Publicystyka filmowa
Wytwórnia filmowa TROMA. Kicz, w którym zakochał się Quentin Tarantino
WYTWÓRNIA FILMOWA TROMA to kraina kiczu, w której zakochali się wielcy reżyserzy. Odkryj, jak powstaje kultowy szlam filmowy!
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Powiem więcej, nawet i dziś moje uczucie do Tromy nie jest płomienne i jednoznaczne. Jako nastolatek wypożyczyłem film z okładką, która zapierała dech. Dziełko Nazistowscy surferzy muszą umrzeć okazało się jednak tak nudne, że nie zapamiętałem z niego zupełnie nic. Było to w czasach, kiedy wystarczyło kilka trupów skropionych keczupem, żeby byle filmiszcze zostało w głowie. Nie miałem wtedy pojęcia, że obejrzałem obraz tromatyczny, powiązany z największą wytwórnią kinowego szlamu, już wtedy będącą tytanicznym wytwórcą kasetowego ścierwa na cały świat.
Dorastając, zapoznałem się z resztą ich dorobku. Nie, nie całym; wybaczcie, jestem tylko człowiekiem, a nie jednym z tromaholików, jak określają się najwięksi fani płodnej wytwórni. Przed wami Troma – krwawy ejakulat kiczu, wsysany przez widzów gotowych na wszystko. Firma wspierająca się na sterczących sutkach silikonowych piersi unurzanych w syropowej krwi. Królestwo gore i złego smaku, wielbione przez Petera Jacksona, Quentina Tarantino czy Kevina Smitha.
Szlam wnika do mózgu
Troma od początku istnienia dbała, żeby tytuł każdego z jej filmów zapadał w pamięć, wrzynał nam się w korę mózgową i prowokował pytania. Jakie? Takie, na które odpowiedzieć może tylko seans… Barbarzyńska nimfomanka w piekle dinozaurów, Maniakalne pielęgniarki odnajdują ekstazę, Noc kurczęcich trucheł czy Blondyny mają więcej karabinów to pewna część tych „rasowców”. Ale uwaga! Po tym, jak naciąłem się na Nazistowskich surferach…, wpadłem równie źle na Gwiezdne Robaki 2.
Film wydało na kasetach Video Rondo (bardzo otwarte na tandetę z różnych stron świata), zaopatrując w stosownie pobudzającą okładkę, ale sama produkcja jest nokautująco anemiczna. I pomijam już fakt, że nie istnieje jedynka. Gwiezdne Robaki 2 to jeden wielki ziew – tyle że owo przynudzanie ma miejsce na odległej planecie, która wygląda jak pierwsza lepsza łąka nad rzeką.
Kierunek ekspansji szlamu
Czym jest Troma? To strzelanie dziecku pistoletem do ust, wysysanie mózgu przez słomkę, cięcie człowieka krajalnicą do chleba czy opętana mordercza kosiarka do trawy, spragniona krwi golfistów. To też penisożerne prezerwatywy i humanoidalne prącie potężnych rozmiarów. Zdarza się przejeżdżanie rowerzystów przez łobuzów – dla sportu, relaksu i do wtóru opętańczego śmiechu. Troma nie odwraca kamery od niczego, co ludzkie lub nie. Robaki po pestycydach, młodzież po napromieniowanych dragach, mutanci, maniakalne pielęgniarki, zombie wieśniaki, zombie kurczaki.
.. Dotykaj niedotykalnego. Zapewnij wywrotkę flaków. Wywołaj torsje. I baw się przy tym dobrze. Bo – choć niektórzy widzowie zdają się tego nie rozumieć – Troma nie jest serio. Nie jest Edem Woodem, przekonanym, że tworzy kamienie milowe kina. Troma robi tandetę, bo chce ją robić. Kicz jest tu intencjonalny i podkręcony. To kuzyn naszego realu, tyle że napromieniowany, powiększony, naćpany i zasadniczo jeszcze wstrętniejszy niż ten pierwszy.
Miasto szlamu
Akcja większości filmów wytwórni umiejscowiona jest w Tromaville, toksycznej stolicy świata. Miasto to siedlisko gangów i pomyleńców; zsyp pełen narwanych postaci – agresywnych sportowych byczków, czirliderek o maślanych oczach i ludzi opętanych seksem, piciem piwa, żuciem gumy czy dewastacją dowolnych przedmiotów i istot. To kraina deptania wrażliwości, gdzie szkoła funkcjonuje jako dobrze rozkręcona dilernia i sadystyczny loch, w którym kujony lądują twarzą w toalecie, bo bawi to jakąś bandę osiłków, przy których Beavis i Butt-head to Platon i Sokrates. Tę rzeczywistość tworzą beton, plastik i śmieci. W Tromaville życie jest brudne, auta oznaczają smród spalin i krwawe wypadki, je się fast-foody czopujące zwoje mózgowe, a ludzie są zmutowani, gruboskórni lub mają martwicę mózgu. Imprezy dla młodzieży to spędy alkoholowo-seksualne. Przemoc bryzga na prawo i lewo. Urwać komuś rękę lub głowę to jak smarknąć w chusteczkę. Miasto jest mało ergonomiczne, bo właściwie cały czas komuś coś odpada. Złodzieje i narkomani wyskakują zewsząd. Ludzie żyją w amoku, z pianą na ustach. Całości obrazu dopełnia elektrownia atomowa, w której ciągle coś przecieka. Tromaville to wysięk spomiędzy fałd tłuszczu USA, satyryczny przecier z idei american dream.
