Publicystyka filmowa
The GOONIES mieli ZŁEGO brata bliźniaka, który wyrósł na HORROROWEGO klasyka
Dziecięca paczka, Dracula, Frankenstein i przygoda, która po zmroku robi się znacznie mniej grzeczna niż w Goonies. Łowcy potworów.
Dziecięca paczka, przygoda z dala od dorosłych i przekonanie, że koledzy poradzą sobie z czymś, przed czym rozsądny człowiek natychmiast by uciekł – kino lat 80. sprzedawało taki pomysł z rozbrajającą pewnością siebie. Kiedy jednak do zabawy dołącza Dracula, a za nim nadciągają pozostali znajomi z dawnych horrorów, wyprawa po dreszczyk emocji zaczyna wyglądać nieco inaczej. Łowcy potworów Freda Dekkera spotykają się z Goonies na tym samym podwórku, tyle że po zmroku zapraszają do towarzystwa znacznie mniej sympatycznych dorosłych.
Łowcy potworów, czyli klub miłośników grozy ma kłopot
Wszystko zaczyna się od przyjemności, którą zna każdy młody wielbiciel horrorów: potwory można znać lepiej niż dorośli i traktować tę wiedzę z należytą powagą. Sean, grany przez André Gowera, należy do klubu fanów grozy, a jego koledzy muszą zmierzyć się z prawdziwym Draculą i innymi monstrami. Dekker nakręcił Łowców potworów w 1987 roku według scenariusza, który napisał wspólnie z Shane’em Blackiem, i obaj potraktowali dziecięce zainteresowania jak trening przed sytuacją, w której encyklopedyczna znajomość ekranowych straszydeł naprawdę się przydaje.

W Goonies Richarda Donnera z 1985 roku młodzi bohaterowie szukają skarbu, tymczasem u Dekkera dziecięca przygoda prowadzi prosto do horroru. W obu filmach najłatwiej kibicować całej paczce, jej wspólnemu uporowi i przekonaniu, że dzieci też mają coś do powiedzenia. Dekker podkręcił jednak język i mocniej postraszył, a jego bohaterowie nie grzecznieją tylko dlatego, że oglądamy opowieść o przyjaźni. Łowcy potworów zasługują więc na miejsce obok przeboju Donnera, bo równie celnie chwytają dziecięcą chęć przeżycia czegoś na własnych zasadach.
Do widzów przez wypożyczalnię
W kinach film przepadł. W sierpniu 1987 roku Łowcy potworów wystartowali dopiero z dwunastego miejsca weekendowego zestawienia, a w USA i Kanadzie zebrali łącznie niespełna 3,8 mln dolarów, podczas gdy pierwsza dystrybucja Goonies przyniosła na tym samym rynku ponad 61 mln. Trudno o większą przepaść między tytułami, które dziś tak łatwo postawić obok siebie na półce. Dekker musiał więc poczekać na publiczność, która nie potrzebowała biletu do kina, żeby poznać jego bohaterów i zaprzyjaźnić się z nimi na dłużej.

Dekker opowiedział po latach, że do młodych widzów film trafił dzięki kasetom VHS i amerykańskiej telewizji kablowej. André Gower za przełom uznał z kolei pokaz z udziałem twórców w Austin w 2006 roku, po którym przyszły kolejne spotkania i wydanie DVD. Cała ta historia ma wdzięk spóźnionego zjazdu klasowego, bo ludzie wychowani na tym samym filmie mogli wreszcie zobaczyć, ilu ich jest. O tej więzi Gower opowiedział w dokumencie Wolfman’s Got Nards, który w 2018 roku zdobył nagrodę publiczności na festiwalu Overlook.
Potwory musiały dostać nowe twarze
Sama sympatyczna paczka nie wystarczyłaby jednak, żeby film wrócił po latach. Potwory przygotowane przez zespół Stana Winstona mają dość charakteru, by oglądać je z przyjemnością nawet wtedy, gdy zna się już wszystkie fabularne niespodzianki. Twórcy nie mieli licencji na konkretne wizerunki monstrów Universalu, więc zaprojektowali własne warianty: śruby potwora Frankensteina przenieśli z szyi na czoło, a Gillman, czyli wodne monstrum, dostał wygląd odmienny od potwora z Czarnej Laguny. Znajome postacie da się rozpoznać, a mimo to jest się czemu przyglądać.

Mumia, wilkołak i potwór Frankensteina nie przypominają więc przypadkowych przebierańców zaproszonych do dziecięcej komedii. Dekker potraktował tradycję horroru serio, a ekipa Winstona pomogła mu nadać jej przekonujący kształt. Praktyczne efekty pasują do przygody, w której mali bohaterowie spotykają coś namacalnego i groźnego, dlatego z sytuacji można się śmiać, choć same monstra nie puszczają bez przerwy oka do publiczności. Widz ogląda charakteryzację jak eksponaty na wystawie, ale bohaterowie muszą widzieć w tych stworach przeciwników.
Dekker podjął słuszną decyzję, co widać zwłaszcza po Draculi Duncana Regehra. Aktor łączy hrabiowską elegancję z okrucieństwem, a ironia nie odbiera mu grozy. W opowieści o dzieciach łatwo byłoby zrobić z niego nadętego błazna, któremu młodzi spryciarze bez trudu utrą nosa, tymczasem Regehr daje im przeciwnika, przy którym zabawa zmienia ton, a sympatia do klasycznych monstrów przestaje oznaczać poczucie bezpieczeństwa. Można podziwiać jego wygląd i aktorską pewność siebie, a zarazem szczerze chcieć, żeby trzymał się z dala od klubu Seana.

Łowcy potworów to Halloween bez ugrzeczniania
Przy rodzinnym seansie bardziej niż potwory może dziś zaskoczyć to, jak dzieciaki się do siebie odzywają. W dialogach padają homofobiczne obelgi, więc trudno uznać film za niewinną propozycję dla każdego wieku, a nostalgia nie powinna zamazywać tej mniej przyjemnej strony jego niepokorności. Zarazem Dekker trafnie uchwycił chwilę, w której dziecięca fascynacja strachem ustępuje prawdziwemu lękowi, bo koledzy z klubu Seana, oglądający dotąd horrory dla zabawy, nagle mają przed sobą żywego Draculę i cała zgromadzona wiedza nie powstrzymuje drżenia rąk.
Halloween to dobry pretekst, by wrócić do filmu Dekkera albo poznać go po raz pierwszy. Łowcy potworów, dostępni obecnie w Polsce w SkyShowtime, oferują spotkanie z całą galerią straszydeł, a przy tym nie każą widzowi spędzić wieczoru ze ściśniętym gardłem. Po Goonies można zatem zostać jeszcze chwilę z dziecięcą paczką i sprawdzić, co dzieje się z przygodą, kiedy w miejsce obietnicy skarbu pojawia się Dracula. Z bohaterami Donnera chce się ruszyć na wyprawę, z bohaterami Dekkera również, choć na spotkanie z hrabią idzie się już z mniejszą pewnością siebie.

