Recenzje
BACKROOMS. BEZ WYJŚCIA [RECENZJA]. Groza pustej przestrzeni
Niepokój zamiast krzyku – czyli o horrorze opartym na niedomówieniach, nakręconym przez 20-letniego YouTubera. Backrooms. Bez wyjścia.
Panuje ostatnio przekonanie, że horror przeżywa renesans i to nie tylko w sensie ilościowym, ale przede wszystkim jakościowym. Nie mogę się z tym zgodzić. Filmowy horror istnieje od stu lat i w każdej dekadzie dostarczał dzieł wybitnych, oryginalnych i głęboko niepokojących. Nawet jeśli nie zawsze gatunek zdobywał prestiżowe nagrody i uznanie krytyków, to kształtował język kina i wyznaczał nowe kierunki w kinematografii. Backrooms. Bez wyjścia.
To, co dziś bywa określane mianem „nowej jakości”, jest raczej zmianą sposobu mówienia o gatunku niż faktycznym przełomem. Na współczesną dyskusję o horrorze szczególnie ważny wpływ ma Internet – to w dużej mierze dzięki niemu hitem stał się skromny (nakręcony za 750 tysięcy dolarów) film Curry’ego Barkera Obsesja. I podobną ścieżką podąża Kane Parsons ze swoim dziełem pt. Backrooms. Bez wyjścia.

Budżet filmu Parsonsa wyniósł 10 milionów dolarów, czyli dziesięciokrotnie więcej od Obsesji, co pozwoliło na większy rozmach inscenizacyjny – rozbudowaną scenografię, dopracowane efekty wizualne oraz obsadzenie aktorów z bogatszym dorobkiem i doświadczeniem, co miało pomóc uzyskać emocjonalną intensywność.
Paradoksalnie jednak to właśnie skromniejsze środki Obsesji pozwalały na większą koncentrację na aktorskiej ekspresji (mowa tu o kapitalnej kreacji Inde Navarrette), podczas gdy tutaj rozmach inscenizacyjny trochę osłabił popisy aktorstwa. Aby jednak oddać sprawiedliwość, należy wspomnieć, że Chiwetel Ejiofor i Renate Reinsve otrzymali bardzo dobrze napisane, wielowymiarowe role i jest kilka scen, które dowodzą, że to aktorzy z wyższej półki.

Clark – niegdyś architekt z ambicjami – jest obecnie życiowym rozbitkiem dryfującym między podupadającym biznesem, alkoholizmem i rozpadającym się małżeństwem. Próbuje zrozumieć przyczyny upadku, analizując swoje problemy podczas regularnych spotkań z terapeutką Mary. Te spotkania stopniowo odsłaniają głębsze warstwy jego psychiki, ale o wiele skuteczniejszą terapię przynosi mu konfrontacja z backrooms, kompleksem pomieszczeń znajdującym się na zapleczu sklepu meblowego. Tajemnicza strefa wymyka się prostym interpretacjom i zdaje się oddziaływać na niego w sposób, którego nie potrafi w pełni wyjaśnić.
Backrooms. Bez wyjścia rozpoczyna się jak klasyczne found footage, ale szybko porzuca tę konwencję i po jakimś czasie do niej powraca. Ten brak konsekwencji jest dla mnie akurat dobrym posunięciem, bo styl found footage w horrorze stał się już dość oklepany, więc dobrze, że tym razem posłużył tylko jako jeden z chwytów wizualnych.

Praca operatora konsekwentnie podporządkowana jest jednak budowaniu poczucia dezorientacji. Podobny cel przyświecał montażyście, który zrezygnował z klasycznej przejrzystości narracyjnej na rzecz celowo rozchwianego rytmu – przechodząc od długich, hipnotycznych ujęć do nerwowych momentów grozy, potęgujących poczucie zagubienia.
Największe wrażenie robi jednak sama przestrzeń backrooms. Scenografia to majstersztyk – pozornie monotonna, a jednocześnie mocno niepokojąca dzięki swojej powtarzalności i wszechogarniającej pustce. Puste biura, długie korytarze, jaskrawe światła, sterylne wykładziny i wyblakłe tapety kreują świat, który wydaje się istnieć poza czasem i logiką.

W tej przestrzeni każdy element jest jednocześnie znajomy i obcy – zaczerpnięty z rzeczywistości, ale pozbawiony jakiegokolwiek kontekstu, który nadawałby mu sens. Ta niejednoznaczność stopniowo odbiera widzowi poczucie orientacji i komfortu, co z kolei prowadzi do napięcia, niepokoju i strachu – kluczowych elementów gatunku horroru.
Celowo nie wspomniałem o źródle tego całego zamieszania, czyli idei backrooms wymyślonej w 2019 i kontynuowanej w serialu internetowym z 2022 – po prostu ominął mnie ten fenomen, usłyszałem o nim dopiero przy okazji omawianej produkcji. Nieznajomość tematu nie przeszkadza jednak w odbiorze filmu – to bardzo udana produkcja zarówno jako reprezentant swojego gatunku, jak i w ogóle pod względem roboty filmowej.

Chociaż Obsesja Curry’ego Barkera lepiej sprawdza się jako horror – jest intensywniejszy, bardziej zwarty i mocniej angażujący – Backrooms 20-letniego (!) Kane’a Parsonsa imponuje jako labirynt znaczeń. Jest wielowarstwowy, oparty na niedopowiedzeniach i otwierający się na różne poziomy interpretacji. Mimo dużego hype’u i związanych z nim wysokich oczekiwań film okazał się zaskakująco solidny, sprawnie przekładając internetowy fenomen na język kina.

