminologia.

Zaraz po przytłaczającej wizycie w fabryce goście zza oceanu uczestniczą w ogromnej, hucznej uroczystości, na którą składają się propagandowe, jakby żywcem wyjęte z naszego rodzimego socrealizmu, występy artystyczne. Na scenie pojawiają się nastoletnie Chinki śpiewające o „inteligentnej i szczupłej produkcji” albo młodzi Chińczycy, których taniec oscyluje wokół samochodowej szyby. Na koniec prawdziwy crème de la crème wieczoru – amerykańscy goście wykonujący piosenkę „YMCA”, a w tle, na ogromnych, szerokich ekranach, wariujące minionki z Jak ukraść księżyc. Wiem, trudno w coś tak absurdalnego uwierzyć na słowo – to po prostu trzeba zobaczyć.

Bognar i Reichart stawiają w swoim dokumencie na sprawę, a nie na ludzi i taka strategia niesie za sobą określone konsekwencje.

Problem z Amerykańską Fabryką jest w zasadzie jeden, za to dość poważny – rzutujący na odbiór całego filmu. Bognar i Reichart stawiają w swoim dokumencie na sprawę, a nie na ludzi i taka strategia niesie za sobą określone konsekwencje. Najważniejsza z nich jest taka, że brakuje w filmie wyrazistych bohaterów. Podzieleni zostają oni na konkretne, opozycyjne względem siebie grupy (Amerykanie i Chińczycy, zwolennicy związków zawodowych i ich przeciwnicy, robotnicy i menadżerowie itd.) i w ten sposób zaszufladkowani. Żadnego z przewijających się przez ekran robotników nie jest nam dane bliżej poznać – ślizgamy się cały czas po powierzchni, otrzymując jedynie zdawkowe informacje na temat ich dobrobytów, rodzin i, ewentualnie, przeszłości. Nie sprzyja to, rzecz jasna, zaangażowaniu widza w opowieść – nie ma prawa zajść fundamentalny dla filmu (nie tylko fabularnego) proces projekcji-identyfikacji, uczestnictwa uczuciowego (Edgar Morin). Na dobrą sprawę jedynym bohaterem, z którym odbiorca ma szansę się utożsamić ze względu na poświęcony mu czas ekranowy, jest apatyczny chiński miliarder. Nie tak to powinno wyglądać.

Postawienie na sprawę, a nie na bohatera (lub bohaterów) niesie za sobą jeszcze jedną, szalenie istotną konsekwencję – znacznie zwiększa szanse w walce o Oscara. W ten sposób Amerykańska Fabryka mogła zatriumfować w pojedynku z długo stawianą w roli faworyta Krainą miodu, czyli dokumentem o zdecydowanie większych walorach artystycznych, podejmującym szeroko pojętą problematykę egzystencjalną, a nie, jak film Bognara i Reichart, społeczną. Szkoda, że w ostatecznym rozrachunku statuetka nie powędrowała do macedońskiego kandydata, ale wygrana Amerykańskiej Fabryki ma również swój pozytywny aspekt – w ten sposób sprawa niesprawiedliwych praktyk stosowanych w firmie Cao Dewanga zostanie dodatkowo nagłośniona i, kto wie, może doprowadzi to do jakiś realnych zmian w niesławnym Fuyao.

Co ciekawe, film Bognara i Reichart powstał we współpracy z Higher Ground Productions – wytwórnią założoną przez Baracka i Michelle Obamę. W bibliotece Netfliksa odnaleźć można dziesięciominutowy wywiad wideo, w którym była para prezydencka rozmawia z twórcami Amerykańskiej Fabryki na temat ich filmu, a także kolejnych projektów, którymi zamierza zająć się w niedalekiej przyszłości w ramach działalności Higher Ground Productions.

Ostatnio dodane