Recenzje
IRON LUNG. Horror SCI-FI z gęstą atmosferą na podstawie głośnej gry
W odległej przyszłości dochodzi do katastrofy w następstwie której znikają wszystkie gwiazdy i planety, a więc również Ziemia i ludzka populacja. Iron Lung.
Iron Lung Marka Fischbacha z 2026 roku to adaptacja gry komputerowej, która niestety nie oddaje sprawiedliwości swojemu pierwowzorowi.
W odległej przyszłości dochodzi do katastrofy zwanej Cichym Wniebowzięciem, w następstwie której znikają wszystkie gwiazdy i planety w kosmosie, a więc również Ziemia i ludzka populacja. Przy życiu pozostają jedynie członkowie załóg stacji i statków kosmicznych. Simon, mężczyzna skazany za rzekome zniszczenie jednej ze stacji, w ramach kary zostaje wysłany na nowo odkryty księżyc szczelnie pokryty oceanem krwi. Jego zadanie polega na samotnym pilotażu okręgu podwodnego w celu odnalezienia tajemniczych artefaktów. Mocodawcy skazańca wierzą, że pozwolą one wyjaśnić zagadkę kataklizmu.

Iron Lung to następny po Miasteczku Shelby Oaks (2024) Chrisa Stuckmanna i Backrooms. Bez wyjścia (2026) Kane’a Parsonsa film zrobiony ostatnimi czasy przez youtubera, to jest Markipliera vel Marka Fischbacha. Autor popularnego kanału zasłynął filmikami, w których stara się ukończyć niezależne gry grozy. Pełnometrażowy debiut reżyserski Fischbacha jest ekranizacją tego rodzaju gry, czyli Iron Lung według koncepcji Davida Szymanskiego. Fischbach nie tylko napisał scenariusz filmu, ale i wyreżyserował oraz zmontował całość, zagrał główną rolę i jeszcze sfinansował to przedsięwzięcie z własnej kieszeni.
Wyniki finansowe świadczą, że nie były to pieniądze wyrzucone w błoto: film o budżecie wynoszącym zależnie od źródła nieco ponad 4 miliony dolarów lub trochę poniżej 5 milionów zarobił już ponad 50 milionów w tej samej walucie. Na co poszła ta forsa, Bóg raczy wiedzieć, bo na ekranie tego nie widać. A może właśnie widać: scenografia ogranicza się do wnętrza łodzi podwodnej w steampunkowym stylu (gołe ściany, głośnik, ekran i pulpit sterowniczy) i paru dużych zbiorników ze sztuczną krwią (podobno poszło jej rekordowe 300 tysięcy litrów), a efekty specjalne, zresztą nie najlepsze, pojawiają się tylko sporadycznie.

Techniczne ograniczenia to najmniejszy problem utworu Fischbacha. Jaki jest największy – niełatwo wskazać, ponieważ Iron Lung cierpi na wiele braków. Problematyczny jest już scenariusz oparty na wspomnianej grze komputerowej: jakimś cudem twórcy udało się przekuć dość prostą historię Szymanskiego w zagmatwaną i z grubsza nonsensowną fabułę pełną nie tyle niedopowiedzeń, co po prostu niedociągnięć. To nie są, jak na przykład u Davida Lyncha, zagadki, które chce się rozwiązać – i które nabierają pewnych sensów podczas kolejnych seansów; to raczej zapchajdziury mające sprawiać wrażenie tajemnicy i głębi.
Fischbach potknął się też o przeszkody znane innym adaptatorom gier komputerowych, takim jak Uwe Boll (Dom śmierci, Alone in the Dark: Wyspa cienia, BloodRayne), John R. Leonetii (Mortal Kombat 2: Unicestwienie) i Andrzej Bartkowiak (Doom, Street Fighter: Legenda Chun-Li). Otóż bardzo trudno jest przenieść grę na język filmu z uwagi na odrębną naturę obu tych mediów – gracz jest aktywnym uczestnikiem i katalizatorem ekranowych wydarzeń, widz zaś – tylko biernym obserwatorem. Jeśli film jest niemal jeden do jednego kalką gry, i to pozbawioną interaktywności, do obrazu rychło wkrada się nuda. To przypadek Iron Lung.

Niewątpliwą zaletą filmu jest gęsta atmosfera, zwłaszcza na początku, ale i ten element w końcu zaczyna powszednieć, bo nie stoi za nim nic poza toporną ekspozycją z jednej strony i zmierzającą donikąd narracją z drugiej. Reżyser nie sprawdził się też w roli aktorskiej. Nie dość, że wyglądem i zachowaniem przypomina Keanu Reevesa z odzysku, to na dokładkę jego szarżujący występ jest po prostu fatalny: ogranicza się do powtarzania w kółko tych samych słów, strojenia min i prezentowania malowniczego szczękościsku. Jako widza guzik mnie obchodził los jego postaci, a w rezultacie również całego filmu.

