W stronę zachodzącego słońca

PRAWDZIWE MĘSTWO (2010)

Braci Coen remake klasyki z Johnem Waynem.

Autor: Anna Dranikowska
opublikowano

Film akuratny

Dyskusja na temat tego, czy western umarł, czy wręcz przeciwnie – ma się zupełnie dobrze, toczy się na łamach prasy filmowej i wśród samych kinomanów już od dłuższego czasu i nic nie wskazuje na to, żeby strony konfliktu miały dojść do porozumienia w przeciągu najbliższej dekady. Na potrzeby tej recenzji przyjmijmy jednak, że western jako gatunek filmowy umarł. Nie wiadomo, czy bracia Coen z premedytacją postawili sobie poprzeczkę tak wysoko. Z całą pewnością wiadomo, że pomimo tego, iż zrobili zupełnie poprawny film, westernu nie udało się reanimować.

Wszystko w filmie braci Coen jest dobre.

Nie ma się bowiem co oszukiwać, hitu na miarę Tańczącego z wilkami nie będzie. Bo nie ma też w Prawdziwym męstwie irytującej przesady, pompatycznego Kevina Costnera, wzniosłych deklamacji i amerykańskiej flagi obowiązkowo łopoczącej na wietrze. Wszystko jest Coenowskie. Wszystko jest poprawne. Nie ma żadnego szarżowania. Aż szkoda.

Prawdziwe męstwo to remake klasyka Henry’ego Hathawaya o tym samym tytule z 1969 roku. Fabuła pozostała niezmieniona. Przedsiębiorcza nastolatka Mattie Ross postanawia zemścić się na zabójcy ojca. W tym celu kupuje konia (bardzo dobra, już prawie na granicy szarżowania scena targowania się z kupcem), wynajmuje szeryfa Cogburne’a (ledwie kłus) i przygarnia do ekipy ówczesnego strażnika Teksasu LaBoeufa (zwalniamy do stępa). Każdy z panów ma co prawda trochę inne plany, ale ostatecznie to Mattie ma największy dar przekonywania i “dobrego adwokata”.

Wszystko w filmie braci Coen jest dobre i właściwie niczego nie sposób im zarzucić. Akcja jest (umiarkowanie, ale ciągle jednak) wartka, postaci nader przekonywujące i bynajmniej nie jednowymiarowe. Skrzą się dialogi, cięte riposty latają w powietrzu niczym kule. Aktorzy grają świetnie – Jeff Bridges jako zblazowany pijaczyna o złotym sercu, (a przynajmniej jednym z przedsionków), Matt Damon jako honorowy nieudacznik – i nie szarżują. Dodatkowym atutem jest to, że ustąpili pola Hailee Steinfeld, dzięki czemu filmowe relacje między ich bohaterami wypadają jeszcze bardziej wiarygodnie. Do Hailee Steinfeld też oczywiście nie można się przyczepić. Gra bardzo dobrze. I tyle.

Nie sposób nie docenić realistycznych zdjęć Rogera Deakinsa – oglądanie w westernie zdjęć innych niż te typu Technicolor to przyjemna odmiana. Do tego wszystkiego muzyka Cartera Burwella – może Ennio Morricone to nie jest, ale też jest jak najbardziej akuratny.

Wszystko doprawione Coenowskimi smaczkami – trochę groteski, trochę absurdu i trochę wzruszenia, niczym w kramiku na jarmarku. Sporo amerykańskich żartów, może nieco zbyt hermetycznych dla widza spoza Stanów, no ale polskie poczucie humoru też bywa dosyć hermetyczne. Nie w tym problem.

Problem w tym, że wszystkie te smaczki, które sprawiają, że filmy braci Coen są… no, filmami braci Coen właśnie, są tutaj dawkowane tak oszczędnie i tak jakoś bez przekonania, jak gdyby bracia oszczędzali talent i materiał na następne pięćdziesiąt filmów. W rezultacie nic nie irytuje, ale też nic tak naprawdę nie porywa. A nie ma chyba nic gorszego jak letni, trochę tylko podgrzany western. Taki akuratny. Poprawny. Dla braci Coen to nie może być komplement.

Tekst z archiwum film.org (18.02.2011).

Ostatnio dodane