Przepis na szlam od wujka Lloyda
Po co kręcić jeden film za 20 milionów, kiedy możesz nakręcić ich sto? To retoryczne pytanie stało się dewizą Tromy. Materiałów na efekty specjalne szukaj w supermarkecie. Przyda się groszowy klej UltraSlime (to on lśni w miejscach, gdzie tkanka bywa rozrywana, i jest podobno jednym z najważniejszych elementów na planie filmowym). Poza tym melony, makaron, papier toaletowy (wszystkie one pozwalają lepić obrzydliwości) i czerwony syrop, a jak już zainscenizujesz kraksę samochodową, to wstaw ją koniecznie do paru filmów. Wybieraj aktorów debiutantów – są tani, a kamera podnieca ich tak, że zrobią wszystko. Chociaż – co należy zaznaczyć wyraźnie – Kaufman nie był aż tak transgresywny, żeby podsunąć któremuś z wykonawców prawdziwą kupę do zjedzenia, jak to miało miejsce w pamiętnych Różowych Flamingach. W Tromie tylko się rzygało, ale płyn był sztuczny.
Droga szlamu
Najpierw na drogę szlamu wszedł Lloyd Kaufman. Po skończeniu sinologii na Yale ten spokojny fan broadwayowskich musicali, wyglądający nieco jak Pee Wee Herman, złapał za kamerę i nakręcił 15-minutowy debiut – sceny z zarzynaną świnią.
Wtedy pokochał kino i moc, jaką daje szokowanie. Inspirował go też Roger Corman, producent i reżyser filmów klasy B, który wyciągał z nich więcej dolarów, niż wkładał, a jednocześnie nie stronił od obrazów seksu i przemocy. Lloyd ruszył w podobnym kierunku, ale nie wiedział jeszcze, że przy jego specjałach obrazy tego pierwszego będą wyglądały jak ministranci gapiący się na nogi Pam Grier. Wyprodukował Słodkie ciasteczka – głupawy kryminał okraszony nieuzasadnioną nagością.
Stawiać podwaliny imperium pomagał mu Oliver Stone, ale szybko spasował, bo marzyło mu się katarktyczne przynudzanie w stylu Wall Street i Plutonu, a nie krew i cycki. Zastąpił go Michael Herz, którego Lloyd poznał w Yale, a z którym w 1974 otworzyli wytwórnię Troma (słowo wymyślone przez obu panów). Na początek wyprodukowali ordynarny horror Bloodsucking Freaks i zarobili dość, by wynająć biuro w słynnej dzielnicy Manhattanu Hell’s Kitchen (tej samej, która okleiła przemocą i ciężarem istnienia Martina Scorsese). Kaufman i Herz stworzyli harmonijny producencki związek, przyrównany przez Lloyda do relacji bliźniaków-ginekologów z Nierozłącznych Cronenberga. Znajomość trwa już 40 lat i wciąż owocuje kiczem.
Początkowo panowie próbowali lansować przaśne komedie o ludzkiej seksualności. Filmy gęsto usiane erekcjami, spadaniem różnych obiektów na jądra, hormonalnym roztrzęsieniem i grą aktorską, którą można określić jako tubalnie frykcyjna. Obrazy nie przyniosły deszczu dolarów.
W tym czasie Lloyd dorabiał, gdzie mógł. Otarł się o kultową wytwórnię Cannon (tę od Chucka Norrisa i filmów o Amerykańskim Ninja), asystował przy Rockym z Sylvestrem Stallone’em. Jednak jego wytwórnia kulała – nawet plażowa komedia z debiutującym Kevinem Costnerem, golizną i muzyką country nie zrobiła furory. Dopiero idea zrodzona podczas produkcji Rocky’ego (połączyć obraz sali sportowej z opowieścią o mutacji) zadziałała. Panowie w 1984 roku wyprodukowali Toksycznego mściciela i to był przełom. Film zyskał zwolenników na nocnych pokazach w Nowym Jorku (tych samych, które zapoczątkowały sukces Różowych Flamingów i Głowy do wycierania), a potem szturmem zdobył rynek video.
Fabuła jest prosta. Melvin Junko, sprzątacz z klubu fitness, stanowi pośmiewisko jędrnej i pełnej samozadowolenia młodzieży. Na skutek okrutnego żartu ląduje w beczce z toksynami i zamienia się w niezniszczalną kupę zmutowanych mięśni. Teraz może uratować miasto przed złem. Film jest bardzo energetyczny i zjawiskowo tandetny; nic tu nie jest mądre ani na serio. Horror, komedia, romans, film młodzieżowy i bohaterski, zlepiony w jedną masę z niestrawionych resztek dziwnych fantazji.
Sukces Toksycznego mściciela rozsławił Tromę i przyniósł soczysty zysk. Wytwórnia miała swojego herosa, który bronił nie tylko Tromaville, ale i sensu kręcenia szkaradnych tytułów z prostą fabułą. Nie dość, że Kaufman zadbał o kilka kontynuacji jego przygód, to Toxie pojawił się też w komiksach, serialu animowanym, grach komputerowych; przylgnął do odzieży i gadżetów, stał się też maskotką partii Zielonych. Troma wyspecjalizowała się w mieszance horroru i komedii. Tego miksu trzyma się do dziś, na tej bazie uzyskując najlepsze rezultaty. Ale…
Fluktuacja szlamu
Troma to nie znaczy zawsze to samo, parafrazując tylko trochę mniej kultowe De Mono. Zmienia się i zaskakuje, jak Madonna, która zresztą chciała zagrać w filmie wytwórni, ale odprawiono ją z kwitkiem – na moment przed tym, jak jej gwiazda rozbłysła. Troma lubi czasami przywdziać nowe szaty. Przykładem Sgt. Kabukiman N.Y.P.D. Fabuła? W twardym glinie zamieszkał duch japońskiego aktora teatru kabuki, dzięki czemu bohater może robić porywisty wiatr wachlarzem lub przyszpilić kogoś wystrzałem setek pałeczek do jedzenia.
Producentem tytułu był znany japoński inwestor filmowy i założyciel firmy Namco, która dała światu Pac-Mana. Tytuł łączy klimat jankeski z orientalnym i jest lżejszą produkcją Tromy. Wynikło to z konfliktu między Lloydem i Japończykami, którzy pragnęli ograniczyć brutalność historii i przeznaczyć ją na szeroki rynek.
Wojna Tromy to wystawne kino akcji (i próba sił w nowym gatunku!), bo wyłożono na nie zawrotne 3 miliony dolarów, co stanowi pokaz rozrzutności. No i efekciarstwa – karabiny terkoczą ciągle, płonący (w wyniku eksplozji!) żołnierze wyglądają prawie tak dobrze jak w obrazach z Michaelem Dudikoffem. Zasadniczo mamy tu przyjemny suchar, który trudno rozpatrywać serio, choć podobno Lloyd chciał tu zawrzeć swój negatywny stosunek do reganowskiej wizji wojny rodem z Rambo 2.
Skup i dystrybucja szlamu
Troma nie tylko produkuje, ale dystrybuuje także filmy. W ofercie mają np. szorstki dokument Story of a Junkie o jednookim heroiniście, który ma gdzieś „normalne” życie, za to chętnie jeździ na deskorolce w białych kowbojkach i stara się dobrze bawić, mimo że prawie nie ma już gdzie się wkłuwać. Pakiet „przygarniętych” obejmuje Powojenny szok – depresyjną i somnambuliczną historię faceta, który po powrocie z Wietnamu zapada się w sobie, zaniedbując żonę i dziecko-poczwarkę.
Oto prawdziwe skrzyżowanie Taksówkarza z Głową do wycierania!
Top-szlam
Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do większych sukcesów Tromy. Jednym z nich była Napromieniowana klasa, film, który miał premierę w Cannes w miesiąc po katastrofie w Czarnobylu. Ta frenetyczna zabawa, pełna nastoletnich uniesień związanych z seksem, problemami sercowymi lub demolowaniem szkoły (natchnione wręcz obrazy dewastacji znienawidzonego budynku), straszyła wizją skażenia jointów.
A także dziwnie ubranych ludzi – bo gang „złych” łączył stylówkę punkową i metalową w coś naprawdę ciężkiego. A film to nader przyjemny energetyk, bez zwałów makabry, za to solidnie ejtisowy. Film – z narracją Lenny’ego z Motorhead – to nokautujące uderzenie klasycznej historii i perwersji, która aż strzyka z kochających za mocno (i często bardzo nietypowo) bohaterów. Jest głośno, zabawnie i przebojowo, czyli Lloyd znowu wierzga i ma na koncie najbardziej romantyczny obraz od czasu Toksycznego mściciela. I jeśli Toxi był siłą Tromy w latach 80.,to tragiczni kochankowie robią dla niej za dobry ciągnik w drugiej połowie 90.
Krzyżowcy szlamu i ich krucjata kiczu
Troma jest nie tylko niegrzeczna, ale i niezależna. Robi, co chce, i ma dość pieniędzy, żeby rozszerzać działalność, nie wikłając się w niekorzystne artystycznie układy (wyjątkiem był Sgt. Kabukiman N.Y.P.D., ale to było dawno i nieprawda).
Lloyd podkreśla ową niezależność przy każdej okazji. Chętnie też szydzi z polityków, biznesmenów, Hollywood i konserwatystów. Nie lubi blockbusterów; popiera nielegalne ściąganie filmów. Jest sympatykiem LGBT, za to olewa mainstream – polityczny, ideowy czy kulturowy. Wciąż wspomina Costnera. Czemu? Bo Costner pragnąłby z całego serca nie być kojarzony z Tromą… ani przez nią wspominany. Babcia Lloyda pluła podobno, słysząc nazwisko Nixona; on pokazuje fucka białej Ameryce, tej, która nie umie się śmiać, za to lubi potępiać i segregować.
I przypomina wszystkim mopiarzom (taką ksywkę nosi bohater Toksycznego mściciela, nim przemieni się w herosa) świata, że jeszcze przyjdzie czas, kiedy przestaną być uciskani przez silniejszych.
Szlam utwardzony
Pewne jest, że Troma utorowała drogę wczesnym wybrykom Petera Jacksona, Złemu smakowi czy Martwicy mózgu. Zapewniła acting out tandecie, ordynarnym fabułom, zwałom brzydoty, pokracznym sekwencjom przemocy, rozpadu i mutacji. Ta kampania na rzecz uwolnienia złego gustu przetrwała całe dekady, podczas gdy zniknął choćby wymiatający w latach 80. Cannon.
Szlam seksizmu? Szlam przemocy?
W wielu filmach Tromy błyszczą biusty i kręcą się pupy równie często jak odpadają broczące krwią kończyny. Ironiczny komentarz do rzeczywistości czy cegiełka dla bastionu seksizmu? A wspomniana przemoc? Czy te wszystkie wyrywane języki i grillowane policzki mają czemuś służyć? Trawestując Trainspotting: po co mi wyjaśnienia, jeśli mam cycki, a szlauch z juchą spryskuje scenografię?
Szlam wiekowy
Troma nadal kręci. Lloyd zrobił ostatnio kontynuację Napromieniowanej klasy. Zajął się też dystrybucją ostrej eksploatacji o nazwie Father’s Day. Ma tyle cameo (Strażnicy Galaktyki, Adrenalina 2 i dziesiątki tanich filmów), ile świrów mieszka w Tromaville. Założył też festiwal filmowy Tromadance – alternatywę dla Sundance – gdzie promuje alternatywne tytuły. Nadal produkuje, rozszerza też internetową działalność Tromy. Właśnie przybywa do Polski na festiwal Splat!FilmFest 2018 – lubelskie święto ku czci gore, plugastwa i kinowego szlamu. I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie pytanie o jego tajemniczego wspólnika. Kim (lub czym?) jest Herz i dlaczego, w przeciwieństwie do wszędobylskiego Lloyda, trzyma się tak głęboko w cieniu, że zostawia nas z wielkim pytajnikiem w ręce?
Szlam prywatny, czyli po co mi taki kloc jak Troma?
Idziesz na nowy film Christophera Nolana. Perfekcyjne zdjęcia pochodzą z jakiejś innej planety, o gładkości obiektów rodem z drogerii. Muzyka Hansa Zimmera dmie tak, że prawie się dusisz, fabularny ciężar obrazu wypłukuje ci magnez.
Wychodzisz więc z kina i włączasz w domu Toksycznego mściciela… I jest lżej, sensowniej, schodzi z ciebie wiele pary. Nie siedzę po uszy w Tromie. Jestem okazjonalnym użytkownikiem. Lubię niektóre tytuły z produkcji Lloyda, inne zwyczajnie mnie nudzą. Nie ekscytuje mnie bombastyczny tytuł, jeśli prowadzi do męczącego seansu. Od programowo złych/jajcarskich filmów wolę te, które wyszły fatalnie mimo jak najlepszych chęci (vide: Żywy cel, The Room). Ale mając do wyboru nowy obraz od wujka Lloyda lub wypociny Pawlikowskiego, Vegi czy innych koniunkturalistów, nie zawaham się ani chwili. Poza tym co parę miesięcy po solidnej przerwie znowu mam zwyczajną ochotę na parę chwil z Tromą, która jakimś cudem oczyszcza i tonizuje.
