Publicystyka filmowa
NIE POMYL OSOBY! Twórcy o TYCH SAMYCH imionach i nazwiskach
W filmowym świecie zdarza się, że TWÓRCY MAJĄ TE SAME IMIONA I NAZWISKA. Poznaj ciekawostki o filmach i pisarzach o zbieżnych personaliach!
Pamiętacie słynną kampanię „Nie pomyl filmu” sprzed paru lat? Ten zabieg marketingowy uzasadniony był wejściem do kin bliźniaczych filmów w tym samym sezonie. Zdarza się. Zdarza się jednak i tak, że oprócz tematyki pojedyncze produkcje łączy również tytuł. To samo można odnieść i do filmowców, których personalia także mogą się pokrywać – poniżej kilka najsłynniejszych przykładów.
Graham Greene
Graham Greene to jeden z najbardziej kojarzonych rdzennych aktorów amerykańskich – głównie dzięki pamiętnej roli w Tańczącym z wilkami. Nie mniej znany jest jednak Henry Graham Greene, czyli jeden z największych brytyjskich pisarzy XX wieku, wielokrotnie adaptowany przez kino, któremu przysłużył się także jako scenarzysta (napisał na przykład Trzeciego człowieka). Trudno ich zatem ze sobą pomylić, choć z pewnością studiowanie napisów poszczególnych filmów może wywołać chwilową konsternację.
Harrison Ford
Forda nikomu przedstawiać nie trzeba – ani teraz, ani kiedyś. Teraz jest nim oczywiście wielka gwiazda lat 80. i 90. – Han Solo, Indiana Jones, Rick Deckard i Jack Ryan w jednym. Kiedyś natomiast był to jeden z wiodących aktorów ery kina niemego, zmuszony do zakończenia kariery wraz ze schyłkiem tegoż. I choć panowie nigdy się nie spotkali, a stary Ford usunął się w cień na długo przed panowaniem nowego i obecnie mało kto go kojarzy, to przez pewien czas byli ze sobą myleni. Gwiazda Harrisona Forda na słynnej Alei w Los Angeles była tam bowiem jeszcze wtedy, zanim ten drugi otrzymał własną w 1993 roku. Można zatem pokusić się o stwierdzenie, że to personalia wręcz skazane na sławę.
James Stewart
Stewart to całkiem popularne nazwisko, podobnie jak James imię, zatem nic dziwnego, że takich ludzi znajdziemy w tej branży kilkunastu. Tym najbardziej znanym jest oczywiście dawny ulubieniec Ameryki i jej ekranowy everyman, James Maitland Stewart ksywka Jimmy, bez którego trudno jakkolwiek wyobrazić sobie kino. Lecz w tym samym czasie na ekranie obecny był również James Lablanche Stewart, ksywka… Jimmy (w latach 60. wcielił się w Old Surehanda w niemieckim cyklu o Winnetou). Nigdy nie osiągnął tak wielkiej popularności jak kolega – i to właśnie dla uniknięcia nieporozumień przyjął pseudonim Stewart Granger. Natomiast ze współczesnych Stewartów warto do puli dorzucić jeszcze australijskiego aktora telewizyjnego, nawet jeśli nie ma on najmniejszych szans pójść w ślady poprzedników.
Jack Gleeson
Dzięki roli psychopatycznego króla Joffreya Baratheona z serii Gra o tron młody Jack (prywatnie ponoć niezwykle sympatyczna osoba) z pewnością zostanie zapamiętany wśród widowni – i to pomimo faktu, że aktorstwo stanowi dla niego jedynie okazjonalną przygodę, z którą nie zamierza się wiązać na całe życie.
A zatem zupełnie odwrotnie niż Jackie Gleason – popularny swego czasu komik i aktor nowojorski (pamiętny szeryf z cyklu Mistrz kierownicy ucieka), wykonujący ten zawód aż do śmierci w 1987 roku. Co prawda, na papierze obaj panowie nie mogą być pomyleni, ale już w mowie i owszem. A zatem lepiej nie oglądajcie Gry o tron z Jackiem Gleasonem…
John Williams
Chyba najbardziej znany kompozytor filmowy na świecie, od dekad kojarzony dzięki muzyce do sagi Gwiezdne wojny oraz większości filmów Stevena Spielberga, jak również wizerunkowi sympatycznego starszego pana w okularach i z charakterystyczną łysinką „na mnicha”.
Wizerunku na tyle osadzonego w popkulturze, że nikt już dzisiaj nie pamięta klasycznego brytyjskiego aktora o tych samych personaliach. John Williams grywał swego czasu u Hitchcocka i Billy’ego Wildera, a swoją karierę zakończył wraz z latami 70., czyli dokładnie wtedy, kiedy Williams-kompozytor dochodził do szczytu swojej popularności.
Mandy Moore
Sympatyczna brunetka o szerokim uśmiechu to jedna z gwiazdek hollywoodzkich komedii romantycznych i kilku pomniejszych tytułów, które każdy widział, ale nikt nie potrafi przywołać ich tytułów, bardziej kojarząc aktorkę jako taką niż jej dorobek. Zwłaszcza że Mandy (naprawdę: Amanda Leigh Moore) także śpiewa i tańczy. Podobnie jak jej mniej znana koleżanka – amerykańska choreografka i okazjonalna aktorka filmowa, którą kojarzyć możemy z pracy nad La La Land czy Poradnikiem Pozytywnego Myślenia.
Michael Douglas
Nie jest to chyba żadną tajemnicą, że Douglas – a dokładniej Michael John Douglas – to prawdziwe nazwisko Michaela „Batmana” Keatona. Gdy jego kariera zaczęła nabierać rozpędu, przybrał on jednak alias, żeby uniknąć pomyłki z ówcześnie już bardziej znanym synem słynnego Kirka Douglasa. Zresztą musiał to zrobić z uwagi na przepisy amerykańskiej Gildii Aktorów. Traf chciał, że padło na Keaton – plotka głosi, iż wziętym od muzy Woody’ego Allena, Diane, której nazwisko Michael zobaczył ponoć w gazecie i stwierdził, że pasuje. Miał rację.
Peter Sellers
W tym wypadku, co prawda, niezwykle trudno o pomyłkę, bowiem Peter Sellers jest (a raczej był) tylko jeden. Pamiętny i niezapomniany inspektor Jacques Clouseau, Fu Manchu oraz Doktor Strangelove to nadal jeden z symboli brytyjskiego humoru.
Z kronikarskiego obowiązku trzeba jednak odnotować również Petera… Sellarsa – ekscentrycznego reżysera, głównie teatralnego, z USA, gdzie znany jest z unikalnego podejścia do inscenizacji. Sellarsa od Sellersa różni znacznie więcej niż kraj i jedna nieszczęsna literka, ale to drobne podobieństwo chyba nie zaszkodziło temu pierwszemu na początku obranej drogi. Chyba.
Simon Baker
Pan „Piekarz” to w pierwszej kolejności lubiany blondyn z Australii o rozpoznawalnym uśmiechu, który przyniósł mu przydomek Smiley. Kojarzony z serialu Mentalista oraz kilku pomniejszych ról w kinie, gdzie nie udało mu się jakoś wybić, cieszy się dużą popularnością zwłaszcza wśród pań. I o swój status nie musi się raczej martwić względem „konkurencji” pod postacią drugiego Bakera – młodzieńca o indiańskich korzeniach, swego czasu widzianego u boku Jackiego Chana w Kowboju z Szanghaju oraz Cate Blanchett w Zaginionych. Znamienne, że on też wielkiej kariery na dużym ekranie nie zrobił, z czasem przerzucając się na telewizję.
Steve McQueen
Jedna z ikon starego kina i największych jego gwiazd lat 60. i 70. XX wieku to osoba, której nikomu przedstawiać nie trzeba. Nawet po swojej przedwczesnej śmierci nie przestał być wzorem dla kolejnych pokoleń oraz symbolem męskości i luzu.
Przez długi czas z tymi danymi osobowymi zwyczajnie nie mogło być innych skojarzeń. Wszystko zmienił rok 2008 – moment debiutu reżyserskiego czarnoskórego londyńczyka, który kolejnymi odważnymi projektami bardzo szybko wkradł się do świadomości widzów. Nie wyparł on co prawda legendarnego statusu białego McQueena, ale XXI wiek z pewnością należy już do niego.
