search
REKLAMA
Seriale TV

RICHARD RAMIREZ: POLOWANIE NA SERYJNEGO MORDERCĘ. Czy rzeczywiście kontrowersyjny?

Katarzyna Kebernik

18 stycznia 2021

REKLAMA

Mordował bez ładu i składu, bez określonego typu ofiary i jednego ustalonego sposobu działania. Najczęściej po prostu wkradał się do przypadkowych domów nocą, by gwałcić, torturować i zabijać kobiety, mężczyzn, dzieci. Jakby jego celem było po prostu samo zło, chaos w czystej postaci. Siał terror w Kalifornii, w 1984 i 1985 roku zabił w sumie czternaście osób, a drugie tyle napastował lub pobił: to liczba udowodnionych mu wykroczeń, których najprawdopodobniej było więcej. Gazety ochrzciły go mianem The Night Stalker – Nocny Prześladowca. Naprawdę nazywał się Richard Ramirez. To historię jego poszukiwania i ujęcia opowiada czteroodcinkowy miniserial Polowanie na seryjnego mordercę.

Policjant Gil Carillo

Tę produkcję true crime ogląda się nie jak dokument, ale jak świetną kryminalną fabułę lub thriller. W takiej konwencji bowiem postanowili opowiedzieć nam tę historię twórcy, rekonstruując nam krok po kroku wydarzenia z perspektywy policji i stopniowo, razem ze śledczymi, odsłaniając kolejne tajemnice seryjnego mordercy. Możemy więc poczuć się, jakbyśmy razem z nimi uczestniczyli w pogoni za zwyrodnialcem. Świetne tempo produkcji pomagają utrzymać nie tylko dobre rozpisanie wątków, ale i dynamiczny, „niedokumentalny” montaż, mnogość wypowiadających się osób i ich perspektyw, liczne rekonstrukcje i autentyczne zdjęcia. Jednocześnie twórcom udało się uniknąć osaczenia widza natłokiem informacji. Może drażnią tylko momentami zbyt sensacyjny, nastawiony na szokowanie montaż oraz muzyka, która zanadto sugestywnie manipuluje emocjami – ale one również ostatecznie przyczyniają się do budowania napięcia i nerwowej, podszytej strachem atmosfery.

Kolejnym plusem opowiadania z perspektywy ścigających, nie ściganego, jest to, że osoba sprawcy schodzi na dalszy plan. Nie ma mowy o gloryfikacji mordercy. O Ramirezie dowiadujemy się tylko tego, co konieczne. Że był odludkiem o nieprzyjemnym zapachu i okropnie zepsutych zębach, ale miał pewną mroczną charyzmę, którą polubiły dziennikarskie flesze, kiedy już go ujęto; że w sądzie zachowywał się jak gwiazda rocka i że nie dożył własnego wyroku śmierci, ponieważ zdążył umrzeć na raka, nim go wykonano. Powody, dla których mógł zrobić to, co zrobił, są jedynie zasugerowane: traumatyczne dzieciństwo, narkotyki, chęć oddania czci szatanowi.

Bohaterami dokumentu są inne osoby: rodziny ofiar, świadkowie, policjanci. Ci wszyscy, na których życiu Ramirez odcisnął się bolesnym piętnem, i ci wszyscy, którzy przyczynili się do jego ujęcia. W uważnej kamerze twórców wszystkie ich indywidualne rysy zostały umiejętnie wyeksponowane, dzięki czemu zapadają w pamięć i nie zmieniają się w bezosobowy tłum. Niektórzy nas poruszają – jak kobieta, którą Ramirez zgwałcił, gdy miała zaledwie sześć lat, i która postanowiła zeznawać przeciwko niemu w sądzie, żeby już żadnej innej dziewczynce nie zrobił tego samego. Inni z miejsca budzą naszą sympatię – jak energiczna starsza pani, która fanki Ramireza wysyłające do jego celi swoje nagie zdjęcia i listy miłosne podsumowuje bezceremonialnymi słowami: „dla mnie to są najgłupsze baby na świecie”. Ale być może najważniejszą przyczyną tego, że miniserial tak wciąga, jest osoba głównego bohatera, który budzi momentalną sympatię i zaciekawienie jego dalszymi krokami. Nie mam tu bynajmniej na myśli Ramireza, lecz skromnego, sympatycznego, meksykańskiego policjanta, Gila Carillo. To on ścigał oraz dorwał Nocnego Prześladowcę i to z jego perspektywy poznajemy wydarzenia. Kiedy bardzo doświadczony detektyw, Frank Salerno, wybrał go na swojego partnera w sprawie Ramireza, Carillo był dzielnicowym bez doświadczenia w tak poważnych przestępstwach. Wywiązał się jednak z zadania całkowicie, bo to dzięki zaangażowaniu i staranności jego i partnera Nocny Prześladowca został tak szybko ujęty i udało mu się udowodnić tak wiele zbrodni. A my po prostu lubimy tego dobrego, pucołowatego, oddanego pracy i rodzinie faceta.

Dokumenty true crime od Netflixa są powszechnie – i słusznie – uznawane za jedne z najlepszych oryginalnych produkcji streamingowego giganta. A jednak Polowanie na seryjnego mordercę od momentu premiery zdążyło już spotkać się z krytyką niektórych widzów oraz wzbudzić kontrowersje na Twitterze. Powód? Zbyt duża brutalność serialu oraz zbyt częste epatowanie autentycznymi zdjęciami z miejsc zbrodni. Korci mnie, żeby zapytać oburzonych, czego oczekiwali po dokumencie o jednym z najbardziej zdeprawowanych morderców Kalifornii. Komfortowej opowiastki, po której można spać spokojnie? Jak inaczej twórcy mieli unaocznić widzowi ogrom zła wyrządzonego przez Ramireza, jak choć częściowo dać odczuć cierpienie ofiar i ich rodzin? Patrzenie w oczy potwora nie jest przyjemne, nie powinno takie być, zmusza też do spojrzenia w głąb siebie i zastanowienia. Twórcy nie unikają strasznego, czarnego wzroku Ramireza, ale zdecydowanie częściej pokazują nam dobre i szczere oczy policjanta Carillo: symbolu wszystkich tych uczciwych, normalnych ludzi, których mały świat próbują zniszczyć tacy jak Nocny Prześladowca.

Katarzyna Kebernik

Katarzyna Kebernik

Pisze. Żyje dla czytania, oglądania, słuchania i snucia opowieści. Lauretka II nagrody w Konkursie im. Krzysztofa Mętraka dla młodych krytyków filmowych oraz zwyciężczyni konkursu Krytyk Pisze Festiwalu Kamera Akcja. Publikuje w "KINIE", "Pleografie" i (oczywiście) na film.org.pl.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA