nowości kinowe

KRÓL ROZRYWKI. Zachwyt ważniejszy od treści

"Król rozrywki" to potężny zastrzyk filmowej energii i najwspanialszej – nomen omen – rozrywki.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

Mogłoby się wydawać, że kolejna historia w stylu „od pucybuta do milionera”, zrealizowana w dodatku w konwencji musicalowej, okaże się męcząca, wtórna i nieznośnie hollywoodzka. Takie właśnie zresztą miałem obawy wobec Króla rozrywki Michaela Graceya, zapowiadanego jako widowiskowa biografia Phineasa Taylora Barnuma, dziewiętnastowiecznego amerykańskiego przedsiębiorcy i prekursora cyrkowej rozrywki. Szczęśliwie jednak wszystkie te obawy mogłem odrzucić już po kilku minutach seansu, bowiem Król rozrywki to potężny zastrzyk filmowej energii i najwspanialszej – nomen omen – rozrywki.

Widać jak na dłoni, że nie sama historia, a jej wykonanie interesowało twórców Króla rozrywki.

We współczesnym kinie mainstreamowym coraz częściej spotykamy się z dziełami, które są znakomitymi widowiskami, ale na poziomie czysto tekstualnym – historii, rysów postaci, dialogów – nie wyróżniają się niczym szczególnym. Wystarczy przywołać tu przykład licznych superbohaterskich blockbusterów, zarabiających miliardy dolarów i – zdaniem choćby Jodie Foster – negatywnie wpływających na poziom dzisiejszego kina. Bez względu na to, czy opinia słynnej aktorki jest słuszna czy nie, bezspornym faktem pozostaje istnienie tego typu produkcji – potwierdza to także Król rozrywki. Choć od zakończenia seansu podśpiewuję sobie wszystkie piosenki pojawiające się w filmie Graceya, choć dostaję gęsiej skórki na wspomnienie niesamowitych choreografii i fenomenalnych, chóralnych wykonań tychże piosenek, to jednocześnie mam świadomość, jak mocno okrojona została historia P.T. Barnuma w Królu rozrywki. Główny bohater przedstawiony jest tu jako wielki wizjoner, choć już kilka minut poświęconych na research sugeruje, iż Barnum był człowiekiem dalekim od krystalicznego, a jego walka o ostateczny sukces – z bankami, nieprzychylnymi krytykami, miejscową ludnością – trwała w nieskończoność. Tego jednak nie dowiemy się z filmu Graceya, bowiem nawet te mniej chwalebne zachowania strzepywane są przez scenarzystów niczym pył z marynarki Barnuma tuż po występie. Widać jak na dłoni, że nie sama historia, a jej wykonanie interesowało twórców Króla rozrywki i choć można na to utyskiwać, trudno nie dać się ponieść rewelacyjnej formie tego spektaklu.

Już numer otwierający, wykonany wyjątkowo efektownie, zapowiada pełne energii widowisko. Dalej jest jeszcze bardziej bogato i intensywnie – piosenki napisane przez nagrodzony Oscarem za La La Land duet Benj Pasek/Justin Paul błyskawicznie wpadają w ucho i niemal się zazębiają, nie dając widzowi ani chwili wytchnienia. W tym znaczeniu Król rozrywki to klasyczny musical, ze scenami tańca i śpiewu przeplatającymi lub uzupełniającymi podstawowe elementy fabuły. Choć twórcy postawili na efektowność wykonania, można mieć pewne zastrzeżenia do kostiumów i scenografii, które zostały przygotowane co prawda w kreatywny, ale mający mało wspólnego z historyczną wiarygodnością sposób. To jeszcze jeden dowód na to, że historia P.T. Barnuma, w którego – zwłaszcza w partiach wokalnych – brawurowo wciela się Hugh Jackman, nie do końca interesowała twórców. Zamiast poświęcać się rozwijaniu osobowości poszczególnych postaci czy zgłębianiu motywów stojących za decyzjami bohatera, Gracey stosuje elipsę za elipsą, maksymalnie skracając biograficzny wymiar swej opowieści. Choć spodziewałem się, że Król rozrywki będzie blisko trzygodzinnym freskiem, jak często bywa w przypadku historii o takim rozmachu, trwa on zaledwie niespełna 110 minut, co w tym przypadku wydaje się metrażem zbyt krótkim – zarówno po to, by więcej czasu poświęcić samej historii, jak i po to, by zrealizować więcej zachwycających sekwencji taneczno-wokalnych.

Król rozrywki to także dobrze dobrana, bardzo utalentowana obsada – oprócz Jackmana, który po Nędznikach (2012) i Piotrusiu. Wyprawie do Nibylandii (2015) wyrasta na czołowego aktora musicalowego w Hollywood, pięknie śpiewają tu Michelle Williams, wyrosły z Disney Channel duet Zac Efron/Zendaya Coleman oraz cała gromada „odmieńców” Barnuma, na czele z pochodzącą z Hawajów broadwayowską aktorką Kealą Settle w roli kobiety z brodą. Bez wątpienia każdy z członków ekipy wszedł tu na wyżyny swych umiejętności: gibka Zendaya sama wykonywała swoje akrobacje na trapezie, Jackman rzekomo przeczytał tuzin książek o Barnumie w ramach przygotowań do Króla rozrywki, a nad całością imponującego spektaklu udanie czuwał Michael Gracey, reżyser-debiutant, który wcześniej zajmował się animacją, efektami specjalnymi i kręceniem reklamówek. Warto wspomnieć w tym miejscu także o tych, których nie widać, czyli dysponującej potężnym i wspaniałym głosem Loren Allred, śpiewającej na ekranie ustami Rebeki Ferguson, czy młodym Zivie Zaifmanie, który podkładał swój wokal pod nastoletnią wersję Barnuma.

Czy można uczynić zarzut z faktu, iż twórców Króla rozrywki pochłonęła chęć stworzenia widowiska, a nie wiernej faktom biografii? Odpowiem kolokwialnie: można, ale po co? O wiele lepiej jest wejść w świat Barnumowskiej wyobraźni wolnym od faktograficznych kontekstów i uprzedzeń i po prostu robić to, czego od swej publiczności oczekiwał główny bohater: dobrze się bawić. Tym bardziej że Barnum & Bailey Circus, ostatnia forma spuścizny cyrkowego wizjonera, w maju 2017 roku na zawsze zamknęło swoje podwoje.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane