Seriale TV

EVERYTHING SUCKS! A jednak nie wszystko ssie – recenzja nowego serialu Netflixa

Choć ryzyko masowych torsji wzrasta z każdą kolejną produkcją, która stara się wpychać widzom do ust następną łychę nostalgicznej papki, twórcy wciąż nie potrafią zrezygnować z serwowania nam powrotów do lat 80. i 90. "Everything Sucks!" chwilami jest bliskie przegięcia, ale ostatecznie wypada całkiem nieźle.

Autor: Damian Halik
opublikowano

Netflix zaskakująco często sięga po młodzieżowe formaty – te zaś wychodzą im na tyle dobrze, że zapewne Everything Sucks! nie będzie ostatnim serialem z dzieciakami w rolach głównych. Wśród mniejszych (Atypowy) i większych (Stranger Things) sukcesów, tytułów czasem kontrowersyjnych (Trzynaście powodów), nieraz skomplikowanych (Dark) czy po prostu przewrotnych (The End of the F***ing World), jak dotąd udaje im się unikać powielania raz sprawdzonego rozwiązania. Każda z tych produkcji ma własny klimat, a podobne zagadnienia realizuje w zupełnie inny sposób. Everything Sucks! także daje radę, choć widać już pierwsze oznaki zmęczenia materiału – i nie ukrywam, że właśnie chęć sprawdzenia, czy aby serwis nie posunął się o jeden krok za daleko, była głównym powodem, dla którego obejrzałem ten serial. Nie żałuję.

Nostalgiczne powroty do lat 80. i 90. są zmorą współczesnej kinematografii, a z każdą kolejną produkcją wzrasta ryzyko przejedzenia się tej tematyki. I chyba jeszcze nie dotarło to do twórców Everything Sucks!, którzy – celowo lub nie – dość ryzykownie testują możliwości naszych żołądków już od pierwszych minut. Akcja serialu rozgrywa się w najnudniejszej (hehe, Boring rzeczywiście istnieje nieopodal Portland) miejscowości Stanów Zjednoczonych, gdzie „ludzie przyjeżdżają tylko zrobić sobie zdjęcie przy witającym przybyszów znaku, ale nigdy nie wjeżdżają do miasta”. Jest wrzesień 1996 roku, początek roku szkolnego w Boring High School. Na wszelki wypadek (jak gdyby inne artefakty nas nie przekonały), gdzieś między jadłospisem stołówki a informacjami organizacyjnymi, datę serwuje nam szkolna telewizja.

Główny bohater to zakochany w VHS-ach i marzący o karierze filmowej pierwszoklasista – Luke O’Neil (Jahi Di’Allo Winston) – który wraz ze swoimi dwoma przyjaciółmi – McQuaidem (Rio Mangini) i Tylerem (Quinn Liebling) – liczy na to, że w liceum… znajdzie dziewczynę. Typowi nastolatkowie. Razem zapisują się do klubu filmowego, gdzie już pierwszego dnia w oko Luke’a wpada starsza o rok Kate Messner (Peyton Kennedy) – córka dyrektora szkoły.

Każdy z młodzieńców jest nieco inny – Luke to nad wyraz dojrzały, ale też gadatliwy i pewny siebie (jak na pierwszaka) chłopak. Coś jak połączenie głównego bohatera Wszyscy nienawidzą Chrisa z Chrisem Rockiem; McQuaid to typowy nerd, człowiek nieokazujący na zewnątrz uczuć, chłodno kalkulujący każde zachowanie; Tyler to natomiast nieszczególnie rozgarnięty, ale bardzo pocieszny jegomość, który zawsze chętnie wesprze kumpli – ogółem ich grupę należy uznać za przedstawicieli nerdowskiej braci. W pewnym sensie do tej kategorii pasowałaby także Kate, która jest wycofana, nieszczególnie pali się do poznawania ludzi, a kontakty z nimi wyraźnie wprawiają ją w zakłopotanie, choć nerdów jako takich w Everything Sucks! nie uświadczymy. Wygląda na to, że w Boring nawet cheerleaderki i futboliści odstają od ogólnie przyjętych standardów, a w szkole rządzą członkowie… kółka teatralnego, na którego czele stoją Emaline (Sydney Sweeney) i Oliver (Elijah Stevenson). Jak nietrudno się domyślić – oba uczniowskie kluby nieszczególnie za sobą przepadają.

Twórcy bardzo mocno skupili się na kreacji postaci Luke’a i Kate – oboje zostali świetnie napisani, ale też poprowadzeni (chyba że te dzieciaki to samorodne talenty – tak czy siak szacun); doskonale wypada też Sydney Sweeney (możecie kojarzyć ją z Opowieści podręcznej, a niebawem wystąpi u boku Amy Adams w Sharp Objects), która zalicza największą ekranową metamorfozę, w każdej z jej faz wypadając przekonująco. Nieco słabiej zarysowany jest jej serialowy chłopak, ale grający go Elijah Stevenson również robi wrażenie. Niestety poza tą czwórką reszta postaci została nam przedstawiona marnie (lub wcale), choć wyglądają na takich, za którymi kryją się niemniej ciekawe historie. Ogółem trzeba uznać, że choć scenariusz Everything Sucks! nie jest tworem idealnym, po początkowych turbulencjach (związanych z nadmiarem nostalgicznych nawiązań) otrzymujemy bardzo interesującą, momentami naprawdę poruszającą opowieść o dorastaniu, w której nie brak jest tak istotnych elementów, jak poznawanie własnej seksualności, poszukiwanie własnego ja i próba odkrycia, kim chciałoby się być, ale nie pominięto także problematycznych w tym okresie kontaktów na linii dziecko–rodzic.

W Everything Sucks! możemy zobaczyć właściwie wszystkie elementy młodzieżowej kultury lat 90.

Na Everything Sucks! składa się dziesięć odcinków o długości od 22 do 27 minut. Za jego powstanie odpowiadają Ben York Jones (pomysłodawca, odtwórca roli opiekuna klubu filmowego) i Michael Mohan (pomysłodawca, reżyser części odcinków), których reżysersko wspiera Ry Russo-Young – wszyscy związani raczej z nurtem niezależnym. Trudno ocenić, jakie były ich intencje, ale wiele wskazuje na to, że dla urodzonych w połowie lat 80. filmowców jest to po prostu próba rozliczenia się z własną młodością. W serialu możemy zobaczyć właściwie wszystkie elementy młodzieżowej kultury tamtych czasów od Tamagotchi po album (What’s the Story) Morning Glory? zespołu Oasis (nie każde z kilkudziesięciu nawiązań będzie rozpoznawalne w Polsce, ale większość powinniście wyłapać). Jest do tego stopnia stereotypowo, że nawet ciemnoskóry dzieciak wychowywany jest przez samotną matkę! Zastanawiający jest też sposób rozmieszczenia tych artefaktów w serialu – niemal wszystkie zostały rozrzucone po pierwszych dwóch odcinkach, wyraźnie testując naszą odporność na nostalgiczną papkę. Jeśli jednak poczujecie się zniechęceni, nie rezygnujcie. Po tym, jak Jones i Mohan wyrzucili z siebie wszystkie sztampowe i oklepane motywy, atmosfera zdecydowanie się oczyszcza.

Na pytanie „Czy warto obejrzeć Everything Sucks!?” odpowiem: „Tak”. Najnowszy serial Netflixa wyraźnie adresowanych jest do młodszego odbiorcy, ale i obecni trzydziestolatkowie znajdą w nim coś w rodzaju westchnień nad dawno utraconym dzieciństwem. Zawieść mogą się jedynie ci, którzy podążając za zawadiackim tytułem, spodziewają się produkcji zbliżonej do The End of the F***ing World. To ślepa uliczka, a szukając jakichkolwiek porównań, trzeba raczej udać się w kierunku kultowych Luzaków i kujonów z Jamesem Franco. Brak tu udziwnień, historia zdaje się do bólu zwyczajna i chyba w tym upatrywałbym największej zalety Everything Sucks!. Humor jest lekki, nawet najbardziej przejmujące momenty dokądś prowadzą, a wszelkie banalne zagrywki przykrywa emocjonalna szczerość, dzięki której serial pozostawia po sobie miłe wrażenie, nieco zaburzone okrutnym cliffhangerem. Nie ma jednak tego złego – fakt, że prawdopodobnie doczekamy się kolejnego sezonu, to zawsze jakiś plus.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane