Felietony

Pochwała zadufanego światopoglądu, czyli Woody’ego Allena UPADEK OSTATECZNY

"W deszczowy dzień w Nowym Jorku" to najgorszy film, jaki miałem okazję obejrzeć w tym roku. Allen zatraca się w swoim mniemaniu, a ja nie potrafię odciąć się od wrażenia, że jego najnowszy tytuł to pochwała czystej, autorskiej megalomanii.

Autor: Jan Tracz
opublikowano

Niczym płacz dziecka, które wykluczyli z hollywoodzkiego placu zabaw

Czasami reżyser otrzymuje nasze pełne zaufanie – od tego momentu nieostrożnie podchodzimy do jego kolejnych filmów i bezgranicznie w nie wierzymy. Pokładamy nadzieję, bo przecież czemu nie, w poprzednich filmach robił wszystko tak, jak trzeba, jak nam się podobało. Gdy inni dostrzegają błędy, potrafimy je przedstawić w pozytywny sposób; kiedy widoczne są zalety, pieczołowicie je uwypuklamy. Miałem tak z Allenem. Tyle świetnych tytułów, odniesień, dialogów, oryginalnych komentarzy – wszystko to zaprzepaszczone nowym Woodym. Szkoda, jako że nie jest to ten sam autoironiczny hipochondryk; przywitajcie się ze starym, rozwydrzonym prykiem, który po raz kolejny używa tych samych zabawek, udowadnia nam brak wiedzy i zachłystuje się swoją sardoniczną pychą. Wkroczyliśmy na wojenną ścieżkę.

Pełne kino. Tydzień temu małomiasteczkowy, czwartkowy „Wieczór kinomaniaka” przyciągnął pokaźną sumę widzów – w końcu to tylko jeden seans, a Allen jest w Polsce niewątpliwie popularnym reżyserem. W Internecie pisali, że to najlepszy film twórcy od lat – zacząłem wtedy przypominać sobie moje seanse jego ostatnich dzieł. Już O północy w Paryżu cierpiało na syndrom „ładnie opakowanego, pustego w środku”, choć, nie oszukujmy się, potrafiło dostarczyć rozrywki. Zakochani w Rzymie i Śmietanka towarzyska kompletnie nużyły, a Na karuzeli życia nieudolnie próbował nas do siebie przekonać swoją teatralną przestrzenią. Doczekaliśmy się premiery W deszczowy dzień w Nowym Jorku i wierzcie mi, nie spodziewałem się filmu, w którym Allen sięgnie aż takiego dna.

Chalamet

Allen goni za przeszłością, ale ta pogoń kończy się dla niego porażką, ponieważ dociera do niego jego największy antagonista – teraźniejszość. Najnowsza komedia dawnego mistrza zgryźliwych komentarzy zatraca się już od samego początku w tanich chwytach, ponownym wykorzystywaniu tych samych motywów w nieco zmienionej formule i tetrycznych komentarzach na temat współczesnych mu czasów. Poznajcie zatem Gatsby’ego – tak, jedno z licznych, oczywiście nieoczywistych nawiązań kulturowych – studenta kulturoznawstwa, który jakoś tak za tą całą sztuką i literaturą nie przepada. Brzmi jak typowo Allenowski rozjątrzony typ cynika i taki niestety jest. Reżyser nie zamierza grać młodzieńca – chociaż patrząc na scenariusz, takowym się czuje – i w miejsce szablonowego hipochondryka postawił na Timothée Chalameta. A z niego to taki standardowy cherubinek, nie cięty pseudointelektualista, toteż koniec końców okazuje się to nietrafionym wyborem, bardzo sztucznym i miejscami denerwującym widza. Cóż, chybionych pomysłów tutaj co niemiara, ale chwilami podium trzeba oddać dennym, pyszałkowatym „odkrywczym” komentarzom.

Co widzimy na ekranie? Pochwałę pseudointelektualizmu, hermetycznego zamknięcia na rzeczywistość i stetryczałą samoświadomość podstarzałego leptosomika.

Kiedy pary zrywają ze sobą, na Facebooku komentują to wydarzenie ckliwą, tandetną piosenką o nieudanej miłości, pozwalając znajomym z łatwością domyślić się, o co chodzi – społeczny komentarz Allena jest w tym filmie dosłownie tak samo nieznośnie wymowny. Woody stara się odmłodzić nie widzów, a siebie, pozostając jednak przy tych samych przekonaniach – nie, w żadnym stopniu nie jest to „cool”. Co widzimy na ekranie? Pochwałę pseudointelektualizmu, hermetycznego zamknięcia na rzeczywistość i stetryczałą samoświadomość podstarzałego leptosomika. Brzmi okrutnie, brzmi prostacko, ale i takie są tutaj kamyczki Allena, które wrzuca do ogródka młodych millenialsów. Każdy z rówieśników głównego bohatera to przerysowany, naburmuszony nastolatek, jego nieco starszy brat przedstawiony jest jako ignorant niepotrafiący prawdziwie kochać, bo denerwuje go śmiech dziewczyny, z którą zamierza wziąć ślub (patrzcie, dobitna przenośnia!), scena kręcenia filmu noir przez studenta filmówki to taki przedszkolny prztyczek w nos młodym filmowcom, którzy dla Allena są nie powiem co warci, natomiast ułomne dziennikarstwo Ashleigh ma nam przypomnieć o tym, co dzieje się na ten moment w świecie telewizji – jakby nikt wcześniej tego nie odkrył!

Chalamet i Fanning

Woody Allen jest jak ten Clark, intelektualnie przemądrzały łobuz z Buntownika z wyboru, aczkolwiek usilnie stara się stać Willem Huntingiem, strofującym tego pierwszego, wypominającym mu przechwalanie się wiedzą. Niestety, tutaj przez Allena przemawia wyłącznie Clark, który przez cały film pragnie pokazać swoją kulturoznawczą przewagę nad widzem. Zaczyna od nazwisk prostszych, bardziej spopularyzowanych, takich jak Virginia Woolf, Auguste Renoir, następnie rozpoczyna swoją godną pożałowania przejażdżkę, niczym student chcący pochwalić się nauczycielce znajomością trudnych wyrażeń, Allen tworzy nietrafione porównania, wywyższa się znajomością wielkich osobistości, zwiększając nie naszą wiedzę, a swoje abstrakcyjne ego – w jaki sposób mam zapamiętać multum nic niemówiących mi nazwisk, bez żadnego ich zarysowania lub odpowiedniego zastosowania w przenośniach, widocznego na przykład w Manhattanie?

Błagam, nie dajcie się nabrać, Woody Allen nie nakręcił nowego filmu.

Tak sobie myślę, że sztuką jest nie odnieść się do autora po przeczytaniu jednego jego dzieła, ale intuicyjnie, bez przekory podejść do tematu i stworzyć produkt całkowicie przystępny, bawiący widza; modelowym przykładem niech będzie tu Śpioch z 1973 roku, nabijający się z orwellowskich gdybań na futurystyczne wyobrażenia przyszłości z Roku 1984.  Zresztą, czego ja wymagam, aktualnie mamy do czynienia z nowym wcieleniem reżysera, zadufanym egoistą, tworzącym puste i przebrzmiałe sceny. Jak mamy cieszyć się z końcowego pocałunku, jeśli przewidzieliśmy go po pierwszych dwudziestu minutach, a widzieliśmy w trzydziestu innych tytułach? Błagam, nie dajcie się nabrać, Woody Allen nie nakręcił nowego filmu.

Allen

Postać Lieva Schreibera to narcystyczny, nieprzyjemny dupek, cierpiący na zastój twórczy i lecący na nastoletnią postać Elle Fanning. I to chyba jest w tym wszystkim najbardziej karykaturalne, przy czym cholernie groteskowe, ponieważ takiego przykładu autoobnażenia siebie nie widziałem przenigdy. Oddajmy hołd tej szmirze, tak bardzo pragnącej być nowoczesną opowieścią,  w sposób adekwatny: najbardziej młodzieżowym słowem roku – XD. Te dwie magiczne litery, złączone w całość, dobitnie obrazują moją zabawę w kinie. I nie, nie sądziłem, że będzie mi dane użyć tego sformułowania w tekście; ale tak kiczowatego Allena również się nie spodziewałem!

Ostatnio dodane