Publicystyka filmowa
20 najważniejszych premier filmowych 2014 roku (lista bardzo subiektywna)
Odkryj, co przyniosły filmy w 2014 roku! Zobacz subiektywną listę 20 NAJWAŻNIEJSZYCH PREMIER FILMOWYCH i zaskocz się nowymi propozycjami.
Rok 2013 już za parę dni się kończy, my go z pewnością podsumujemy w pierwszych dniach stycznia przyznając – już po raz 13! – Złote Kraby, ale teraz mamy chwilę na krótki przegląd najważniejszych premier 2014 roku.
Istotna kwestia jest następująca – to całkowicie subiektywny wybór 20 najciekawiej zapowiadających się filmów. Prawdopodobnie na Waszych osobistych listach znajdzie się wiele innych tytułów, które zignorowałem i które są kreowane na wielkie hity kinowe, ale szczerze mówiąc nie bawią mnie kolejne sequele, rimejki, nowe odsłony wielkich przebojów. Tych nie znajdziecie poniżej z prostego powodu – bardziej interesują mnie oryginalne przepisy niż odgrzewanie po raz kolejny tego samego kotleta, bez względu na jego smak, nieraz, przyznaję, bardzo dobry. Wolę coś nowego, coś zaskakującego. Wolę obietnicę złożoną przez twórców, nawet jeśli smak zaserwowanego dania rozczaruje.
Oto 20 filmów, które zapowiadają się co najmniej świetnie.
20. LABOR DAY, czyli psychodrama od Reitmana
Jasne , „Young Adult” Jasona Reitmana podkopał trochę zaufanie do tego niezwykle wyrazistego twórcy, ale mając w pamięci znakomite „Dziękujemy za palenie”, „Juno” i „W chmurach” warto mu zaufać, tym bardziej, że „Labor Day” zapowiada się trochę inaczej – to ekranizacja powieści trochę obyczajowej, trochę kryminalnej, trochę erotycznej Joyce’a Maynarda. Bez zbędnego gadania, ironizowania, za to skupiając uwagę na milczeniu, emocjach, podskórnym napięciu. Sam Reitman, w ostatnim numerze Empire, kieruje skojarzenia m.in. na „Body Heat”, „Tree of Life”, „Noc myśliwego”, „Stand by me” i jest to na pewno intrygująca zapowiedź. W rolach głównych Kate Winslet, która jest zawsze wyśmienita w tego typu psychodramach, oraz Josh Brolin, który wciąż czeka na wielką pierwszoplanową rolę.
19. MAPS TO THE STARS, czyli bezcielesny Cronenberg
Chciałbym ufać tak bardzo Cronenbergowi, jak jeszcze 10 lat temu, gdy posiadał status twórcy wyjątkowo oryginalnego, odważnego, kontrowersyjnego, skupionego na filmowym surrealizmie, celującego w socjologiczne i psychologiczne analizy, stawiającego trafne diagnozy. Gdzie jest ten Cronenberg? Zdaje się, że eksploracja niewygodnych emocji i ludzkiej cielesności zostały schowane do archiwum, a od 10 lat możemy obserwować nowego twórcę. Czy lepszego? Na pewno dobrego i ciekawego, choć bez wyraźnego podpisu. Ani bowiem “Cosmopolis” nie zawojowało dusz kinomanów, ani tym bardziej “Niebezpieczna metoda”. To po prostu dobre i niebanalne kino, ale do zachwytów podobnych do “Nagiego lunchu”, “Muchy” czy “Crash” bardzo daleko. “Maps to the Stars” to kontynuacja stylu znanego z jego ostatniego filmu, czyli intelektualne dywagacje nad kondycją zachodniej kultury, tutaj reprezentowanej przez hollywoodzką rodzinę. Szydera z Fabryki Snów? Już z tego powodu warto przyjrzeć się temu projektowi, tym bardziej, gdy zerkniemy na obsadę: Julianne Moore, John Cusack, Robert Pattinson, Mia Wasikowska, Olivia Williams zapewniają dobry poziom aktorstwa i kto wie, może przyszłoroczny festiwal w Cannes, gdzie ma się odbyć premiera filmu, będzie nowym otwarciem dla Cronenberga?
18. TRANSCENDENCE, czyli Depp bez makijażu
Wally Pfister, najbardziej znany z roli autora zdjęć do filmów Christopehra Nolana (już od czasów “Memento”), debiutuje jako reżyser filmem wartym 120 milionów baksów w gwiazdorskiej obsadzie – Johnny Depp, Morgan Freeman, Cillian Murphy, Paul Bettany, Kate Mara, Rebecca Hall. Prawdopodobnie właściwy budżet będzie zdecydowanie większy, bo wiadomo, jak wygląda dzisiejsza gaża Deppa… “Transcendencja” zapowiada się ambitnie i intrygująco – to rasowe science fiction z nastawieniem na ten pierwszy człon. O kilku naukowcach, którzy tworzą sztuczną inteligencję tzn. komputer, który posiada świadomość oraz potencjał ludzkiego mózgu. Słychać tu oczywiście echa “2001 Odysei Kosmicznej” czy “Kosiarza umysłów”, ale co z tego będzie, to trudno powiedzieć, a w szablony wpaść w tym przypadku bardzo łatwo (choć nie przez przypadek można często nadziać się na nawiązania do “Incepcji” – czyżby to ten kierunek?). Wiadomo jednak, że tym razem Depp pojawi się bez makijażu (hurra!), a nad całością czuwa sam Nolan.
17. THE CREED OF VIOLENCE, czyli nikt nic nie wie, ale będzie dobrze
1910 rok, brud meksykańsko-amerykańskiej granicy, Todd Field, Christian Bale. To wystarczy, aby tę ekranizację powieści Bostona Terana (do której prawa zakupiono jeszcze przed wejściem na rynek, za podobno gigantyczne pieniądze) uznać za jeden z najciekawszych obrazów 2014 roku i mając na względzie gatunek (western, dramat kryminalny), temat (ojciec-kryminalista i jego syn zaangażowani w działalność przestępczą i z pierwotną wersją FBI na karku), wybitne dokonania reżysera (“W sypialni”, “Małe dzieci”), znakomitego aktora w roli głównej, ten projekt wygląda naprawdę obłędnie, a schrzanić go będzie bardzo trudno. Todd Field został zaanonsowany już 5 lat temu, więc miał naprawdę sporo czasu na pracę nad scenariuszem i koncepcją filmu. Potencjał więc olbrzymi, ale kłopot jeden: nie ma zdjęć, nie ma zwiastunów, ani plakatów, a i wywiadów na temat “The Creed of Violence” nie ma, mimo że film jest na etapie post-produkcji.
16. OBYWATEL, czyli dwa Stuhry
Jerzy Stuhr współprodukuje, reżyseruje, odpowiada za scenariusz i gra główną rolę w filmie, który nie ukrywa powinowactwa z „Zezowatym szczęściem” Andrzeja Munka, a „Obywatel Piszczyk”, kontynuacja smutnych losów Jana Piszczyka z 1988 roku, narzuca się sam, bowiem sam Stuhr zagrał w nim rolę główną. Oto historia nauczyciela, którego los jest ściśle złączony z losami Polski – poznajemy go tu i teraz i cofamy się aż do lat stalinizmu, obserwując po drodze najważniejsze wydarzenia społeczno-polityczne, które miotają bohaterem jak chorągiewką. Czyli – w stosunku do klasyka Munka – odwrócona chronologia i trochę inna konstrukcja bohatera, który podobno nie jest chorągiewką powiewającą na wietrze, a kimś zawsze w opozycji do wszystkich i wszystkiego. Obok Jerzego – syn Maciej. Obok nich Janusz Gajos, Ireneusz Czop, Cezary Kosiński. Za zdjęcia odpowiada Paweł Edelman. Wszystko brzmi niezwykle smakowicie, tym bardziej, że dobrych, inteligentnych, nie podlizujących się do widza komedii bardzo nam nad Wisłą brakuje.
15. JACK STRONG, czyli thriller według Pasikowskiego
Lubię Pasikowskiego, ale nie obdarzam go taką atencją, na jaką według niektórych zasługuje. Dość przeciętny reżyser mający na koncie jeden film wybitny (“Psy”), jeden bardzo dobry (“Kroll”), kilka dobrych (“Demony wojny”, “Operacja Samum”, “Pokłosie”) i dwie wpadki (“Reich”, “Słodko-gorzki”). Mówi się, że to facet, który jest świadomy istnienia gatunków filmowych, co w Polsce nie jest powszechne, kłopot jedynie w tym, że gdy się nimi posługuje (kino wojenne, sensacyjne), to zazwyczaj przy użyciu znanych i ogranych klisz, nie mówiąc już o scenariuszach jego filmów, które obiecują wiele, ale efekt nie jest jednoznacznie pozytywny. Thriller szpiegowski z pułkownikiem Kuklińskim w roli głównej nastraja optymistycznie, choć z głowy nie może uciec natrętna myśl, że romansowanie Pasikowskiego z kinem komercyjnym raczej podąży w stronę jakości straight-to-dvd niż standardów reprezentowanych przez “Tinker, tailor, soldier, spy”. Chciałbym się mylić, dlatego wypatruję zimowej premiery “Jacka Stronga”, a jeszcze bardziej pierwszych recenzji, które namówią do zakupu biletu lub potwierdzą obawy.
14. SABOTAGE / 13. FURY, czyli David Ayer raz dwa David Ayer to bardzo zapracowany reżyser. Nie dość, że w 2014 roku wypuści do kin dwa filmy, to do obu napisał scenariusza i oba bazują na dużej spektakularności. Już na początku roku wchodzi rasowy policyjny akcyjniak “Sabotage” ze Schwarzeneggerem w roli głównej (plus Sam Worthington) i nie powinniśmy wątpić w jakość tego dzieła i sugerować się ostatnimi dokonaniami austriackiego dębu – Ayer odpowiada w końcu za “Harsh Times”, “Street Kings”, “End of Watch”, a jego najnowszy film jest penetracją tych samych rejonów – Los Angeles, policja, agenci DEA, kartele narkotykowe. Wszystko polane sosem względnego realizmu, dużej brutalności i wiarygodności psychologicznej.
Musiałoby stać się coś naprawdę złego, żeby film się nie udał, choć trailer jednoznacznie sugeruje dość efekciarskie kino. Może być komercyjny niewypał, ale w jakościowy zjazd trudno mi uwierzyć. Dobrej, sensacji nigdy za wiele. „Sabotage” to, powiedzmy, opozycja do „Niezniszczalnych 3”. Drugi przyszłoroczny film Ayera to “Fury”, którego premierę zaplanowano na listopad. Dramat wojenny to nowość w filmografii reżysera. II Wojna Światowa, Amerykanie prują czołgiem w samo serce nazistowskich Niemiec. Podobno to połączenie “Szeregowca Ryana” z “Bękartami wojny” i już pierwsze skojarzenia – niekoniecznie słuszne – rodzą nadzieje na ciekawe kino. Trudno powiedzieć, czy w tonie bardziej serio, czy przywołując ducha wojennej przygody choćby z takiej “Parszywej dwunastki. Świetna obsada na czele z Bradem Pittem, Shia LeBeoufem, Michaelem Pena i Scottem Eastwoodem, synem Clinta.
12. EDGE OF TOMORROW, czyli moda na egzoszkielety
Oto najciekawiej zapowiadający się reprezentant rozrywkowego kina sf. Nie durne transformersy w części czwartej, nie kolejne odsłony przygód komiksowych superbohaterów, nie sequele niedawnych hitów, nie kolejne wersje nieśmiertelnych mitów, ale Tomek Cruise w walczący egzoszkielecie i przeżywający wciąż ten sam dzień na wojnie. Tak, to odpowiednio spreparowana wariacja o “Dniu świstaka”. Tak, więcej tu bezpretensjonalności “Żołnierzy kosmosu” niż nolanowskich ambicji. Wszystko to brzmi po prostu dobrze, bo Doug Liman to sprawny rzemieślnik, a Cruise nie pozwala sobie na przeciętny repertuar. Emily Blunt, towarzysząca głównemu bohaterowie, zawsze zapewnia odpowiednią chemię na ekranie. Ona ma w sobie coś takiego, co zmusza do dodania co najmniej jednego punktu więcej do ostatecznego ratingu. Nie mam wątpliwości, że tak będzie i tym razem.
11. JUPITER ASCENDING, czyli ciągła walka Wachowskich Rasowe science fiction i wyobraźnia Wachowskich? Niby rodzeństwo nie rozpieszcza jakością swych fabuł, niby domaga się dużej dawki cierpliwości przy trawieniu swych kolejnych przeambitnych dzieł, a jednak… kredyt zaufania mają bardzo duży. Na pewno trylogia “Matrixa” jest tu języczkiem u wagi i podchodząc do każdego kolejnego filmu Wachowskich wciąż gdzieś tli się nadzieja na większą lub mniejszą wybitność, tym bardziej, że zawsze ich filmy są przemyślane w najdrobniejszym szczególe. “Jupiter ascending” nie jest z pewnością dziełem tak fabularnie złożonym jak “Atlas chmur” (który doceniłem dopiero po drugim seansie), ale z pewnością możemy oczekiwać nie tylko feerii najwyższej jakości efektów specjalnych.
W zwiastunie widać dopracowane tło, słychać ambitniejszy głos, który naprowadza na więcej fabularnych płaszczyzn niż – po prostu – kinie akcji sf. I znowu, podobnie jak w przypadku “Matrixa”, to w pełni oryginalna historia, a w czasach tak okrutnie przetwarzających znane wszystkim historie, Wachowskim na pewno warto dać szansę. Recenzja
10. THE GRAND BUDAPEST HOTEL, czyli najdziwniejszy film roku
Najlepsza obsada roku? Ralph Fiennes, F. Murray Abraham, Mathieu Amalric, Adrien Brody, Willem Dafoe, Jeff Goldblum, Jude Law, Bill Murray, Edward Norton, Saoirse Ronan, Jason Schwartzman, Tilda Swinton, Tom Wilkinson, Owen Wilson. Komedia andersonowa, czyli jedyna w swoim rodzaju – surrealistyczny absurd, ironia, groteska i dziwaczność jako wartość najwyższa. Tłumów do kin nie zwabi, ale miłośnicy Wesa będą mieli ucztę niezwykłą i nie wydaje mi się, aby pojawiła się w 2014 roku lepsza komedia. Wes Anderson ma patent na jedyny w swoim rodzaju humor, którym nie dzieli się z nikim. I tym wygrywa. Szkoda tylko, że na film musimy czekać do lata, parę miesięcy po światowej premierze. Taki ruch sprzyja sklepom T.
9. AMERICAN HUSTLE, czyli mafia w rytmie disco David O. Russell idzie za ciosem. Najpierw uderzenie w splot słoneczny świetnym “Fighterem”, potem sierpowy w postaci “Poradnika pozytywnego myślenia”, a teraz uderzenie w podbródek, być może nokautujące i ostatecznie dowodzące tego, że oto narodził się nam znakomity twórca, którego nazwisko będzie za kilkanaście lat wymieniane wśród najwybitniejszych żyjących. Tym razem bawi się w kryminalno-mafijną sagę z latami 70. w tle. Podobno opowiedzianą bardzo sprawnie, energetycznie i z humorem. Dodajmy do tego wysokiej jakości obsadę aktorską – Christian Bale, Bradley Cooper, Amy Adams, Jeremy Renner, Jennifer Lawrence, Robert de Niro – i mamy oscarowego pewniaka.
Trudno natrafić na złe recenzje, co powoduje, że z dość obojętnego projektu, jakim mógł się wydawać “American Hustle” (tym bardziej, że niewiele osób wierzyło w aż tak dobrą passę Russella), film staje się czarnym koniem oscarowego wyścigu, a przy tym kinem gatunkowym na najwyższym poziomie.
8. MIASTO 44, czyli nadzieje wielkie jak rekordowy budżet 70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, rekordowy budżet (24mln zł), wsparcie instytucji państwowych, wielkie nadzieje pokładane w 33-letnim Janie Komasie i wielkie zaufanie, którym go obdarzono, co budzi już teraz wiele kontrowersji – wszystko to sugeruje największy hit frekwencyjny przyszłego roku, w której cieniu znajdą się pozostałe polskie premiery. Nie powinna sukcesowi przeszkodzić ani data pierwszego seansu (oczywiście 1 sierpnia, sam środek wakacji i sezonu urlopowego, ale za to na Stadionie Naroowym, dla 15 tysięcy widzów), ani brak znanych nazwisk w obsadzie (to wielki plus!), a już na pewno nie brawura młodego reżysera i scenarzysty, którego obchodzi podobno raczej prawda historyczna – nawet ta niezbyt przyjemna – niż przymilanie się do romantycznych wizji żyjących jeszcze kombatantów.
Pierwsze fotosy, które obiegły sieć, to zabawa w nienaturalne pozy, ale wiadomo, to tylko oficjalna sesja zdjęciowa. To, co docierało prosto z planu, może robić wrażenie – inscenizacyjny rozmach jest bardzo odczuwalny, a nad jakością efektów specjalnych ma czuwać Richard Bain, który pracował nad wieloma topowymi hollywoodzkimi tytułami. Jan Komasa dużo obiecuje, patrzy raczej na trendy zachodnie, nie na dotychczasowe doświadczenia gatunkowe w Polsce, więc cały projekt nastraja dość optymistycznie. Pierwsze “recenzje” wraz z pierwszym zwiastunem. 7. MIDNIGHT SPECIAL, czyli ojciec, syn i supermoce Tytuł wpisuję trochę na wyrost, bo trudno powiedzieć, czy Jeff Nichols wyrobi się z premierą w 2014 roku – preprodukcja już ruszyła, ekipa wchodzi na plan w styczniu, więc teoretycznie koniec roku może być premierą z pewnością niezwykłego filmu SF o chłopcu, który posiadł specjalne moce. W tym momencie, po tak znakomitych dokonaniach Nicholsa – Shotgun Stories, Take Shelter, Mud – nie jest mi trudno zaufać w pełni temu reżyserowi. Widać wyraźnie, że interesują go przede wszystkim relacje międzyludzkie, szczególnie na linii ojciec-syn, i jak sam mówi, to one będą podstawą „Midnight special”.
To jednocześnie pierwszy film Nicholsa dla wielkiego studia, czyli Warner Bros, ale jest to ten przypadek, że to raczej producent zyska bardzo dobry film niż Nichols straci jakiegoś typu niezależność – to doświadczony twórca, bardzo świadomy kroków, które robi na swojej artystycznej drodze. Tym bardziej nie powinniśmy się, jako widzowie, bać kolaboracji z Warnerem, bo Nichols otoczył się ciekawymi ludźmi: Michael Shannon w roli głównej, obok niego Kirsten Dunst i Joel Edgerton.
6. WISH I WAS HERE, czyli powrót do dobrze znanych miejsc Spore zamieszanie w związku z finansowaniem filmu zwieńczone wielkim sukcesem na Kickstarterze, fajny i bezpretensjonalny marketing uprawiany bezpośrednio przez Zacha Braffa, który regularnie wrzuca na twittera i fan page wiele ciekawostek o produkcji. Na tę produkcję nie można spoglądać pesymistycznie, tym bardziej, że historia, którą Braff chce pokazać, klimatem będzie zbliżona do “Garden State”, czyli czule, miło, inteligentnie i z dużą dawką humoru: o nauczycielu, który zostaje w domu, by uczyć swe dzieciaki, a przy tym odnaleźć życiowy cel. Film, tworzony niezależnie, według pomysłów Braffa w każdym aspekcie (reżyseria, scenariusz, produkcja, główna rola), może okazać się sporym sukcesem – “Wish I Was Here” kosztuje grosze, a przy tym zapowiada się zdrowy crowd pleaser. To wystarczy, żeby czekać z utęsknieniem na premierę (miejmy nadzieję, że również w Polsce).
5. INTERSTELLAR, czyli kosmos, tajemnica, te bajery
Jest kilka pewników dotyczących “Interstellar”. Mamy kapitalną obsadę (Matthew McConaughey, Anne Hathaway, Jessica Chastain, Casey Affleck, Michael Caine, Wes Bentley, John Lithgow, Ellen Burstyn, Topher Grace, Matt Damon) w filmie sf opartym na oryginalnym scenariuszu Christophera Nolana i jego brata, Jonathana, którzy – gdy bawili się w pisanie scenariuszy – tworzyli rzeczy bliskie wybitności. “Following”, “Memento”, “Incepcja” miały za podstawę kapitalny pomysł, do którego dorzucono wyśmienitą formę, a całość okazywała się czymś wyjątkowym w ramach swojego gatunku (albo dokładniej – gdzieś na obrzeżach znanych gatunków). Czy “Interstellar” dołączy do tego grona? Po pierwszym teaserze, który pokazuje całe nic, na pewno nie można ferować jakiegokolwiek wyroku, natomiast obietnica – podróż w kosmos, tajemnica – jest intrygująca. Z pewnością możemy spodziewać się filozofowania przy użyciu popkulturowego języka (i dużą świadomością mentalnego przygotowania współczesnego widza), co powinno zmusić do większego intelektualnego wysiłku, a to się zawsze chwali. Nosem wyczuwam największy hicior przyszłego roku.
4. WOLF OF WALL STREET, czyli kryzys na wesoło Recenzję już na stronie mamy, więc wypada powiedzieć tylko jedno: dobrze wiedzieć, że jest na świecie taki Martin Scorsese. 50 lat robi filmy, nie zalicza absolutnie żadnych wpadek jakościowych, penetruje różne gatunki, chwyta się scenariuszy oryginalnych lub bazujących na literaturze – i zawsze wygrywa. Realizacyjne perełki. A ta lekkość opowiadania, mistrzowskie operowanie emocjami, unikanie jak ognia banałów… Ach, Scorsese, największych z wielkich. Reżyser, którego nie można nie podziwiać, tym bardziej w momencie, gdy robi rasową komedię dla dorosłych. I to z Leo diCaprio w roli głównej, moim ulubionym aktorem, powiedzmy, mainstreamowym. Hurraoptymizm nie jest przesadą.
3. NYMPHOMANIAC, czyli intelektualny wzwód Dwie ważne kwestie związane z tym filmem, które definiują go w pełni – to dzieło Larsa von Triera i to rzecz o seksie. Ci, którzy wiedzą, kim jest LvT, co mu przy tworzeniu przyświeca, na czym się skupia, po co prowokuje – ci wszyscy wiedzą, jak będzie smakować “Nimfomanka”. Czyli – wbrew obiegowej opinii licznego grona hejterów Duńczyka – za kontrowersją czai się głębsza myśl o człowieczeństwie, całkowicie podporządkowana subiektywnej wizji von Triera. Albo ją chwytasz w mig, tak jak chwyciłeś “Przełamując fale”, “Tańcząc w ciemnościach”, “Dogville” czy “Melancholię”, albo męczysz się przeokrutnie nie rozumiejąc intencji reżysera, nie czając koncepcji i odrzucając formę i treść.
Ja należę do tej pierwszej grupy, bo von Trier nigdy mnie jeszcze nie okłamał – to twórca, który w pełni panuje nad swoim tworzywem oraz nad widzami, którzy przychodzą się z dziełem zapoznać. Zero ściemy, albo inaczej: ściema w pełni świadoma, tak samo jak środkowy palec wymierzony w stronę tych, którzy nawet nie starają się rozumieć.
2. HER, czyli on, oni i jej głos Ten film ma takie części składowe, że aż głowa boli od ekscytacji na dźwięk prostego tytułu i najzwyczajniej w świecie nie mogę tego filmu nie zaliczyć do grona moich przyszłorocznych faworytów. Pierwsza sprawa to Spike Jonze, który nie boi się nikogo ani niczego: bawi się formą tym chętniej, jeśli tylko treść zmusza do ruszenia wyobraźnią. “Być jak John Malkovich”, “Adaptacja”, “Gdzie mieszkają dzikie stwory” – 3 dotychczasowe filmy wymykają się wszelkim gatunkom, przewartościowują tradycyjne sposoby opowiadania i ilustrowania emocji, uczuć. I “Her” idzie tą drogą z pewnością, bo to w końcu opowieść o miłości.
Nic to, że ubrana w sztafaż SF, ale z pewnością odpowiednio wzruszająca, bez popadania w dosłowność, a co za tym idzie – zmuszająca do wykrzesania z siebie większej niż zwykle wyobraźni. A w osiągnięciu tego stanu pomoże nie kto inny jak Joaquin Phoenix, czyli jeden z najlepszych, najsolidniejszych aktorów, który – podobnie jak Jonze – nie boi się żadnych wyzwań, a im dziwniej, tym lepiej. Kolejna sprawa to Arcade Fire, Owen Pallett i Karen O z Yeah Yeah Yeahs na soundtracku – najsmakowitsze dźwięki z samego szczytu indie hipsterstwa. Wszystkie te składniki sugerują jedno: film, który chcę zobaczyć. TERAZ. I to nie jeden raz, bo “Her” ma potencjał na zakultowienie.
1. INHERENT VICE, czyli kolejny dowód w sprawie wielkości P.T. Andersona Nie można nie czekać na najnowszy film człowieka, który jest jednym z najrówniejszych współczesnych reżyserów i przy okazji jednym z tych, którzy nie boją się enigmatyczności, długich, milczących ujęć, igrania z psychologią i zanurzenia w tle determinującym przedziwne jednostki. “Mistrzem” sprzed dwóch lat pozamiatał – nawet ci, którzy nie zrozumieli tego trudnego filmu, nie odmawiali mu wielkości (do której trzeba jednak dojrzeć, starać się zrozumieć). Dla wielu osiągnął tym filmem poziom “Aż poleje się krew” czy “Magnolii” i takiej opinii towarzyszył już nieskrępowany niczym zachwyt twórczością P.
T. Andersona, którego wynoszono na piedestał i któremu zakładano buty, w których tryumfy święcił Stanley Kubrick. Coś w tym jest i “Inherent Vice” może ten status wzmocnić – raz że mierzy się z Thomasem Pynchonem, którego powieści jeszcze na ekran nie przenoszono (trzeba mieć odwagę!), a którego status w świecie literatury jest niepodważalny, a dwa – bajeczna ekipa, którą zgromadzono na planie. Joaquin Phoenix, Benicio del Toro, Josh Brolin, Owen Wilson, Reese Witherspoon, Roger Elswitt (zdjęcia), Jonny Greenwood (muzyka). To nie będzie prosta historia detektywistyczna. Do czasu premiery zwiastuna nic nie będziemy wiedzieć, a i trailer niekoniecznie pokaże, czym będzie „Inherent Vice”. A NA CO WY CZEKACIE NAJBARDZIEJ?
