Stażyści (2013) - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Stażyści

Pełnometrażowy product placement, który zwyczajnie nie bawi.




To nie jest Internet dla starych ludzi




Radosław Pisula
19.06.2013


Sztuką jest zrobić filmowe arcydzieło, tak samo jak i wybitnie zły film. Trochę zapomnianym rzemiosłem jest jednak twórczość wyprana z jakichkolwiek emocji, a przecież żeby zrobić film nijaki też trzeba się namęczyć. Aktorstwo musi być pozbawione chemii, ale nie w takim stopniu, żeby bardzo irytowało; fabuła ma za zadanie opowiadać składna historię, która jednak nic sobą nie reprezentuje i w żadnym wypadku nie może sprawić, że będziemy myśleć o filmie po opuszczeniu sali kinowej, a humor, jakim legitymuje się takie dzieło, trzeba odpowiednio doszlifować – nie może być szczególnie zabawny, jednak musi unikać kontrowersji i poziomu fekalnego. Tak, żeby starsi i młodsi uśmiechnęli się nieśmiało kilka razy przy niedzielnym obiedzie, pomiędzy kolejnymi kęsami schabowego.

Stworzenie widowiska o niczym, niepotrzebnego, który wylatuje z głowy po ostatnim łyku kinowej Coli wymaga niebywałej precyzji i wizjonerstwa, a Shawn Levy przy pomocy swoich Stażystów stworzył prawdopodobnie arcydzieło takiej konwencji – obraz, który z miejsca będziecie mogli polecić, gdy ktoś zapyta was kiedyś o jakiś wybitnie przeciętny film.

Szkielet fabularny tej produkcji widzieliście wcześniej już milion razy – ot, dwóch facetów przeżywających kryzys wieku średniego wyleciało z roboty (a jednego nawet rzuciła dziewczyna, niespotykane!), więc postanawiają spróbować swoich sił w pracy, o której nie mają zielonego pojęcia (w tym wypadku jest to staż w Google). Na miejscu zdziadziali panowie muszą poradzić sobie z bandą geeków/hipsterów, co prowadzi do miliarda konwencjonalnych żartów, które mogłyby wywołać leciutki uśmiech jakieś dziesięć lat temu. Każdy element produkcji jest boleśnie przewidywalny. Od początku dostajemy klarowny podział na postacie pozytywne oraz negatywne, a pojawienia się konkretnych żartów, rozwiązań konfliktów i uczuciowych uniesień można oczekiwać z zegarkiem w ręku.

Powtarzalność utartych schematów nie sprawiałaby może takich problemów, gdyby humor stał na odpowiednio wysokim poziomie. Całość jest jednak porażająco bezpieczna. Twórca nie może się wychylać, ponieważ pieniądze w produkcję pompowało Google, którego logo krzyczy do widza praktycznie z każdego kadru. Z tego też powodu żarty są odpowiednio wygładzone, uniwersalne i zwyczajnie nijakie – bo co ma być przystępne dla każdego jest tak naprawdę dla nikogo. Nawet wypad do klubu ze striptizem przypomina tutaj poziomem szaleństwa kanadyjskie seriale młodzieżowe lub arcydzieła z Disney Channel. Film jest po prostu pełnometrażowym product placementem – jedyne, co tak naprawdę  pamiętam z seansu, to ładny Googleplex, śliczne błonia wokół siedziby korporacji, kolorowe rowery, czapeczki, zjeżdżalnie w holu i darmowe jedzenie. Wszystko ładne, piękne, kolorowe. Niby scenariusz próbuje kilka razy wykpić ten przepych, ale robi to tak delikatnie i bojaźliwie, że praktycznie niezauważalnie. Poziom humoru nie jest jednak całkowicie winą internetowego hegemona, ponieważ Levy już wcześniej zaprezentował nijakie podejście do filmowej komedii w Różowej Panterze, dwóch częściach Nocy w muzeum i Nocnej randce.

Aktorzy dostosowali się do całości produkcji. Vince Vaughn gra Vince’a Vaughna, a Owen Wilson to po prostu Owen Wilson. Ciężko znaleźć aktorów, którzy tak bardzo jadą na autopilocie i ich rzeczywisty wizerunek całkowicie pożera każdą postać, jaką odgrywają. Czasami to działa, pierwszy gwiazdor potrafił wyciągnąć dużo ze swojej wygadanej i cwaniackiej persony w Swingers, Old School czy Polowaniu na druhny… kilka dobrych lat temu – dzisiaj to archaizm, a nawet jakaś forma wołania o pomoc (co ciekawe, aktor odpowiada również za scenariusz). Podobnie jest w przypadku Wilsona, który ma jednak to szczęście, że niektórzy twórcy (Wes Anderson, Woody Allen) potrafią świetnie wykorzystać jego aksamitny głos i zmrużone oczy, jednak gdy trafia na reżysera bez pomysłu, to po dłuższym czasie (seria o Fockersach czy absolutnie nieudolne Bez smyczy) są zwyczajnie irytujące. Ostatecznie dostajemy po prostu dwóch starzejących się facetów, którzy robią z siebie idiotów w otoczeniu przerysowanych nastoletnich (nerd, cnotka, sarkazmator, azjata, bogaty dupek z brytyjskim akcentem oraz dwóch gości z nadwagą) i starszych (hindus, pracoholiczka) chodzących klisz. Oczywiście w pewnym momencie zaczynamy kibicować tłamszonym bohaterom, ale to raczej wyuczony odruch, a nie moc samej historii – te elementy są tak wyświechtane, że zamieniają widzów w psa Pawłowa. Warty wspomnienia jest jeszcze kilkuminutowy występ Johna Goodmana, ale jedynie z tego powodu, że kradnie film samą swoja obecnością – co nie jest trudne w tym wypadku.

Film nie potrafi zaskoczyć w żadnym aspekcie, opowiada historię, którą przedstawiano lepiej już kilkaset razy, nie bawi i jest po prostu za długi. Wielkie korporacje oraz dobre kino nie idą ze sobą w parze, jeśli to drugie podchodzi do pierwszego jak pies do jeża. Odradzam seans w kinie. Jedynym ratunkiem dla Stażystów jest wspomniany już niedzielny obiad i zapijanie kolejnych suchych żartów babcinym kompotem, żeby przypadkiem się nie odwodnić.

PS. Najciekawszym elementem filmu są oryginalne napisy końcowe, będące apogeum reklamowania aplikacji Google.

Radosław Pisula

Radosław Pisula

Całkowicie pożarty przez popkulturę. Poświęcił studia na analizowanie kina Johna Woo i Johna Carpentera, a obecni w ramach doktoratu pisze monografię Waltera Hilla. Zjada wszystko, co zapisano na taśmach celuloidowych i nośnikach cyfrowych – szczególnie wszelkiej maści horrory, wysokooktanowe akcyjniaki oraz klasyczne amerykańskie kino sygnowane nazwiskami m.in. Capry, Stewarta, Hitchcocka, Granta czy Hawksa. Uwielbia Grace Kelly, Nikolę Teslę oraz Godzillę – najlepiej, gdy pojawiają się w tym samym filmie. Kocha swoją dziewczynę.
Radosław Pisula

Latest posts by Radosław Pisula (see all)







  • MIke

    W 2005 roku były hit ;)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Urwany Film #40 - IRON MAN 3

Następny tekst

#13 Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE